poniedziałek, 08 lutego 2010
Chain ;)

Sama się musiałam dopraszać o łańcuszek, ale dobra dusza w postaci m.tuchy się zlitowała i dostałam ;) Odpowiadam więc:

1. "Każda książka żyje tyle razy, ile razy została przeczytana...", które książki czytałaś kilka razy i dlaczego?

W dzieciństwie i młodości licealnej bardzo często zdarzało mi się wracać do tych samych książek. Na pamięć znałam pzygody Tomka Wilmowskiego - te dalekie kraje, te niesamowite przygody, ta skarbnica informacji o inny kulturach, roślinach, zwierzętach... Działało na moją wyobraźnię :) Trochę później zakochałam się w Kmicicu, więc "Potop" był w wiecznym niemal użyciu, aż zaczynałam mówić językiem "sienkiewiczowskim"... Jeszcze potem niezliczoną ilość razy przeczytałam cała sagę wiedźmińską, ale od tego czasu odkryłam, że mój czas jest ograniczony i nie można bezkarnie wracać ciągle do tych samych powieści. Obecna era "blogó książkowych" wydłuża moją liste "must have" i "must read" do niebotycznych rozmiarów i trochę martwię się, że sama sobie psuję przyjemność czytania gorączkowym myśleniem o tym, co jeszcze powinnam przeczytać i planowaniem co, kiedy, w jakiej kolejności...

2. Fakty ciekawsze niż fikcja...?! Którą książkę z literatury faktu polecasz szczególnie?

Nie przepadam za literaturą faktu. Zdecydowanie wolę żyć w świecie fantazji i marzeń, lubię książki opierające się na historii - takie jak powieści Philippy Gregory, Isabel Allende czy Arturo Perez-Reverte. Fascynuje mnie też okres II wś i uwielbiam po prostu książkę "Kamienie na szaniec" Aleksandra Kamińskiego. Czy to się liczy? ;)


3. Jaki cytat zapisałaś ostatnio podczas czytania książki?

Zapisywanie cytatów to moje małe hobby - mam ich doprawdy bez liku i aż żal, że mogę się teraz podzielić z Wami tylko jednym ;) Ostatni zapisany przeze mnie cytat pochodzi z książki "Czerwona róża, biała róża" Eileen Chang:

"Zawsze obiecywałam sobie, że gdy tylko moja książka wyjdzie drukiem, pójdę do miasta i odnajdę ją w każdej księgarence. Chciałam, żeby moje ulubione turkusowe okładki widniały na wszystkich stoiskach z książkami, żeby tkwiły tam niczym małe okienka otwierające się na wieczorne niebo - tak, by każdy mógł podziwiać w nich księżyc albo przyglądać się przez nie ludzkiej ciżbie. Chciałam pytać księgarzy z udawaną nonszalancją: "I jak to się sprzedaje? Okropnie drogie! Kto to kupuje za taką cenę?". Ach, sławę warto zdobyć jak najwcześniej!"

 

Teraz kolej na moje pytania, które kieruję do cleverę, hallgerd i marchewkową:

1. Którą książkę wybrałabyś dla osoby, która nie czyta książek, aby zachęcić ją do czytelnictwa?

2. Zakońćzenie której książki zmieniłabyś najchętniej i na jakie?

3. Gdybyś mogła wybrać jedną rolę w ekranizacji książki, w jaką postać najchętniej byś się wcieliła? Może zdradzisz dlaczego? ;)

czwartek, 04 lutego 2010
Mam dość tej zimy!

Tak jak w tytule.

