labirynt

Wpis

czwartek, 28 lutego 2013

Książki, których nie potrafię zrecenzować

Przeczytałam w ostatnich tygodniach kilka nienajgorszych książek, których recenzje odkładałam „na później”. Zasiadałam do nich, napisałam kilka zdań, skasowałam, napisałam, i dalej nie byłam przekonana. A potem – wiecie jak to jest – mija tyle czasu, że takie właśnie średnie książki zacierają się w pamięci, blakną dotyczące ich myśli, wrażenia i emocje, trudno napisać o nich dłuższy tekst. Szkoda mi jednak nie zaznaczyć ich na blogu – stąd ta notka.

„Ofensywa szulerów” – Jakub Ćwiek

No tak, ta książka nie mieści się nawet w kategorii „przeczytana w ostatnich tygodniach”, bo zaczęłam i skończyłam ją w pewien lipcowy dzień zeszłego roku, przykuta do szpitalnego łóżka. Umiliła mi ten niezbyt miły czas i nawet muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Ale kiedy zbierałam się już do recenzowania to okazało się, że uleciały mi imiona bohaterów, miałam je sprawdzić, potem zapomniałam i tym sposobem wracam do szulerów dopiero dzisiaj… Była to niezwykła historia trójki zwyczajnych ludzi, których wojenna zawierucha uczyniła całkiem niezwykłymi. Czy pomogła w tym tylko iluzja, a może prawdziwa magia? Podobne do gremlinów stworki pomagające polskiemu Dywizjonowi 303, maszyna do teleportacji i golumy chodzące sobie jakby nigdy nic po mieście… Tak, podobała mi się ta opowieść. Ale ma jeden minus. A właściwie nie opowieść ma minus, tylko jej autor – Jakub Ćwiek, który uwielbia zaczynać nowe cykle, a z kończeniem ich jest u niego znacznie gorzej. „Ofensywa szulerów” ukazała się w 2009 roku a my nadal nie mamy okazji poznać dalszych losów bohaterów, rozwiązać zadzierzgniętej intrygi. Tak samo było z „Kłamcą” –czekałam na czwarty tom na tyle długo, że gdy już się ukazał straciłam nim zainteresowanie – musiałabym przypomnieć sobie poprzednie części , a na to zwyczajnie brak mi czasu.

Ocena:4/6

„Szare śniegi Syberii” – Ruta Sepetys

Historia Litwińskiej rodziny wywiezionej na Syberię za czasów rządów Stalina powinna być poruszająca. Z reguły takie historie przecież są. A ja się zawsze daję złapać. Ale tej książce zabrakło autentyzmu, dostajemy tylko poprawność, kilka sytuacji, które są obliczone na nasze wzruszenie, i przesłodzony happy end. Ogromna przepaść dzieli tą stylizowaną na prawdziwą opowieść od autentycznych wspomnień zesłańców. Przeczytać jak najbardziej można, czy polecam – niekoniecznie.

Ocena:3/6

„Zapach drzewa sandałowego” – Laila El Omari

Raz na jakiś czas mam ochotę przeczytać romansidło, najlepiej historyczne, może być z nutą egzotyki. A potem wstyd się w ogóle przyznać do takiej lektury. „Zapach drzewa sandałowego” jest jednak napisany na tyle sprawnie, że warto o nim wspomnieć – tak, tak, dostaniemy dużą dawkę przewidywalnych miłosnych uniesień, ale zarówno fabuła, jak i dialogi, nie rażą swoją sztucznością. Mamy więc „starą” pannę, wyjątkowo rozgarniętą i bystrą oczywiście, rodziców, którzy za wszelką cenę chcą ja wydać za mąż za nieodpowiadającego jej kandydata, przystojnego lekarza zaręczonego już z inną, a do tego rozpustną piękną siostrę, siostrę o dobrym sercu, francuskiego zbiega (a nawet dwóch), hinduską księżniczkę i masę hinduskich niewolnic. Kolonialne Indie posiadają tutaj niepodważalny urok, a czasy dam w krynolinach, eleganckich dżentelmenów i uwodzicielskich awanturników zostały odmalowane przekonująco i interesująco. A ponieważ zdarzało mi się czytać książki w podobnym duchu – np. „Płomienna narzeczona” Iny Lorentz – które były koszmarami literackimi wydanymi chyba przez jakąś straszną pomyłkę, to muszę o „Zapachu drzewa sandałowego” powiedzieć szczerze, że to całkiem przyjemna lektura.

Ocena: 3.5/6

„Tych cieni oczy znieść nie mogą” – Alan Bradley

Z przykrością umieszczam w tej zbiorczej notce również najnowszą część przygód Flawii. Mimo mojej niesłabnącej sympatii dla panny de Luce, wydaje mi się, że książki o niej wytracają impet. Oddając jednak sprawiedliwość - gwiazdka w Buckshaw ponownie przykuła mnie do fotela, dopóki nie skończyłam czytać, obowiązkowe morderstwo jest efektowne jak zawsze, a pułapkę na Świętego Mikołaja uważam za świetny pomysł. Jakąś jednak część przyjemności, którą odczuwałam czytając dwie pierwsze części cyklu utraciłam przy części trzeciej i póki co jej nie odzyskałam.



Ocena: 4/6

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Kategoria:
Autor(ka):
ninetaj
Czas publikacji:
czwartek, 28 lutego 2013 18:19

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • izusr napisał(a) komentarz datowany na 2013/03/09 19:31:34:

    Och, jak ja to dobrze znam. Też mam kilka takich porozpoczynanych notek, jeszcze z tamtego roku, które czekają aż je dokończę. A ja coraz bardziej czuję, że już nie dokończę, niestety :(

Dodaj komentarz

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com