|
Archiwum
Zakładki:
Szablon
Sznurki książkowe
Sznurki lubiane nie-książkowe
Wyzwania
Tagi
|
wtorek, 24 stycznia 2012
Flawia de Luce razy trzy
No i dopadło również mnie – zauroczenie przygodami Flawii de Luce opisanymi w trzech wciągających książkach!
Ocena: 4.5/6
Ocena: 5/6
Ocena: 4-/6
poniedziałek, 09 stycznia 2012
"Wiedźmin" w Radiu Gdańsk
Gorąco polecam każdemu kto ma wolną chwilę wieczorami włączenie Radia Gdańsk od poniedziałku do piątku o 20.45. Właśnie wtedy można posłuchać "Wiedźmina" Sapkowskiego - ten swoisty "audiobook" nagrany jest w doskonały sposób. Myślę, że przyjemność nie tylko dla fanów prozy pana Andrzeja :)
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Podsumowania
Chociaż od dawna nie pisałam, nie mogę oprzeć się pokusie podsumowania mijającego roku. Brak recenzji nie oznacza bynajmniej, że nie czytałam, chociaż chciałabym czytać więcej. Jednakże nowe obowiązki, dużo zajęć, trochę kłopotów ze zdrowiem i jeszcze więcej z emocjami odciągnęły mnie skutecznie od bloga. Ale tylko własnego! Inne blogi książkowe śledziłam pilnie i trzymałam rękę na pulsie jeśli chodzi o polecane pozycje. Nie da się jednak w podsumowaniu nie zauważyć, że nie mam czym się chwalić jeśli chodzi o recenzowanie. Moja ulubiona książka mijającego roku na szczęście doczekała się recenzji. Mowa o "Stowarzyszeniu Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek". Tak, tak, nic ambitnego, muszę przyznać. Ale dała mi to, co przez ostatnie miesiące było mi najbardziej potrzebne - porządną dawkę ciepła i szczęśliwe zakończenie. Trochę kojarzy mi się ta książka z powieściami Jane Austen, trochę z ciepłym letnim popołudniem, a trochę z termoforem na zmarzniętych stopach ;)
Zaraz za "Stowarzyszeniem..." plasuje się w moim prywatnym rankingu cieniutka, a jakże pełna treści i emocji książka "Ból kamieni" Mileny Agus. "Seria z miotłą" jak zwykle nie zawiodła, a ta krótka lektura zdecydowanie zasługuje na recenzję - mam nadzieję, że zmobilizuję się do popełnienia takowej.
Mimo, że "Ból kamieni" aż pulsuje od skrywanego pod skórą cierpienia, walki z samym sobą, życia pozbawionego zrozumienia, to podobnie do "Stowarzyszenia..." jest powieścią ciepłą i dobrą, chociaż nie przynosi ukojenia i spokoju, nie pozwala też poddać się wygodnej rezygnacji. Polecam! Generalnie jednak trudno mi było znaleźć w roku 2011 książkę przykuwającą do fotela, często, mimo pozytywnych recenzji, które decydowały o wyborze moich lektur, nie dałam się porwać historii, czytałam bez zaangażowania, jakby obok samej siebie, a na pewno gdzieś obok fabuły. Końcówka roku była zdecydowanie lepsza - ale moje recenzencyjne zaległości nie dadzą w tej chwili nikomu pełnego obrazu sytuacji. Postaram się poprawić! Za największe rozczarowanie roku uznaję "Ofiarę w środku zimy" Monsa Kallentoft. Kryminał z filozoficznymi i egzystencjalnymi aspiracjami, przegadany, niepotrzebnie udziwniony. Ale przynajmniej była to książka, którą jakoś zapamiętałam, bo lektur słabych, nijakich, o których nie pisałam, bo nie wiedziałam co właściwie napisać było w tym roku więcej, zlały mi się w jedno gdzieś w zakamarkach pamięci i nawet nie potrafię już odgrzebać ich tytułów. Na Nowy Rok życzę Wam i sobie jak najwięcej porywających, fascynujących tytułów, które oderwą od rzeczywistości lub pokażą ją z innej perspektywy. Dodatkowo, przerażona ilością książek, które przybywają na moje półki i grzęzną tam na długie miesiące, tak starannie wybierane a następnie nieczytane (bo biblioteka, bo coś nowszego, bo coś innego, pożyczonego domaga się uwagi w pierwszej kolejności), postanawiam ograniczyć zdecydowanie zakupy, a skoncentrować się na tym co mam. Zaszalałam ostatnio w empiku i nie opuszczają mnie obecnie wyrzuty sumienia. Dyspensy udzielam sobie jedynie na kolejne części "Czarnych Kamieni" (guilty pleasures, a co ;)) i długo wyczekiwanego "Okaleczonego Boga" Eriksona, zwieńczenie serii "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych" - fantastycznej, monumentalnej epopei. (Tak przy okazji - Martin ze swoim przyjemnym CZYTADŁEM "Pieśni Lodu i Ognia" do pięt nie dorasta Eriksonowi. Amen.) No to się rozpisałam. Wszystkiego najlepszego w 2012 roku Kochani! P.S.: Pod choinką znalazłam Kindla, dlatego tak łatwo mi szumnie zapowiadać ograniczenie zakupów papierowych książek ;)