Wcale mnie nie interesuje, że bakterie i wirusy giną, i że będzie mniej komarów. Egositka ze mnie, bo komary - nie wiedzieć czemu - gryźć mnie nie mają zwyczaju, a choruję bardzo rzadko, tak rzadko, że aż bym chciała częściej. Żeby to się nade mną ktoś poużalał i pochylił, herbatkę zaparzył, kanapki z czosnkiem i solą przygotował... :) A tu jak na złość zdrowa jestem jak koń, z krwią dla komarów niestrawną i z mężczyzną, który permanentnie choruje, jakby nie wiedział, że zarazki nie mają prawa żyć w tak niskiej temperaturze. Zawsze jakoś bardziej widziałam się w roli otoczonej opieką ofiary niż pełnej poświęcenia pielęgniarki (nie, nie widziałam "Angielskiego pacjenta"). Mam więc prawo mieć dość zimy, przez którą autobusy jeżdzą według tylko sobie znanego rozkładu, posypywany solą śnieg niszczy mi kozaki i zadowolenie z własnego wyglądu, a każda ilość bluzek i swetrów naciąganych w pośpiechu o 6 rano okazuje się być niewystarczająca. Ot co! ;)

Dlatego w ramach odśnieżania ponurego nastroju sprawiłam sobie wiosenny nowy szablon, jasny i optymistyczny :) I koci :) Będę też piec ciasto z wiśniami i udawać, że zerwałam je w sadzie o poranku, w świetle słońca i wśród śpiewu ptaków.Jakieś jeszcze pomysły?

 

I niech mi ktoś wyśle łańcuszek książkowy, no ;p

Zdjęcie pochodzi ze strony winter-fairy-tale z deviantart

poniedziałek, 01 lutego 2010
"Emma i ja", Elizabeth Flock

„Emma i ja” to historia o przemocy, strachu i bezsilności opowiedziana z perspektywy dziecka. Ośmioletnia Carrie nie ma łatwego życia odkąd jej ukochany tato został zamordowany – gnębiona przez ojczyma nie może liczyć na matkę, w szkole nieustannie jej dokuczają, a do tego cały czas martwi się o swoją sześcioletnią siostrę, Emmę. Carrie nie jest odważna, gdy jednak chodzi o bezpieczeństwo Em  gotowa jest na wiele. Na bardzo wiele.  Wyprowadzka z rodzinnego miasta jest tylko kolejnym nieprzyjemnym wydarzeniem w ciągu nieprzyjemnych wydarzeń, a rosnące bestialstwo ojczyma wydaje się pozostawać niezauważonym lub lekceważonym także przez nowe otoczenie dziewczynek.

Tyle o fabule, i zapewniam, że bez podawania spojlerów nie można napisać wiele więcej. Mimo, że książka traktuje o bardzo poważnych i tragicznych sprawach, nie poruszyła mnie zbytnio – stylizacja na język dziecka moim zdaniem nie do końca wyszła autorce, całość brzmi zbyt sztucznie i wymuszenie. Zakończenie zaskakujące, ale tylko dla tych, którzy jak ja nie będą usilnie próbować odgadnąć zamysłu autorki. Tak, tak, łatwo mi mówić jak już je znam – ale po przemyśleniu tej kwestii twierdzę, że pomysł był dobry, niestety jego realizacja zbyt grubymi nićmi szyta, kupy się to jakoś nie trzyma i już…

Co na plus to szybka lektura J Literki były taaaakie ogromne, że możnaby pomyśleć iż książka jest czytanką dla klas 1-3. Kilkaset stron pochłonęłam naprawdę szybko i nie męczyłam się przy czytaniu, więc jeśli ktoś poszukuje nieskomplikowanego czytadła – proszę bardzo, może sięgnąć po tę pozycję.

Ocena: 3.5/6

P.S.: Być może oceniam tą książkę gorzej niż na to zasługuje, gdyż po rewelacyjnej „Umiłowanej” nie mogę sobie jakoś znaleźć lektury. Z „Emmą…” uporałam się jeszcze w miarę sprawnie i bez kłopotów, ale następnego w kolejce „Alchemika. Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela” odrzuciłam po raptem 100 stronach, a i czytana obecnie „Czerwona róża, biała róża” nie od końca do mnie trafia…

wtorek, 26 stycznia 2010
To była historia nie do opowiedzenia - "Umiłowana", Toni Morrison

Moje pierwsze wyzwanie zaczęłam od książki, która jako pierwsza wpadła mi w ręce. I każdemu życzę tak udanego wyzwaniowego początku. „Umiłowana” trafiła w mój gust całkowicie, pochłonęła doszczętnie i zburzyła spokój myśli i jasność przekonań.

