labirynt

Wpisy

  • poniedziałek, 14 lipca 2014
    • Coś się kończy, coś się zaczyna

      Szalenie zaniedbałam tego bloga - straciłam do niego serce. Pisanie głównie o książkach zaczęło mnie uwierać, nie dlatego, że przestałam czytać (choć rzeczywiście, niestety, czasu na lekturę znajduję mniej), ale że nie bawiło mnie już "recenzowanie". Książki albo mnie zachwycały, albo rozczarowywały, albo wpadały do przegródki "przyjemne czytadło" - pisanie o tym wydawało mi się zbyt powtarzalne i mało odkrywcze. Nie nadążałam za nowościami i miałam wrażenie, że o "wczorajszych" nowinkach niewielu chce czytać, dlatego mój zapał powoli zanikał, aż w końcu rozpłynął się zupełnie.

      Brakuje mi jednak pisania, gdzieś to moje grafomaństwo chce znaleźć ujście, w innej już jednak formie i w innej otoczce. Nie porzucam książek - porzucam format bloga książkowego i przenoszę się z zabawkami do nowego miejsca w sieci. Mojego własnego zakątka, gdzie żaden blox nie będzie mi wrzucał okropnych reklam do nagłówka ani straszył przestarzałymi szablonami. Jeśli ktoś chciałby przenieść się razem ze mną zapraszam na one more tea - przy dobrej herbacie można porozmawiać o wszystkim. W moich marzeniach nowy blog ma połączyć w jedno wszystkie moje pasje - a więc również książki, jeśli to dla nich tutaj zaglądaliście.

      Do zobaczenia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 lipca 2014 16:15
  • niedziela, 24 listopada 2013
    • Kocie sprawy

      Książki o kotach to moja mała obsesja. Lubię wiedzieć co nowego ukazało się w tym temacie. Bardzo się więc ucieszyłam z „Co mówią do nas koty” Isabelli Lauer, którą otrzymałam do recenzji. Specjalnie dla tej książki postanowiłam odkurzyć bloga.

      Przede wszystkim jest to pozycja wspaniale wydana. Na przyjemnym papierze, z dużą ilością przepięknych zdjęć kocich przyjaciół. Książka nie jest gruba, nieco ponad 120 stron, ale nadrabia zdjęciami właśnie i miłym dla oka układem wiadomości.

      Nie ma w tutaj rozróżnienia ras kotów, jedynie skupienie się na kocich zachowaniach i sposobach koegzystowania z tymi przyjaznymi, aczkolwiek bardzo specyficznymi istotami. Książka odczarowuje mit kota jako samolubnego samotnika i egoisty, pozwala spojrzeć na świat z kociej perspektywy, poznać kocie lęki i radości. Poznajemy kolejne etapy rozwoju kociąt, sposoby na zawieranie przyjaźni, sztuczki kocich mam na nauczenie maluchów moresu. Jak ważny jest to etap wie każdy właściciel kota, który nie zaznał dostatecznie dużo i długo maminej opieki.

      A potem jest jeszcze ciekawiej! Kotki rosną, nabierają indywidualnych cech, psocą i dają tyle szczęścia, że aż trudno je pomieścić w ludzkim sercu. Czasem jednak na horyzoncie pojawiają się kłopoty – obdrapane meble na przykład. Jak sobie z tym radzić? Książka i tutaj podpowiada to i owo.

      Nie jest to jednak pozycja dla doświadczonych kociarzy. Większość zawartych w niej informacji na pewno zdobyli już oni wcześniej – z innych lektur lub po prostu „z życia”. Książka byłaby wspaniałym początkiem kociej przygody dla dziecka lub osoby, która dopiero planuje albo ledwie co przygarnęła kotka. Jest to raczej bardzo przyjemna dla oka lekturka o najważniejszych aspektach kociego życia niż kompendium wiedzy, dlatego świetnie nadaje się na prezent dla początkującego miłośnika kotów. Jeśli takiego znacie – nie wahajcie się ani chwili.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 listopada 2013 08:42
  • wtorek, 26 marca 2013
    • Akcja - zabawna edukacja! O książkach dla nauczycieli.

      Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Impuls miałam okazję zapoznać się i wypróbować w praktyce cztery niezwykłe książeczki autorstwa Doroty Niewoli – „Zabawy matematyczne”, „Zabawy inscenizacyjne o tematyce przyrodniczej”, „Jesteśmy aktorami. Scenariusze teatrzyków dziecięcych” oraz „Zabawy integracyjne i nie tylko”.

      Seria książeczek dla wychowawców przedszkolnych i nauczycieli nauczania początkowego dostarcza wiele pomysłów na nowe zabawy, wyliczanki, wierszyki i teatrzyki dla dzieci. Ponieważ pracuję w tzw. edukacji nieformalnej, ucieszyłam się z możliwości poszerzenia zbioru aktywności, które mogłam zaproponować dzieciakom. Książeczki nie są duże – najgrubsza z nich, „Zabawy integracyjne i nie tylko”, ma zaledwie 149 stron – ale bogate w pomysły. Treści są zaserwowane przejrzyście, dużą czcionką, ozdobione zabawnymi ilustracjami (czarno-białymi) – całość sprawia więc wrażenie bardzo przyjaznej. I taka właśnie jest!

      Przy całej mojej sympatii do tych książeczek, muszę jednak podkreślić, że pożytek z niej będą mieli głównie nauczyciele i opiekunowie młodszych dzieci (4-6 lat). Wiele proponowanych zabaw opiera się na podobnym schemacie, zmienia się tylko np. wierszyk lub wiodąca postać, dlatego nie należy oczekiwać skomplikowanych czy bardziej złożonych propozycji. Nie jest to jednak wada gdy mówimy o przedszkolakach – wśród nich każda wypróbowywana przeze mnie zabawa wzbudzała podobny entuzjazm.

      Najbardziej przypadła mi do gustu niespełna stustronicowa pozycja pod tytułem „Jesteśmy aktorami. Scenariusze teatrzyków dziecięcych”, w której można znaleźć propozycje krótkich przedstawień na niemal każdą okazję. Patrząc za okno, warto by chyba odegrać scenariusz pod tytułem „Żegnamy zimę i witamy wiosnę” ;)

       Wszystkie propozycje zawarte w książeczkach są dość proste i oczywiste dla dorosłego czytelnika. Ale znając dzieci i ich sposób pojmowania świata, wiadomo, że właśnie taki sposób podania informacji (np. o burzy, figurach geometrycznych czy opiece nad zwierzętami) dociera do nich najlepiej. Najtrudniejsze treści znajdują się zapewne w „Zabawach matematycznych”, ale nawet tutaj zadbano o jasność przekazu i atrakcyjną dla dzieci formę. Przy każdym tytule aktywności we wszystkich książkach z serii podany jest cel, jaki jest zamierzony przy danej zabawie, co ułatwia wybór i dostosowanie się do aktualnych zadań dzieci. Często pojawiają się również dodatkowe sugestie, jak dzięki proponowanym scenariuszom zachęcić dzieci do dalszego działania (np. odnowienia budki dla ptaków na zimę).

      Dobrze, że na polskim rynku wydawniczym pojawiają się takie pozycje – niezbyt obszerne, niezbyt drogie, a naprawdę inspirujące do pracy z dziećmi - dlatego, że będąc dorosłym tak łatwo zapomnieć, jak wyglądał świat, gdy patrzyliśmy na niego oczami dziecka. Książki Doroty Niewoli przypominają, że nie potrzeba drogich zabawek czy nad wyraz wyszukanych zajęć by zapewnić dzieciom niezwykłe chwile – wystarczy kawałek podłogi i dorosły z pomysłem, a wtedy nawet skomplikowana matematyka okazuje się prosta i zabawna.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 marca 2013 19:30
  • czwartek, 28 lutego 2013
    • Książki, których nie potrafię zrecenzować

      Przeczytałam w ostatnich tygodniach kilka nienajgorszych książek, których recenzje odkładałam „na później”. Zasiadałam do nich, napisałam kilka zdań, skasowałam, napisałam, i dalej nie byłam przekonana. A potem – wiecie jak to jest – mija tyle czasu, że takie właśnie średnie książki zacierają się w pamięci, blakną dotyczące ich myśli, wrażenia i emocje, trudno napisać o nich dłuższy tekst. Szkoda mi jednak nie zaznaczyć ich na blogu – stąd ta notka.