wtorek, 27 września 2011
Recenzja zbiorcza
Trochę mi ostatnio minęła ochota na recenzowanie, ale dla porządku postanowiłam wymienić kilka przeczytanych przeze mnie w ciągu minionych miesięcy książek i napisać o każdej parę zdań. Sama nie wiem skąd się bierze moje recenzenckie lenistwo, ale po pracy ledwie starcza mi sił i czasu na czytanie i chyba brakuje ich już na dzielenie się czytelniczymi przeżyciami. Ale dość usprawiedliwień, zaczynam wyliczankę: „Flush”, Virginia Woolf To pierwsza książka, która przychodzi mi na myśl gdy mam robić podsumowanie ostatniego bezrecenzyjnego półrocza. Mała objętościowo, wielka duchem książeczka stanowiąca biografię spaniela pewnej brytyjskiej poetki jest bardzo ciepłą lekturą. I – wyobraźcie sobie – pełną zwrotów akcji! Do tego mistrzowskie posługiwanie się słowem przez Virginię Woolf, sielankowe krajobrazy angielskiej wsi, groźne ulice wiktoriańskiego Londynu, słoneczne place Włoch… Ledwie 128 stron a mamy okazję zwiedzić z Flushem kawał świata i przeżyć co nieco przygód. Serdecznie polecam!
Ocena: 5/6 „Bezduszna”, Gail Carriger Ot, przyjemne fantasy na wesoło. Niczym szczególnym mnie ta książka nie zachwyciła, ale też i nie zniechęciła. Ciekawa postać tytułowa – nieładna (według staro angielskich standardów) „stara panna” (28 lat – sci!) Alexia, która będąc dziedzicznie pozbawioną duszy jest tym samym najgroźniejszym przeciwnikiem istot nadprzyrodzonych – wilkołaków i wampirów zwłaszcza. A okazuje się, że w dawnym Londynie aż roiło się od tychże wzajemnie rywalizujących nacji. Nasza bohaterka nie zamierza bynajmniej ich zwalczać, wręcz przeciwnie, przyjaźni się z pewnym ekscentrycznym wampirem, a pełen temperamentu wilkołak porusza w jej duszy… yyy… to znaczy gdyby miała duszę… poruszałby w niej pewne struny… W każdym razie dużo się dzieje, gdy okazuje się, że szczególne „właściwości” Alexii bardzo przydałyby się radykalnej grupie chcącej wyeliminować „nieludzkich”. Oczyścić rasę. Ale pewnie już zdążyliście się zorientować, że panna Alexia to nie bezbronne dziewczę, o nie. Przede wszystkim ma bardzo groźną parasolkę… Ponieważ Alexia, tak jak i ja, ma słabość do dobrego jedzenia i jeszcze lepszej herbaty, nie mogłam jej nie polubić, nawet mimo jej swoistej arogancji wobec zasad, praw oraz ludzkich i nieludzkich elit. Bezczelna baba po prostu. Ale swojska ;)
Ocena: 4/6 „Coco”, Cristina Sanchez-Andrade Nie wiem co napisać o tej książce. Nie była zła, a jednak mi się nie podobała. Główna bohaterka, Coco Chanel, której nikomu przedstawiać nie trzeba, tak dalece nie wzbudziła mojej sympatii, że rzutowało to na odbiór całej historii. Antypatyczna, egoistyczna, narcystyczna, snobistyczna – to tylko kilka z określeń, które przychodzą mi do głowy na określenie Coco, jaka stanęła przede mną za sprawą autorki. Och, któż nie zna chanelowskich strojów, słynnych perfum nr 5 czy charakterystycznego logo. Wszystko to wzbudzało we mnie większy podziw dopóki nie przeczytałam tej książki. Głupie to i dziecinne, wiem, ale co zrobić. Nie chciałabym się w żaden sposób identyfikować z osobą o takiej postawie życiowej. Ale, ale, co do samej książki. Tak jak mówiłam, ciężko mi ją obiektywnie ocenić, ale może to, że wzbudziła we mnie tak silne (chociaż negatywne) emocje względem bohaterki świadczy na jej korzyść. Ale i tak nie jest to książka, którą bym polecała znajomym, chociaż w takich przypadkach najlepiej wyrobić sobie opinie samemu.