Tłumaczka broni powieść przed zakwalifikowaniem do nurtu realizmu magicznego, dla mnie taka kwalifikacja nie jest w żadnym razie krzywdząca –wszyscy dobrze znamy to uczucie gdy padają słowa „co autor miał na myśli?” i interpretować każdy sobie może do woli, a prawda jest taka, że głównych bohaterów dręczy duch. Nie tylko metaforyczny duch przeszłości, która wyziera dosłownie z każdego kąta, ale  najprawdziwszy duch zamordowanej przez własną matkę dziewczynki.

Recenzja tutaj.

Ocena: 6/6

wtorek, 12 stycznia 2010
Bohaterowie umierają. I parę słów o cyklach.
"-Może po prostu chciałabym móc uwierzyć, że poza przemocą 
jest coś, do czego podchodzisz z pasją. Może czasem
chciałabym być równie ważna jak zabijanie ludzi...
- Cholera, to niesprawiedliwe...
-Niesprawiedliwe? Chcesz sprawiedliwości? Pozwól, że 
zacytuję ciebie: >>Wierzę w sprawiedliwość, dopóki
trzymam nóż na gardle sędziego.<<"
("Bohaterowie umierają" Mathew Woodring Stover)

Nie ujmując nic tzw. "kobiecej fantasy", to męska jej odmiana jest tym, co lubię najbardziej. I tak, uważam, że taki podział istnieje i można wyróżnić takie nurty. Wątpiących odsyłam do "Kłamcy" i "Siewcy wiatru" - niech mi ktoś powie, że nie widać różnicy. Choć zgodzę się, że niekoniecznie autorem "męskiej fantasy" musi być mężczyzna a kobiecej - kobieta... Ogólnie jednak, jeśli chcę sobie przeczytać romans to sięgam po Philippe Gregory, jeśli łaknę fantasy... Cóż. "Bohaterowie umierają" to na pewno nie był zły wybór ;)

Książka Matthew Woodring Stover'a zaspokoiła mój niedawny apetyt na krwawe opowieści. Poziom agresji i przemocy jaki wylewał się z kartek był dokładnie taki, jakiego potrzebowałam dla rozładowania emocji i zatrzymał się dokładnie przed linią, za którą byłby już niesmaczny i bulwersujący.

Mówiąc najprościej - jestem zachwycona. Mamy tu ciekawą alegorię naszych reality show - oto w przyszłości nauka jest na tyle rozwinięta, że możliwe jest niemal wszystko, a branża rozrywkowa na tyle wyeksploatowana, że nie może się obejść bez Aktorów przeżywających swe przygody w innym świecie na oczach milionów widzów. Ów inny świat odpowiada światom fantasy do jakich przywykliśmy - magia, zakony, cesarstwa - a widzowie śledzą wszystko oczami Aktora, słyszą jego myśli, bogatsi mogą sobie nawet pozwolić na odczuwanie tego co on. Jest i główny bohater - waleczny, zręczny i podziwiany, tylko, że nie honorowy, dobry i sprawiedliwy. Nie, nie, proszę Państwa - Caine jest egositycznym i brutalnym facetem, który nie waha się przyjmować paskudnych zleceń od paskudnych ludzi by mordować innych ludzi - paskudnych bardziej lub mniej, nie liczy się z konsekwencjami, wywołuje sporo zamieszania, a swoje własne pragnienia stawia na pierwszym miejscu. Jest panem siebie i swojego życia zupełnie inaczej niż Hari, grający go aktor, którego wiążą różnice kastowe i kontrakt ze Studiem... Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że Caine-Hari to taki do gruntu zły facet, czarny charakter. Powiedziałabym, że raczej temperamentny ;) Pech chciał, że istnieją ludzie, którzy chcą nadepnąć Caine'owi na odcisk. Jeszcze większy pech, że istnieją też tacy, którzy chętnie widzieliby Hariego na dnie. Ewentualnie martwego - za przeżycie śmierci Aktora widzowie na całym świecie zapłacą miliony, prawda?