      „Ofensywa szulerów” – Jakub Ćwiek

      No tak, ta książka nie mieści się nawet w kategorii „przeczytana w ostatnich tygodniach”, bo zaczęłam i skończyłam ją w pewien lipcowy dzień zeszłego roku, przykuta do szpitalnego łóżka. Umiliła mi ten niezbyt miły czas i nawet muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Ale kiedy zbierałam się już do recenzowania to okazało się, że uleciały mi imiona bohaterów, miałam je sprawdzić, potem zapomniałam i tym sposobem wracam do szulerów dopiero dzisiaj… Była to niezwykła historia trójki zwyczajnych ludzi, których wojenna zawierucha uczyniła całkiem niezwykłymi. Czy pomogła w tym tylko iluzja, a może prawdziwa magia? Podobne do gremlinów stworki pomagające polskiemu Dywizjonowi 303, maszyna do teleportacji i golumy chodzące sobie jakby nigdy nic po mieście… Tak, podobała mi się ta opowieść. Ale ma jeden minus. A właściwie nie opowieść ma minus, tylko jej autor – Jakub Ćwiek, który uwielbia zaczynać nowe cykle, a z kończeniem ich jest u niego znacznie gorzej. „Ofensywa szulerów” ukazała się w 2009 roku a my nadal nie mamy okazji poznać dalszych losów bohaterów, rozwiązać zadzierzgniętej intrygi. Tak samo było z „Kłamcą” –czekałam na czwarty tom na tyle długo, że gdy już się ukazał straciłam nim zainteresowanie – musiałabym przypomnieć sobie poprzednie części , a na to zwyczajnie brak mi czasu.

      Ocena:4/6

      „Szare śniegi Syberii” – Ruta Sepetys

      Historia Litwińskiej rodziny wywiezionej na Syberię za czasów rządów Stalina powinna być poruszająca. Z reguły takie historie przecież są. A ja się zawsze daję złapać. Ale tej książce zabrakło autentyzmu, dostajemy tylko poprawność, kilka sytuacji, które są obliczone na nasze wzruszenie, i przesłodzony happy end. Ogromna przepaść dzieli tą stylizowaną na prawdziwą opowieść od autentycznych wspomnień zesłańców. Przeczytać jak najbardziej można, czy polecam – niekoniecznie.

      Ocena:3/6

      „Zapach drzewa sandałowego” – Laila El Omari

      Raz na jakiś czas mam ochotę przeczytać romansidło, najlepiej historyczne, może być z nutą egzotyki. A potem wstyd się w ogóle przyznać do takiej lektury. „Zapach drzewa sandałowego” jest jednak napisany na tyle sprawnie, że warto o nim wspomnieć – tak, tak, dostaniemy dużą dawkę przewidywalnych miłosnych uniesień, ale zarówno fabuła, jak i dialogi, nie rażą swoją sztucznością. Mamy więc „starą” pannę, wyjątkowo rozgarniętą i bystrą oczywiście, rodziców, którzy za wszelką cenę chcą ja wydać za mąż za nieodpowiadającego jej kandydata, przystojnego lekarza zaręczonego już z inną, a do tego rozpustną piękną siostrę, siostrę o dobrym sercu, francuskiego zbiega (a nawet dwóch), hinduską księżniczkę i masę hinduskich niewolnic. Kolonialne Indie posiadają tutaj niepodważalny urok, a czasy dam w krynolinach, eleganckich dżentelmenów i uwodzicielskich awanturników zostały odmalowane przekonująco i interesująco. A ponieważ zdarzało mi się czytać książki w podobnym duchu – np. „Płomienna narzeczona” Iny Lorentz – które były koszmarami literackimi wydanymi chyba przez jakąś straszną pomyłkę, to muszę o „Zapachu drzewa sandałowego” powiedzieć szczerze, że to całkiem przyjemna lektura.

      Ocena: 3.5/6

      „Tych cieni oczy znieść nie mogą” – Alan Bradley

      Z przykrością umieszczam w tej zbiorczej notce również najnowszą część przygód Flawii. Mimo mojej niesłabnącej sympatii dla panny de Luce, wydaje mi się, że książki o niej wytracają impet. Oddając jednak sprawiedliwość - gwiazdka w Buckshaw ponownie przykuła mnie do fotela, dopóki nie skończyłam czytać, obowiązkowe morderstwo jest efektowne jak zawsze, a pułapkę na Świętego Mikołaja uważam za świetny pomysł. Jakąś jednak część przyjemności, którą odczuwałam czytając dwie pierwsze części cyklu utraciłam przy części trzeciej i póki co jej nie odzyskałam.