Cena: 3/6 „Czerwone gardło”, Jo Nesbo Od czasu do czasu lubię sobie przeczytać dobry kryminał i w takich momentach Jo Nesbo sprawdza się znakomicie. Cyniczny detektyw Harry Hole, wpisujący się niejako w archetyp policjanta ze skandynawskich kryminałów, był tym, który towarzyszył mi na gorących plażach Hiszpanii w te wakacje. Dziwne połączenie? Skądże znowu, sprawdziło się znakomicie. Książkę czyta się jednym tchem. Retrospekcje z czasów II wojny światowej dodają smaczku całej opowieści, burzliwa historia miłosna sprzed lat była czymś, czego nie spodziewałam się w książce tego autora (miła niespodzianka), brutalne zbrodnie zdające się być karą wymierzaną przez szaleńca budzą odrazę ale i coraz większą ciekawość… Karę za co i komu? I czemu po tylu latach? Może domyśliłam się prawdy odrobinę za szybko, chociaż pewności nie miałam niemal do samego końca, może w zakończeniu oczekiwałam więcej fajerwerków, ale i tak przy następnej wizycie w bibliotece znów będę przeglądać półkę z kryminałami w poszukiwaniu kolejnych książek…
Ocena: 4.5/6 „Świadectwo prawdy”, Jodi Picoult Chyba przejadła mi się Jodi Picoult i schemat powracający w każdej jej powieści. „Świadectwo prawdy” jest wprawdzie wciągającym czytadłem, ale jakby mniej wciągającym niż się spodziewałam. I nie wiem czy wynika to z gorszej formy autorki w tej akurat powieści, czy z mojego oczytania się już w jej wcześniejszych książkach. Tym razem historia toczy się w wiosce Amiszów, gdzie młoda dziewczyna, która zostaje oskarżona o zamordowanie swojego nowonarodzonego dziecka, wypiera się, że w ogóle jakieś dziecko rodziła, mimo niezaprzeczalnych faktów i opinii lekarzy. Jej obroną zajmuje się młoda pani adwokat, kuzynka oskarżonej, wplątana w całą sprawę przez przypadek i niezbyta pewna jaką linię obrony przyjąć. W dodatku na czas procesu zostaje zobligowana przez sąd do zamieszkania z Amiszami, co wiąże się z przyjęciem ich stylu życia. Jak na mój gust, zaadaptowanie się przychodzi jej zbyt łatwo, a cała historia generalnie przedstawiona jest w mało wiarygodny i niezbyt interesujący sposób. Otóż Panie i Panowie, nudziłam się czytając Jodi Picoult. Świat się kończy.