Na samym Cainie zresztą talent pana Stover'a do wymyślania nietuzinkowych postaci się nie skończył. Mamy też cesarza uważającego się za boga i tworzącego wielkie dzieło z krwi "swoich dzieci", mamy paru innych wprawionych w zabijaniu ludzi, mamy Króla Ściemy i elfią... Hmm, przeczytajcie sami. Tylko pamiętajcie - bohaterowie też umierają.

Poza wciągająca akcją i ciekawymi bohaterami ta książka ma jeszczwe jeden plus. Mimo, że jest to pierwsza część serii, historia w niej opowiedziana jest całością, zaczyna się na pierwszej stronie i kończy na ostatniej, nie trzeba gnać do empiku po kolejną książkę, by dowiedzieć się "co dalej". Ok, dalej też coś jest, ale jeśli ktoś ma ochotę zatrzymać się w tym miejscu to wie wszystko co powinien wiedzieć, żadnych niedomówień, żadnych zawisłych w powietrzu pytań. I kiedy na półkach w księgarniach tyle teraz serii, cykli, i książek rozbijanych na tomy, odbieram to jako prawdziwe błogosławieństwo.

Jest też i minus, żeby nie było za wesoło - nie znam się na procesie wydawania książki, ale z całą pewnością przy wydawaniu tej książki ktoś się nie popisał. Tłumacz? Redaktor? Błędy stylistyczne tak bijące po oczach, że przez kilka następnych stron więcej niż o fabule myślę o tym, jak to możliwe, żeby taki błąd zrobić zdarzają się w książkach wydawnictwa MAG niestety dość często. Może 2-3 takie błędy na prawie 400 stron to nie jest dużo, jednak skoro inne wydawnictwa potrafią takich wpadek uniknąć to i MAG się powinien nauczyć.

Ocena: 5.5/6

 

sobota, 09 stycznia 2010
Recenzje zebrane - Pratchett, Coben, Shreve i Panarello

W ostatnim czasie przeczytałam parę książek i nie od razu podzieliłam się z Wami wrażeniami, a teraz, po prau dniach lub tygodniach ciężko zagłębić się w analizę. Postanowiłam więc przedstawić Wam cztery książki, każdą inną od pozostałych, w zaledwie paru zdaniach - by zaznaczyć ich obecność w mojej czytelniczej przeszłości ;)

Na pierwszy ogień - Terry Pratchett i "Straż nocna". Co ja mogę powiedzieć? Mistrzostwo :) Uwielbiam cały Świat Dysku, odkryłam go dla siebie dopiero półtora roku temu i od tego czasu czytam wszystko co Terry napisze :) A on szyko pisze, całe szczęście! Dodatkowo, cykl o strażnikach miejskich należy do moich najulubieńszych i również ta pozycja ani trochę mnie nie rozczarowała. Komendant Vimes przeniesiony do przeszłości wraz ze ściaganym mordercą? Cudownie. Szkolący samego siebie? Miodzio. Tęskniący za rodziną ale jak zwykle ryzykujący wszystko w imię honoru i twardej strażniczej lojalności? Poezja :) Uwielbiam, po stokroć uwielbiam i gorąco polecam.

Ocena: 6/6

O "Nie mów nikomu" Harlana Cobena również mogę powiedzieć jedynie dobre rzeczy. Wartki kryminał, wciągający tak jak powinien - czyli mocno, ciekawy pomysł na fabułę, i naprawdę zły, diablesko okrutny morderca. Ani się obejrzałam i już mi się książka skończyła ;) Historia pogrążonego w żałobie lekarza, nie potrafiącego pogodzić się z zabójstwem żony, do którego nieoczekiwanie zaczynają przychodzić tajemnicze emaile wlewające do jego serca na przemian nadzieję i strach. Nagle okazuje się, że nic nie jest takie jak wygląda, a poczucie bezpieczeństwa rozwiewa się jak mgła o poranku. Zło nigdzie sobie nie poszło, czaiło się tuż za rogiem, a skoro już się ujawniło to nie oszczędzi nikogo.