      

      Ocena: 4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Książki, których nie potrafię zrecenzować”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2013 18:19
  • niedziela, 24 lutego 2013
    • "Pierwszy śnieg" Jo Nesbo

      Muszę przyznać, że chociaż lubię styl Jo Nesbo, pod koniec czytania „Trylogii z Oslo” byłam już nieco znużona. Dlatego zrobiłam sobie przerwę od norweskiego pisarza i komisarza Hole – co wyszło nam wszystkim na dobre. Kiedy więc ostatnio natrafiłam w bibliotece na „Pierwszy śnieg” i poczułam, że minęło już dość czasu, by znów wyruszyć tym szlakiem, nie rozczarowałam się. Powiem więcej, „Pierwszy śnieg” podobał mi się najbardziej z przeczytanych dotychczas przeze mnie książek autora.

      Tym razem Harry Hole ma za przeciwnika nie byle kogo – pierwszego norweskiego seryjnego zabójcę! Wyjątkowo brutalnego, bezwzględnego i – jak okaże się w trakcie śledztwa – działającego od wielu lat, zawsze z nastaniem pierwszego śniegu. Zabójca jest inteligentny i norweska policja nie raz i nie dwa zostanie wywiedziona przez niego w pole. A tymczasem kolejne ofiary są znajdowane w coraz bardziej makabrycznym stanie. Gdy do kłopotów komisarza Hole dodać – oprócz jego zwyczajowej walki z alkoholizmem – nielojalnego współpracownika i najwyraźniej osobisty stosunek mordercy do jego osoby – robi nam się niezła mieszanka wybuchowa.

      Od tej książki odrywałam się tylko w przypadku najwyższej konieczności. To jest właśnie taki kryminał, jak można sobie wymarzyć na zimowe wieczory. Pomysłowość mordercy była chorobliwie fascynująca, a komisarz Hole stresująco bezradny – co nieomal doprowadziło mnie do obgryzania paznokci. Niby Harry nie traci nic ze swojego błyskotliwego podejścia do spraw, niby nadal potrafi znaleźć ślad, tam gdzie inni nie widzą nic, a jednak ciągle jest o dwa kroki za zabójcą, daje się wodzić za nos i pod koniec książki staje nad krawędzią. Dosłownie i w przenośni.

      Polecam serdecznie – pamiętajcie tylko, żeby nie winić mnie, jeśli po lekturze zaczniecie czuć się nieswojo na widok śniegowych bałwanów…

      

      Ocena: 5/6

      P.S.: W odróżnieniu od tytułu książki, ten śnieg, który pada za oknem mógłby wreszcie być ostatnim - w tym roku zupełnie nie mam cierpliwości do zimy. Niech się już skończy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 lutego 2013 07:40
  • czwartek, 07 lutego 2013
  • niedziela, 03 lutego 2013
    • O trudnej sztuce kompromisu czyli o wybieraniu imienia dla kota czyli - gdzie jest Wally?

      Tylko pozornie ten wpis nie ma nic wspólnego z książkami, pozornie. Już śpieszę tłumaczyć o co chodzi. Moje dwa dotychczasowe koty nosiły imiona bohaterek literackich - Izoldy i Scarlett. Koty mojego męża nazywały się tak jak zapewne tysiące innych kotów na świecie - Kocio i Icek. Jak widać, kiedy przyszło do wybierania imienia dla naszego pierwszego wspólnego zwierzaka, starły się dwa światopoglądy - nader egzaltowany i wyjątkowo (wybacz mi Mężu ;)) pospolity.