Ocena: 3/6 „A room swept white”, Sophie Hannah Za to zupełnie nie nudziłam się czytając jeden z ostatnich kryminałów brytyjskiej autorki. Jednakże ponieważ minęło już trochę czasu, a fabuła była tak zagmatwana i pełna przeróżnych zakrętów, to obawiam się, że nie czuję się na siłach by napisać jakieś zachęcające streszczenie. Temat jest jednak odrobinę podobny do książki Picoult. Mamy do czynienia z procesami mającymi na celu zrehabilitowanie kobiet oskarżonych o zabicie swoich dzieci, gdy tymczasem były one ofiarami tzw. „śmierci łóżeczkowej”. Ponieważ padł cień podejrzeń o nieuczciwość i stronniczość na panią doktor będącą świadkiem zeznającym na niekorzyść owych kobiet, otworzyła się droga do apelacji… I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie morderstwo jednej z uniewinnionych kobiet, jednej z bohaterek przygotowywanego reportażu… Czyżby ktoś sam postanowił wymierzyć karę według własnego systemu oceniania? I czy to oznacza, że pozostałe kobiety są w niebezpieczeństwie? A może sąd pomylił się nie za pierwszym, ale za drugim razem, a wypuszczane na wolność kobiety są bezdusznymi morderczyniami? Jednego możecie być pewni – w tej historii wszyscy kłamią i wszyscy mają coś do ukrycia.
Ocena: 4.5/6
piątek, 01 lipca 2011
"Zaginione miasto Z" czyli jak zgubiłam się w Amazońskiej dżungli
Ostatnio w mojej ulubionej bibliotece pojawia się sporo książek, po które sama sięgnęłabym na skepową półkę, ale nie zawsze mogę sobie na to pozwolić. Dlatego tylko cieszyć się ze zbieżności mojej "wish listy" i bibliotecznego katalogu. Szkoda tylko, że tak mało znajduję ostatnio czasu na czytanie, pozwalam różnym sprawom i ludziom wyczerpać mnie emocjonalnie, więc gdy znajduję już parę wolnych godzin najczęściej padam na łóżko i śpię, śpię, śpię. A do tej pory to czytanie było moim najlepszym sposobem na oderwanie się od zbyt przytłaczającej rzeczywistości! Czy obiecuję poprawę? Nie, obecnie nic nie jestem w stanie obiecać, ale spróbuję chociaż nadrobić zalegości recenzenckie. Najłatwiej odnieść się do książki ledwie co skończonej, jeszcze świeżo we mnie żyjącej, dodatkowo w jakiś pokręcony, metaforyczny sposób będącej dla mnie przestrogą. "Zaginione miasto Z - amazońska wyprawa tropem zabójczej obsesji" Davida Grann'a to historia prawdziwa, próbująca dociec jak doświadczony podróżnik i oskrywca pułkownik Percy Fawcett mógł dać zwieść się niejasnym mirażom indiańskiego miasta, Eldorado, miasta Z. Fawcett był jednym z ostatnich wielkich podróżników żyjących w naszych romantycznych wyobrażeniach przygód i odważnych czynów, jednym z nielicznych, którzy wierzyli w potencjał odkrywczy Amazonii, kiedy inni postawili już krzyżek na tym obszarze. Był niezwykle odporny na choroby, zdeterminowany, krytycznie nastawiony do słabości innych, można powiedzieć, że despotyczny, ale z całą pewnością wiedział jak poradzić sobie na nieprzyjaznym terenie. Historia przedstawiona w książce nie jest jednak obrazem sielskich wycieczek z maczetą przez dżunglę ale opowieścią o nadludzkich trudach i niebezpieczeństwie, o chmarach owadów uprzykrzających życie na każdy możliwy sposób (ze składaniem larw pod ludzką skórą włącznie) i przenoszących choroby, o wykańczającej pogodzie, wrogo nastawionych Indianach. I mimo tych wszsystkich przeciwności Fawcett zawsze sobie radził. Zawsze. Aż do ostatniego razu, kiedy to wiedziony wizjami tajemniczego miasta Z, wytworu nieznanej Europejczykom cywilizacji, w którą pułkownik głęboko wierzył, zabrał swojego syna Jacka i jego przyjaciela Raleigha na ekstremalnie niebezpieczną wyprawę poszukiwawczą. I ślad po nich zaginął. Historia jednak nie kończy się w tym miejscu, ale trwa dalej, bo nagłośniona medialnie wyprawa Fawcetta oraz jego zaginięcie podziałały na wyobraźnie wielu, wielu ludzi, którzy zaczęli nieomal masowo wyruszać na poszukiwania - najpierw by ocalić, potem już tylko by dowiedzieć się, co przydarzyło się podróżnikom. I często dzielili ich los. Działo się to na taką skalę, że rząd Brazylii w końcu zakazał wypraw bez specjalnego pozwolenia, a ludzi opętanych obsesją odkrycia losów ekspedycji zaczęto nazywać "świrami do Fawcetta". A szaleństwo trwa do dziś. Książka jest bardzo dobrze napisana, pełna cytatów pochodzących z listów i gazet, co daje poczucie, że naprawdę poznaliśmy myśli, charakter, osobowość najważniejszych postaci. Mi pozwoliła nieco zweryfikować dziecięce wyobrażenie o Amazonii pochodzące z ukochanych książek o Tomku Wilmowskim, zrozumiałam jakże fałszywym rajem musiała się ona wydać odkrywcom z początku XX wieku - tak zielona, tak bogata, tak często głodząca swoich gości na śmierć. Niezwykła przygoda. Polecam.