Ocena: 5/6

Kolejna książka to mój allegrowy łup - po pojawieniu się kilku recenzji na temat "Wyznań" Anity Shreve zaczęłam bliżej przyglądać się książkom tej autorki i tak trafiłam na "Pasje tajemne". Historia smutna, tragiczna - o maltretowanej przez męża kobiecie, która próbuje uciec i na nowo ułożyć życie sobie i malutkiej córeczce. Co zrobi gdy wszystkie jej nadzieje legną w gruzach? Jak zareaguje małomiasteczkowa społeczność, u której szukała schronienia? Powiem tylko tyle, że zakończeniu daleko jest do cukierkowego różu okładki. Książka poprawna, trochę chyba za krótka na oddanie tragizmu sytuacji.

Ocena: 4/6

Na koniec jedna z najgorszych książek jakie miałam okazje czytać. Już sam tytuł - "Zapach twojego oddechu" - budził we mnie mieszane uczucia. No jakoś nie kojarzy mi się dobrze - czym może pachnieć czyjś oddech? W najlepszym razie gumą miętową lub pastą do zębów, prawda? Zostawiając tytuł - jestem na jedno wielkie nie. Bo o czym jest ta historia? O miłości, zazdrości, trudnych wyborach? Czyli banały, w dodatku podane w sposób dla mnie absolutnie niestrawny. Wybujały temperament autorki, wulgarność jej wypowiedzi, agresja podszyta samouwielbieniem dla swojego talentu i zachłyśnięcie się sukcesem (niezrozumiałym moim zdaniem) to są rzeczy, które można znaleźć w tej książce. Dziękuję bardzo, nie chcę więcej.

Ocena: 1/6

 

czwartek, 07 stycznia 2010
Jesień cudów

Zupełnie przypadkiem zaczęłam czytać moją pierwszą - i pewnie nie ostatnią - książkę Jodi Picoult. Miało to być tylko ot tak, dla zabicia czasu w "oczekiwaniu na", a zanim się zorientowałam - nie mogłam się oderwać. Potwierdzam - ta pisarka wie jak przykuć czytelnika do książki, a do dyskusji nad jej bardziej lub mniej dobrym stylem pisania się nie przyłączę, gdyż nie przebił się on do mnie poprzez nurt opowiadanej historii. Byłam zaczytana tak bardzo, że nie zostało już miejsca na myśli w stylu: o, jak fajnie/beznadziejnie napisane; byłam tylko ja i opowiadana historia, i przyjemnie spędzony czas.

"Jesień cudów" to polski, moim zdaniem niezbyt trafiony tytuł. Oczywiście zgadzam się, że trudno byłoby przełożyć angielską grę słów i z oryginalnego "Keeping Faith" (zatrzymać Faith - imię bohaterki, ale i zatrzymać wiarę, bo to właśnie oznacza owo imię) stworzyć coś równie dwuznacznego, ale "jesień cudów" brzmi jakoś tak banalnie... Ale i początek historii jest banalny, bo mamy oto niezbyt stabilną emocjonalnie kobietę, która niespodziwanie wraca ze swoją siedmioletnią córką, Faith, do domu i zastaje tam męża z kochanką... Dla obu głównych bohaterek - matki i córki - jest to cios, z którym nie do końca potrafią sobie poradzić. Wkrótce przestaje jednak być banalnie gdy po wyprowadzce ojca i rozwodzie rodziców Faith wymyśla sobie przyjaciółkę i  zaczyna ową przyjaciółkę nazywać Bogiem. Pewnie nikt nie traktowałby tego poważnie gdyby Faith nie wskrzesiła ze zmarłych swojej babci... Rozpętuje się medialna burza, pod domem bohaterek koczują dziennikarze i fanatycy religijni, a wszyscy zadają sobie pytanie - czy mamy oto nową prorokinię czy oszustkę, a może dwie oszustki - bo wielu wkrótce zaczyna podejrzewać matkę Faith o stanie za całą historią. Wątpliwości jest wiele, jak choćby najbardziej rzucające się w oczy żydowskie pochodzenie dziewczynki, która nagle zachowuje się jak katoliccy święci, ba, zna nawet imiona paru z nich i cytuje Biblię, choć nigdy nie miała jej w rękach... Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej gdy na dłoniach dziewczynki pojawiają się rany, a prowadzący lekarz sugeruje stygmaty... Jakby było mało tego wszystkiego ojciec Faith nagle stwierdza, że lepiej zaopiekowałby się córką niż jego była żona, rozpoczyna się głośny proces o prawo do opieki, a świadkowie obu stron wzajemnie sobie zaprzeczają. I ma miejsce jeszcze dużo, dużo innych wydarzeń :) A po skończeniu ciągle mam wątpliwości jak było naprawdę...