      Oliwy do ognia dolewał fakt, że w hodowli witano właśnie miot „W”, a więc kotek powinien mieć imię zaczynające się na tą właśnie literę. Oczywiście, mogłoby być tak, że papiery sobie, a imię sobie, ale skoro już mieliśmy możliwość jakiegokolwiek na to wpływu, postanowiliśmy, że warto wybrać imię, które z nami zostanie. A „W” okazało się wyjątkowo mało poetycką literą. Mój mąż po kolei odrzucał wszystkie moje Wolveriny i Woldemorty (tak, wiem, jak to się pisze w oryginale ;)) argumentując, że imię naznacza osobowość, na co mamy dowód w postaci charakternej Scarlett, a on nie chce mieć w domu puchatego mordercy. Na Wanilia i Werbena tylko się skrzywił. Rozpaczliwie szukałam bohatera literackiego, którego imię byłoby godne tej białej kulki, która miała pojawić się w naszym domu – i nic! Wywiało mi z głowy jakichkolwiek sensownych herosów, czy choćby dżentelmenów! Przeszliśmy więc przez etap totalnej głupawki zaczynającej się Wirusem, przechodzącej przez Wirnika, a na Warbudzie kończącej (mijaliśmy akurat plac budowy…). Nieśmiało zaproponowałam Merlina (ach, to dopiero byłoby imię!) sugerując, że „M” to przecież nic innego jak odwrócone „W”. Jak się domyślacie – nie przeszło.

       

      No i w końcu, ostatecznie, wybraliśmy. Wally. Sympatyczny Wally w pasiastym swetrze, bohater komiksów „Gdzie jest Wally?” – ukrywający się w tłumie okularnik, którego każdorazowo trzeba było znaleźć na barwnych obrazkach.

       

      I chociaż nie byłam do końca usatysfakcjonowana, bo imię mało dramatyczne przecież, zgodziłam się nie mogąc zaproponować godnej kontrkandydatury (dlaczego, Watsonie, nie przyszedłeś mi wtedy do głowy?!). Uznałam, że może to być nawet zabawne, jak będziemy szukać kociaka i wołać „Gdzie jest Wally?”, niczym stale bawiąc się pamiętną frazą sprzed lat. Przy okazji urlopu w UK wyszło na jaw, że jesteśmy trendsetterami, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wszędzie, gdzie się nie obróciliśmy trafialiśmy na gadżety z imiennikiem naszego małego rozrabiaki? Kalendarze z Wally’m, kubki z Wally’m, kalesony z Wally’m… Słowem, mieliśmy nosa.

       

      A sam kot? Cóż, Wally postanowił z nami współpracować i odpowiednio dostosować się do wybranego imienia. Kilka razy dziennie padają w naszym domu nieśmiertelne słowa i przestało nas to bawić już w okolicach grudnia.

       

      Dlatego czasem udajemy, że od początku chodziło nam o Wallec'a ;)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 lutego 2013 17:10
  • piątek, 01 lutego 2013
    • „Filary ziemi” Ken Follett

      Oj, dawno się tak nie rozczarowałam książką. Oczywiście, zdarzają się słabsze książki, zdarzają się nawet dużo częściej niż te olśniewające. Ale z jakiegoś powodu byłam przekonana, że „Filary ziemi” mnie porwą i zachwycą, już zaczynając pierwszy rozdział cieszyłam się grubością drugiej części. Upadek był więc z wysokiego konia (oczekiwań) na niezwykle twardą ziemię (rzeczywistości).

      Książka nie tylko mnie nie zachwyciła, ale wręcz uważam ją za mocno przeciętną. Autorowi zabrakło polotu i lekkości pióra, jego historia, chociaż zdumiewająca rozmachem, jest grubo ciosana i mało wciągająca. A do tego nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Ken Follett nie bardzo wie o czym pisze, że coś tam zasłyszał, coś tam sprawdził, ale generalnie średniowieczne realia są mu obce i po prostu wybrał takie ramy czasowe bo pasowały mu do ogólnej koncepcji. Oczywiście, zakładam swoją omylność i swoją ignorancję w tym względzie, ale nie zostałam przekonana, że czytam o zdarzeniach, które rzeczywiście mogły mieć miejsce i mogły tak przebiegać w średniowiecznej Anglii. A skoro już wpleciono w fabułę kilka historycznych postaci, tego właśnie oczekiwałam.