Ocena: 4.5/6
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
"Przymierze ciemności" Anne Bishop
Czytam ostatnio dość niemrawo. Co nie znaczy, że w ogóle. Za to w ogóle nie mogę się zabrać za pisanie recenzji. Świetnym lekarstwem na ten marazm jak zwykle okazała się Anne Bishop i jej seria Czarne Kamienie - nie dość, że książkę czytałam długo w noc (tak, tak "jeszcze jedna strona, jeszcze jeden rozdział) to i do napisania recenzji mnie zmotywowała. Samo tempo czytania świadczy o tym, że znów się dałam wciągnąć w świat wykreowany przez Bishop. Sprawę na pewno ułatwił fakt, że w przeciwieństwie do poprzedniej części, w tej na nowo pojawiają się starzy i dobrze znani bohaterowie. Więc tak, dałam się porwać, dałam się oczarować. Ale mimo wszystko uważam, że ta książka akurat wyszła pani Bishop ciut gorzej. Co gorsza, jak zwykle jeśli chodzi o tą serię nie potrafię logicznie nic uargumentować. Po prostu takie odczucie, i już. Może mimo całego mojego entuzjazmu kończy mi się czytelnicza cierpliwość do pewnych schematów? A może - sama ostatnio zmęczona emocjami, które przeciągają mnie jak po brzytwie w jedną i drugą stronę - nie mam już sił na przerysowaną emocjonalność bohaterów? Fakt jednak pozostaje faktem - nie mogłam się od książki oderwać. Nawet mimo rozbawienia, że już na 27 stronie pojawia się mój ulubiony zwrot autorki o niebezpiecznie łagodnym głosie. Jak się pojawia, tak i zostaje z nami przewijając się regularnie już do końca książki. Taki znak rozpoznawczy można by powiedzieć ;). Co do samej fabuły - nagle łączy się nam historia z pierwszych 5 części i z "Niewidzialnego pierścienia" - Jaenelle i Daemon postanawiają pomóc butnemu i niezbyt grzecznemu potomkowi Jareda i Lii - Theranowi, w ocalenie ludu Dena Nehele od zupełnego upadku, odkąd po wielkiej czystce, którą urządziła dwa lata wcześniej Jaenelle na terytorium nie pozostała żadna zdolna uformować dwór Królowa. Wybierają Cassidy, Królową z Kaeller, której dwór wypowiedział posłuszeństwo, gdyż uznał ją za zbyt słabą i łagodną by służenie jej miało przynieść mu jakieś korzyści. Cassidy jest mało atrakcyjna i niezbyt pewna siebie, Theran więc od początku ją neguje i rzuca jej kłody pod nogi. Chociaż sam poprosił o pomoc. Nie jest jednak w stanie spojrzeć poza powierzchowność Cassidy i utrudnia życie sobie i jej. I wcale nie skończy się na tym, że "kto się czubi, ten się lubi", nie będzie żadnego "zaskakującego" zakochania się w sobie itd., itp. Czyli jednak przełamanie schematu, za co duży plus dla autorki. Skąd więc moje pretensje? Pewnie stąd, że do dobrej historii Bishop dodała jeszcze masę zbędnych "ulepszaczy". Wygląda to trochę tak, jakby uznała, że sama historia zmagań Cassidy z nieprzychylnością nowego ludu, z przeciwnościami losu, i z samą sobą była niewystarczająca. Nie, trzeba tam było wrzucić jeszcze przeżywającego nagły atak wspomnień Daemona, który traci kontrolę nad sobą i nie potrafi już - nawet w obecności Jaenelle - odróżnić teraźniejszości od przeszłości, Daemona od Sadysty. I to jeszcze bym zniosła. Ale zupełnie nieoczekiwanie sadysta budzi się też w kimś innym. Wspomnienia popychają na skraj szaleństwa również Saetana, który okazuje się niemniej brutalny i bezwględny od syna. W całym tym chaosie pada nawet zdanie, że Lucivar jest z nich trzech najłagodniejszy. Skoro Lucivar jest najłagodniejszy spróbujcie sobie wyobrazić jakie okropności muszą się dziać w tej książce ;) Sama już nie wiedziałam czy cieszyć się, że pojawiają się starzy bohaterowie, do których mam sentyment, czy złościć za ten groch z kapustą, i z takim stanem niezdecydowania pozostałam do końca. Co by jednak nie mówić - nawet znając już słabe strony książki nadal nie dałabym jej sobie odebrać przed czy w trakcie czytania :) I nadal czekam z niecierpliwością na nowy tom zapowiedziany na jesień tego roku. Bo czy można oprzeć się takiej dawce niebezpiecznie łagodnego głosu? ;)