Na pewno nie jest to dzieło wybitne. Ot, spora dawka dobrej rozrywki, świetny odciągacz od codziennych problemów. Nie polecam tym, którzy mają mało czasu (czyli także sobie i póki co muszę się trzymać od książek tej pani z daleka) :)

środa, 06 stycznia 2010
Konkurs!!!

Szperając w "Spisie Moli Książkowych" wyszperałam wspaniały konkurs na blogu "Wykredowana" (i sam blog przy okazji bo widzę, że tematyka fantasy tak mi bliska się pojawia;)). Dzielę się więc z Wami ale się nie zgłaszajcie, bo chcę wygrać ;)

Do wygrania ta płynąca nurtem "pozmierzchowym" książka:

piątek, 01 stycznia 2010
To może i ja coś podsumuję ;)

Na książkowych blogach wysyp podsumowań, aż mnie naszła ochota, żeby zrobić swoje własne i trochę się pochwalić. Postanowiłam podsumować Gwiazdkowo-Mikołajowe prezenty książkowe nie-stosikowo :)

Bardzo dobry Mikołaj przyniósł mi w tym roku:

Książka tak zachwalana na blogach, że moja początkowa obojętność przerodziła się w gorącą chęć posiadania i sprawdzenia na własne oczy czy rzeczywiście zostanę przeniesiona w świat baśni z tysiąca i jednej nocy...

Terry'ego Pratchetta nie muszę chyba nikomu przedstawiać. Wykreowany przez niego Świat Dysku jest jedną z moich ulubionych krain - lubię ją odwiedzać zarówno na poprawienie humoru jak i wtedy, gdy nastrój mi dopisuje, by sprawdzić co u dobrych znajomych... Nareszcie "Świat finansjery" wprowadził się na mój regalik.

2009 rok upłynął mi niejako pod znakiem książkowych serii - cieszę się, że Mikołaj wspomógł mnie w uzupełnianiu kolekcji :) Niestety nie mogę pochwalić się przeczytaniem pierwszej części o śmiertelnych igrzyskach, gdyż po recenzji padmy obawiam się, że zbyt bym cierpiała w oczekiwaniu na trzeci tom :) Czekam więc aż pojawi się całość, a książki Suzanne Collins już posiadane jawią mi się jako słodka obietnica...

Może ktoś z Was podziela moją niecierpliwość na wieść o każdej nowej książce Arturo Perez-Reverte? Niestety, nikt z moich bliskich nie potrafi wczuć się w tę ciężką, przyznaję, prozę. Książki tego autora nie należą może do najłatwiejszych, to nie jest "przelatywanie" po stronach ale żmudne zmaganie się z niejednoznacznymi historiami, dla mnie jednak mające nieopisany urok. Jego ostatni "Batalista" zwalił mnie z nóg i mam nadzieję, że z "Dniem gniewu" będzie podobnie.