      Nie będę się zagłębiać w treść tej ponad ośmiuset stronicowej cegły. Na empik.com, w opisie książki, czytamy: „Walka o władzę, intrygi, seks, miłość, zdrada, mroczne tajemnice i zbrodnie, akty nienawiści i desperacji - to wszystko zawiera fabuła tej porywającej opowieści, osnuta jest wokół trwającej blisko czterdzieści lat budowy wielkiej katedry Kingsbridge”. Generalnie jest to opis prawdziwy, wszystkie te elementy, wymienione jak w szkolnej wyliczance, znalazły się w książce, a jednak jeśli oczekujecie barwnej, dynamicznej historii, srogo się zawiedziecie. Wygląda to tak, jakby autor wrzucił do powieści wszystko to, co uznał za konieczne, by osiągnąć sukces, a zapomniał zadbać, by miało to jakikolwiek wdzięk czy chociaż żeby rzeczywiście czemuś służyło. Na domiar złego, to czego nie lubię w książkach najbardziej – drętwych, niewiarygodnych bohaterów – są tutaj całe pęczki. Nie przekonała mnie do siebie ani jedna postać, żadna nie zdobyła nawet kawałka mojego serca czy myśli. Najbardziej denerwowały mnie fragmenty jak ten czy ów bohater miał sprawę do wielmoży, zjawiał się więc w jego siedzibie, przed jego oczyma i przedstawiał problem, tak jakby rzeczywiście jakiś król czy hrabia siedział po prostu w otwartej izbie i rozmawiał z każdym nieznajomym, który akurat przechodził drogą obok zamku. Nie wierzę też w historię córki upadłego hrabiego, która z pogardzanej nędzarki staje się najbogatszą handlarką wełny w okolicy. Nie wierzę w stale zmieniające się zdanie bohaterów o innych bohaterach. Nie wierzę w romanse zawiązywane na świeżym grobie ukochanej małżonki. „Filary ziemi” są całe upstrzone pomysłami autora na realizację jego fabularnego zamysłu, które irytują mnie nawet teraz – skoro już o nich myślę przy okazji tej recenzji – dwa tygodnie po skończeniu powieści.

      Oczywiście, oczywiście, można się powoływać na licentia poetica, ale nie chodzi o to, że jestem jakimś historycznym fanatykiem, nie znam i nie czepiam się szczegółów jeśli książka jest napisana zgrabnie, a historia wciągająca. A ta taka nie jest. Gorzko się pomyliłam umieszczając kolejne powieści Folletta na swojej świątecznej liście życzeń i pozostaje mi dziękować niebiosom, że Mikołaj okazał się roztropniejszy niż ja i owych podarków mi oszczędził.

      

      Ocena: 2/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „„Filary ziemi” Ken Follett”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lutego 2013 13:52
  • środa, 30 stycznia 2013
    • "Klucz do ogrodu", klucz do książki...

      Miałam problem z tą książką. Przez pierwsze 37 stron zastanawiałam się czy już przestać czytać czy jeszcze dać jej szansę. Odłożyłam. Ale ciekawość jednak zwyciężyła, a potem nadeszła 38 strona i kolejne, a ja przepadłam całkowicie. Znakomicie napisana powieść, wyśmienita historia, wspaniały język.

      „Klucz do ogrodu” to opowieść o domu i kawałku terenu, na którym stoi ten dom. Dom zamieszkiwany jest kolejno przez następujące po sobie rodziny, przypadkowych właścicieli, służbę, gości, najemców… A każdy z nich ma do opowiedzenia swoją niepowtarzalną historię, swoje powody i nadzieje, każdy z nich opuszczając ten dom i ten teren czuje się niepocieszony i wyrwany z miejsca, do którego przynależy. Wszystko się zmienia, trwa jedynie dom. I ogrodnik. I zamki otwierane wszystkie jednym kluczem. Zeiss Ikon. Niemiecka jakość. Wspominałam, że dom został wybudowany w Niemczech?

      Dlatego zaglądając przez okna domu, lub też wyglądając przez nie, możemy podejrzeć losy zarówno żydowskiej rodziny, która odsprzedała teren za połowę wartości rynkowej kiedy przyszło uciekać, architekta, który po podziale Niemiec musi opuścić swoje najukochańsze dzieło, żonę architekta, która przed rosyjskimi żołnierzami ukrywała się w garderobie, zatwardziałą komunistkę, którą zdradziły ideały, i wielu innych, których dni w jakimś momencie ich życia toczyły się w tym miejscu. Najbardziej poruszyła mnie historia żydowskiej dziewczynki, która kiedyś nazywała się Doris i uczyła się grać na fortepianie, ale w pewnym momencie obie te rzeczy przestały mieć jakiekolwiek znaczenie…