Ocena: 4.5/6
wtorek, 15 marca 2011
"Ofiara w środku zimy" - oby ostatni powiew mrozu
Będąc całkiem świeżo po lekturze "Wybawiciela" Jo Nesbo, sięgnęłam po "Ofiarę w środku zimy" Monsa Kallentoft. Na okładce szumny napis "Nie zawracajcie sobie głowy Stiegiem Larssonem, Kallentoft jest lepszy" od razu trochę negatywnie mnie nastroił do książki, bo chociaż Millenium nie czytałam, to porównań takich nie lubię i uważam, że jeśli książka potrzebuje takich naciąganych reklam to nie świadczy o niej za dobrze. Nie pomyliłam się zbytnio, niestety. W przeciwieństwie do Nesbo, Kallentoft nie urzekł mnie swoją wizją supermroźnej Skandynawii i swoją wersją detektywa (tym razem pani detektyw) z problemami. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko schematom, bo wiadomo, że kryminalna literatura skandynawska w dużej mierze na schematach się opiera, ale ta książka była po prostu niewiarygodnie przegadana. Procesy myślowe bohaterów, dotyczące codziennych zdarzeń, kolegów z pracy, obcych ludzi, śledztwa wreszcie, były tak niewyobrażalnie skomplikowane i wydumane, że aż niemożliwe do uwierzenia. A bierność głównej bohaterki wobec tego co niósł jej los, w postaci na przykład dość beztroskich zachowań jej córki dość denerwująca. Dodatkowo jeszcze pozbawione wdzięku wstawki z rozważań nieżyjącej już ofiary brutalnego, wyglądającego na rytualne, morderstwa... Nie, nie, nie. Zupełnie to do mnie nie trafiło. Plus za ciekawą kryminalną zagadkę, o którą przecież w końcu w kryminałach chodzi. Najważniejsze więc zostało zachowane, ale i tak nieszczególnie polecam - przeczytajcie jeśli się nudzicie lub postawiliście sobie za punkt honoru przeczytanie wszystkich ukazujących się w Polsce skandynawskich kryminałów. W innym przypadku - odpuśćcie. I poszukajcie sobie bardziej wiosennej lektury :)
Ocena: 3/6
poniedziałek, 14 lutego 2011
"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" - w sam raz na Walentynki :)
Uff, długi jest tytuł książki M.A. Shaffer, a sama książka - króciutka. Ot, zaledwie 250 stron. Jeden wieczór i przyjemność skończona, niestety, chciałoby się poznać dalsze losy bohaterów... Historia przedstawiona w postaci listów pewnej pisarki do jej przyjaciół i znajomych jest niezwykle urzekająca. Uśmiechnęłam się nie raz, ale i nie raz uroniłam łzę, bo czasy, o których mówi książka to niełatwy okres tuż po II wojnie światowej, kiedy bliscy po wojennej zawierusze często nigdy już nie stawali na progach swoich domów... W pozornie lekką i beztroską opowieść o Juliet-pisarce, która szuka nowego tematu na książkę i przypadkiem natrafia na utworzone w czasie okupacji wyspy Guernsey Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek (a właściwie to ono natrafia na nią) wpleciona jest historia ludzkich dramatów, małych niedogodności i wielkich nieszczęść, które spadły na ludzi wraz z rozpoczęciem wojny. A samo Stowarzyszenie? Cóż, trzeba powiedzieć, że każdy z jego członków jest równie osobliwy co nazwa, nie jeden z nich nie przeczytał żadnej książki od czasów szkolnych i dopiero niezwykłe okoliczności i pewien pieczony prosiak zmusił go do zmiany zwyczajów... Brzmi zagadkowo? Intrygująco? To dobrze! Nic więcej nie zdradzam, żeby nie psuć przyjemności czytania. A co do wspomnianych w tytule notki Walentynek (do których swoją drogą zupełnie nic nie mam, nie przeszkadzają mi, nie wieszam na nich psów, ale i nie gloryfikuję ich w żaden sposób ;)) - książka jest również książką o miłości. O miłości do przyjaciół, do dziecka, do życia, a także bardziej walentynkowo - o rodzącym się powoli uczuciu do mężczyzny. Polecam!
