labirynt

Wpis

wtorek, 28 grudnia 2010

Mój chłopiec piłki nie kopie, ale Niewidoczni Akademicy owszem :)

Cierpię ostatnio na tak zwaną "klęskę urodzaju" ;) Wiem, wiem, nie powinnam się skarżyć, że na moich półkach czeka na mnie tyle wspaniałych książek, tyle nowości, które powoli przestają być nowościami, tyle wyborów, co przeczytać najpierw... No właśnie. I tu jest cały problem - ostatnio zawiesiłam się w podejmowaniu decyzji, moja biblioteczka wzbogaciła się już tak bardzo, że nie wiem od czego zacząć, a co zostawić na później, co chwilę mam ochotę na coś innego, co owocuje jedynie tym, że co i rusz zaczynam nową pozycję, żadnej nie kończąc i to bynajmniej nie dlatego, że jest słaba... Zaczynam odczuwać absurdalne poczucie winy wobec książek, które niedawno kupiłam lub dostałam bądź pożyczyłam z biblioteki i przerzucam się co chwilę na coś nowego, z niczego nie czerpiąc prawdziwej przyjemności. Zdesperowana, tuż przed Świętami, postanowiłam sięgnąć po coś sprawdzonego, po autora, który już wielokrotnie uratował mnie i moje zdrowie psychiczne pompując do mojej wyobraźni nową dawkę absurdu i cynizmu, ale też ciepła i po prostu dobrej rozrywki. Tak, moi Drodzy, to znów będzie pean na cześć Terry'ego Pratchett'a.

Jego już-nie-tak-nowa książka "Niewidoczni Akademicy" okazała się idealna w przedświątecznej gorączce, jak i w świątecznym lenistwie. Zresztą, zaczynam sądzić, że jego książki okazują się idealne w każdej sytuacji. Tak jak zazwyczaj się dzieje w historiach ze Świata Dysku dostałam opowieść, którą już znałam, a właściwie wydawało mi się, że znałam, przedstawioną w taki sposób, że nie pozostała mi żadna wątpliwość, że to Pratchett ma rację i głosi jedynie słuszną prawdę ;) Otóż piłkę nożną wymyślono w Ankh Morpork. Tak, tak. A wybitny wkład w to jak wygląda dzisiaj i na jakich zasadach rozgrywane są mecze miał nie kto inny jak sam lord Vetinari. Tyran, którego nikt nie chce obalić, gdyż trudno sobie wyobrazić jak miasto miałoby funkcjonować bez niego. Udaje mu się nawet okiełznać magów z Niewidocznego Uniwersytetu i sprawić by robili to, czego chce, święcie wierząc, ze realizują swoje włane pomysły. Takie jak stworzenie drużyny i zagranie meczu z tymi tam, no, z plebsem...

W książce poznajemy też kilkoro nowych postaci, którzy - moim zdaniem - mają szansę zagościć na dłużej przy okazji kolejnych książek ze Świata Dysku. Że wymienię tylko doskonałą kucharkę Glendę, odważną i traktującą wszystkich jakby dopiero co skończyli 7 lat, bezkompromisową w kwestii zapiekanek. I Nutta, goblina. Przynajmniej przedstawiającego się jako goblin. W Ankh Morpork granice tolerancji były przesuwane już tyle razy, że się od tego przesuwania nieco wytarły, jednak wciąż tam są. Gobliny są tolerowane, podobnie jak trolle i krasnoludy. Kim więc nadal lepiej nie być w Ankh Morpork? O, to jest tajemnica. Na najwyższym szczeblu. Międzynarodowa wręcz. I powiem szczerze, że ja jej nie odgadłam...

Polecam, polecam, polecam. A przy okazji - nie uwierzyliście chyba w tę bzdurną historię z Romeem i Julią? ;)

Ocena: 4.5/6

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
ninetaj
Czas publikacji:
wtorek, 28 grudnia 2010 14:25

Polecane wpisy

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com