      Powieść jest doskonale skonstruowana, jeśli już oswoimy się z kluczem według jakiego została napisana. Dlatego na początku stawiła mi opór – nie byłam przygotowana, na to co mi zaserwowano. Później, rozsmakowałam się w krótkich rozdziałach napisanych z punktu widzenia różnych osób, w kawałkach historii, które niczym warstwy cebuli przesłaniały mi z początku widok na kolejną część tej samej opowieści. Dodatkowo, te różne punkty widzenia, te puzzle układające się ostatecznie w historię domu i jego właścicieli poprzez zawieruchę dziejów, bardzo zgrabnie poprzedzielane są tonującymi wszystko rozdziałami o ogrodniku i jego wytrwałej pracy.

      Niesamowita książka. I doskonała – o czym już wspominałam - w warstwie językowej. Zabawa słowem, zabawa treścią, lekkie przeskakiwanie z jednej formy na inną, pozorne pomieszanie z poplątaniem. A jednak nie mogę otrząsnąć się z podziwu dla starannego planowania autorki. I z wrażenia, jakie tak użyty język, na mnie zrobił. Gorąco polecam.

      

      Ocena: 5.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      środa, 30 stycznia 2013 18:52
  • piątek, 18 stycznia 2013
    • "Ziemia kłamstw" - Anna Ragde

      Nie wiem jaka atmosfera panuje w krajach skandynawskich, pewna jednak jestem, że powieści obyczajowe z tego regionu przedstawiają zawsze obraz tak niezachęcający, iż z trudem można uwierzyć, że ktoś w ogóle chce tam mieszkać. Nie inaczej jest z „Ziemią kłamstw” norweskiej pisarki Anny Ragde. To historia bolesnych relacji w rodzinie, która wydaje się właściwie nie istnieć – trzej bracia nie utrzymują ze sobą kontaktów, jedyna młoda osoba w rodzinie – córka jednego z braci widziała go tylko raz, ojciec żyje życiem wyklętego, a matka… matka jest temu wszystkiemu winna. Tak się jednak składa, że na tydzień przed Bożym Narodzeniem trafia w ciężkim stanie do szpitala, a wszystkie osoby, które chociaż teoretycznie powinny czuć się z nią związane, spotykają się na szpitalnych korytarzach. Spotkanie te są bolesne, niczym, nie przymierzając, ropiejący wrzód. A na rodzinnej farmie, na którą koniec końców wszyscy trafiają, panują niewyobrażalny wręcz brud i jeszcze trudniejsze do pojęcia obyczaje. Najnormalniejszym miejscem wydaje się dobrze funkcjonujący chlew, chluba Tora, najstarszego syna i ojca Torunn. Magrid, miejscowy przedsiębiorca pogrzebowy z ledwością jest się w stanie zmusić, żeby na farmę przyjechać. Najtrudniejsze jest to jednak dla Erlenda, najmłodszego syna, żyjącego od 20 lat w Kopenhadze ze swoim partnerem i wiodącego dostatnie życie dekoratora sklepowych wystaw. Wszyscy razem będą musieli stawić czoła tajemnicy, której strzegła ich matka, a która wywróci do góry nogami ich dotychczasowe poglądy i wizje samych siebie.

      Ciężka książka, przesycona brudem trudnego życia i ciemnych, rodzinnych tajemnic, a jednak wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam jej odłożyć dopóki nie poznałam zakończenia. Kiedy jednak odkryłam, że autorka opisała dalsze losy rodziny w „Rakach pustelnikach”, nie popędziłam pędem do biblioteki by je poznać. I chyba nie popędzę, bo nie takich książek potrzeba obecnie w moim życiu, nawet jeśli - tak jak "Ziemia kłamstw" - są obsypane nagrodami i otoczone uznaniem (za empik.com: Anne B. Ragde otrzymała za "Ziemię kłamstw" nagrodę literacką Riksmålsforbundets, książka została także uznana przez czasopismo "VG" za najlepsza norweską powieść dekady 1999-2009, a w 2004 roku została uhonorowana Norwegian Language Prize oraz Booksellers' Prize).

      

      Ocena: 4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2013 22:00

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com