Ocena: 5/6
czwartek, 03 lutego 2011
Jo Nesbo "Wybawiciel"
Nie czytałam wcześniej żadnej książki Jo Nesbo, ale słyszałam o nich dużo (dobrego!) więc gdy w bibliotece trafił mi się "Wybawiciel" nie zastanawiałam się długo. I dobrze, bo dostałam porządną porcję skandynawskiego kryminału. I chociaż "kto zabił" wiadomo od samego początku, to "kto zlecił" pozostało dla mnie zagadką do końca. Zimowe, mroźne Oslo nie wydało mi się szczególnie trafionym miejscem na spędzanie zimowych ferii (ach, gdybym je jeszcze miała...) za to na arenę kryminalnej zagadki pasowało znakomicie. Na oczach tłumów, zbierając datki ginie żołnierz Armii Zbawienia i tragedia ta pociąga za sobą lawinę pytań - kto zabił? Dlaczego? Czy były to osobiste porachunki, narkotykowe machlojki czy strzał symbolicznie oddany w organizację religijną? Sprawa komplikuje się jescze bardziej gdy okazuje się, że zabójca - wydawałoby się profesjonalista - prawdopodobnie pomylił swój prawdziwy cel z przypadkową ofiarą. I gdy jego poczynania zaczynają świadczyć o utracie zimnej krwi. A jakby było mało tego wszystkiego, to ślady zaczynają prowadzić do Zagrzebia, do grupki ocalałych z wojny domowej w byłej Jugosławii... Ot, niełatwy orzech do zgryzienia i kryminalny przysmak dla wielbicieli gatunku. Tak jak pisałam nie znam innej twórczości pana Nesbo, wnioskuję jednak, że komisarz Harry Hole nie pojawia się w jego książkach po raz pierwszy - dużo jest wspominania przeszłości i nawiązywania do starych spraw. Nie psuło mi to jednak przyjemności z lektury, a wręcz zachęciło do poznania pozostałych tytułów.
Ocena: 4.5/6
poniedziałek, 24 stycznia 2011
"Niewidzialny pierścień" A. Bishop - bezwstydnie się będę zachwycać :)
Wszystko co złe w serii "Czarne kamienie" opisałam w poprzedniej na jej temat notce i jeśli chodzi o najnowszą wydaną u nas książkę - nic się nie zmieniło. Ale sumienie mam już czyste, ostrzegałam co jest przedobrzone a co nieudane i zapewniałam, że zupełnie mi to nie przeszkadza, mogłam więc z dziką rozkoszą rzucić się na "Niewidzialny pierścień". Co też uczyniłam. I najchętniej zaraz zaczęłabym jescze raz bo tak mi ogromnie żal, że książka już się skończyła a ja znów wróciłam do rzeczywistości. Dla miłośników serii będzie to olbrzymia gratka - dostaną bowiem w swoje ręce historię sprzed czasu opowieści zawartej w trylogii, Jaenelle nie ma jeszcze na świecie, a zła Dorothea SaDiablo ma się za to znakomicie. Nie mogę się tylko zdecydować czy zabieg zastosowany przez wydawcę na okładce był niesmaczny czy słuszny - notka wydawnicza zaczyna się od słów "Kiedy Jaenelle Angelline szukała sposobu, jak ochronić Krwawych z Królestwa Kaeleer przed uderzeniem własnej Hebanowej mocy, Daemon Sadi opowiedział jej historię Szarej Pani, której kilka wieków wcześniej udało się tego dokonać. Nie wspomniał jednak o roli, jaką sam pełnił w tej historii. Niewidzialny Pierścień jest relacją z tamtych wydarzeń." Po przeczytaniu książki już wiem, że chodziło tylko o przyciągnięcie starych czytelników, gdyż Jaenelle nie ma w tej opowieści... Czy takie niedopowiedzenie, świadome wprowadzanie w błąd zasługuje na pochwałę? Zupełnie nie. Czy jednak gdyby ktoś wiedział, że tym razem pani Bishop opowiada historię nie związaną z rodziną SaDiablo i z tego powodu nie sięgnął po książkę to nie byłoby szkoda? No byłoby. Mimo wszystko sprawę powinno się stawiać jasno, a nie stosować takie gierki... Słowo się więc rzekło. W "Niewidzialnym pierścieniu" nie ma Jaenelle, nie ma Saetana, nie ma Surreal, nie ma Lucivara, nie ma Daem... A nie. Daemon jest :) Może epizodycznie ale bardzo znacząco. Wstrząsająco. Tak jak to tylko Sadysta potrafi zaznacza swoją obecność bardzo wyraźnie i wpływa na bieg wydarzeń... A dla wszystkich, którzy martwią się brakiem wyżej wymienionych postaci zapewniam, że to co dostejmy w zamian w zupełności wystarcza. Jest aż nadto. Zwłaszcza, że niemal każdy coś ukrywa i z reguły jest to COŚ pisane z dużych liter. Główny bohater to Jared, niewolnik dla przyjemności kupiony właśnie przez siejącą strach Szarą Panią. Nikt nigdy nie słyszał ani słowa o niewolnikach, których kupiła Królowa z Szarym Kamieniem, budzi więc strach i nienawiść: "W kwaterach niewolników po ciemku przekazywano sobie szeptem plotki, ostrzeżenia i rady. Wszyscy wyznawali jedną zasadę: lepiej zostać wychłostanym, niż należeć do Dorothei SaDiablo, lepiej należeć do Dorothei, niż umrzeć w kopalniach soli Pruul, ale lepiej, dużo lepiej umrzeć w kopalniach soli, niż dać się dotknąć Gryzelli, Szarej Pani" (A. Bishop "Niewidzialny pierścień"). Szara Pani, Jared i kilkoro innych niewolników wyruszają w podróż do Dene Nehele i jest to podróż pełna przygód, niebezpieczeństw i niespodziewanych zwrotów akcji... Bo Dorothea nie chce mieć w pobliżu swoich terenów tak silnej Królowej, nie może sobie na to pozwolić... Nie dość więc, że grupa musi walczyć z wszelkimi możliwymi przeciwnościami, w tym także ze swoimi własnymi demonami przeszłości, to jeszcze okazuje się, że wśród nich znajduje się szpieg... I przyznam szczerze, że do samego końca myliłam się co do jego tożsamości! Na wpół obłąkany wojownik? Były strażnik? Pół-krwawy? Nastolatek z uprzedzeniami? A może niewyszkolona i charakterna Czarna Wdowa? Książe Wojowników udający, że nim nie jest? Układy, zależności, sympatie i antypatie ulegają ciągłym przetasowaniom, nic nie jest takie jakim się wydaje, a i własnym oczom nie bardzo można wierzyć gdy wokół tyle magii i iluzji... Tak się cieszę, że na okładce jest już zapowiedź następnej książki z serii - "Przymierze ciemności". Nie mogę się doczekać kolejnej dawki nadgorliwej opiekuńczości mężczyzn i wybuchowego charakteru kobiet, zgryźliwych dialogów i mieszanki romantyczno-emocjonalno-sentymentalnej, tak kiczowatej i słodkiej jak najlepsza czekolada, której nie można przestać jeść aż do ostatniej kostki. Aż do ostatniego okruszka. A nawet wtedy wywraca się sreberko, żeby sprawdzić czy na pewno już nic nie zostało...
Ocena: 5.5/6 |