 

 

No ale nie samym odbieraniem prezentów człowiek żyje :) Ja też z przyjemnością wcieliłam się w rolę Mikołaja oraz doradcy Mikołaja i wybrałam następujące pozycje:

Dla mojego M. Kultura obrazkowa, ot co ;)

Dla Siostry nastoletniej. Trochę w ciemno, mam nadzieję, że trafione ;)

I książka, której okładki polskiego wydania nie mogę znaleźć nie łamiąc niczyich praw autorskich- "Dwie kobiety" Diany Hellmann - dla Mamy. Historia o walce z nowotworem, książka bardzo przejmująca, którą moja Mama już niegdyś posiadała, niestety nie wróciła z "pożyczenia" - nieodżałowana, do teraz, strata. Polowanie na allegro przez miesiące wreszcie zakończone sukcesem :)

Ciężko byłoby mi wybrać najlepszą przeczytaną przeze mnie w tym roku książkę, było naprawdę sporo takich, które wciągały i poruszały. Dużo łatwiej poszłoby z najgorszą, ale po co komu takie negatywne rankingi :) Mamy rok 2010 i trzeba z nadzieją patrzeć na rynek wydawniczy :) I powiem szczerze, że już w pierwszych trzech miesiącach pojawia się tyle interesujących nowości, że jest z czego wybierać... Osobiście czekam niecierpliwie na "Przekleństwo Odi" i bardzo denerwuje mnie ciągłe przesuwanie daty wydania

I oczywiście na kolejny tom moich ukochanych, wielbionych ponad wszystko, wyczekiwanych "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych" :)

Szczęśliwego Nowego Roku moje drogie Mole Książkowe!!!

środa, 09 grudnia 2009
Hurting distance

Wyjątkowo trzyma mnie ostatnio nastrój na książki krwawe lub chociaż odrobinę mroczne ;) "Hurting distance" pasowała mi do torebki i zastosowałam ją jako zamiennik dla rewelacyjnej "Bohaterowie umierają", jako że w tej ostatniej zostało mi tylko niecałe 100 stron do przeczytania, a ja na uczelnię jadę długo... I przepadłam. Sto stron nadal czeka, a "Hurting distance" zostało przeze mnie dosłownie połknięte.

I to wcale nie dlatego, że książka jest aż tak rewelacyjna. Po prostu błyskawicznie się ją czyta, a kryminalna intryga (choć wydaje mi się niebotycznie naciągana) zmusza do przewracania kolejnych kartek, byle tylko dowiedzieć się "co dalej" i "jak to możliwe" i "o mój Boże! Niesłychane!". Jest to pierwsza książka Sophie Hannah, którą miałam przyjemność czytać, i na pewno nie ostatnia.

Główna bohaterka działała mi na nerwy. Nie mogłam uwierzyć, że tak zachowywałaby się jakakolwiek normalna kobieta. Po przeczytania 3/4 książki byłam już pewna, że ona po prostu nie jest normalna, ale ostatecznie zwątpiłam w swoje zdolności psychiatrycznej diagnozy ;) Otóż Naomi została zgwałcona i postanowiła ukryć ten fakt przed światem, by nie stać się w jego oczach "biedną Naomi", nie ona - najbardziej przebojowa sposród swoich znajomych. Po dwóch latach od tego tragicznego zdarzenia poznaje żonatego mężczyznę i zakochuje się w nim. Widują się przez blisko rok, w każdy czwartek tygodnia, zawsze na trzy godziny. To wystarcza, by Naomi zupełnie straciła głowę dla Roberta, więc gdy pewnego czwartku ten nie zjawia się w zwyczajowym miejscu, jest pewna, że stało się coś złego. Zgłasza policji zaginięcie, ale nikt nie traktuje jej serio. Zwłaszcza, że żona Roberta twierdzi, że ma się on świetnie i po prostu rzucił kochankę. Jak bardzo zakochana i zdesperowana jest Naomi niech świadczy fakt, że wpada na pomysł opowiedzenia policji o dokonanym na niej gwałcie, z Robertem w roli gwałciciela. Ostatecznie - poszukiwań tak niebezpiecznego przestępcy nie mogą zignorować, prawda? Od tej pory zdarzenia toczą się w zawrotnym tempie, a działania policji w celu odnalezienia Roberta wcale nie są treścią tej książki.

W trakcie czytania, właściwie od pierwszej do ostatniej strony, ciągle dowiadujemy się jakichś nowych szczegółów na temat związku Naomi i Roberta. Szczegółów dziwacznych, dlatego zachodziłam w głowę jak Naomi mogła nie zauważać ich dziwaczności i akceptować wszystko bez mrugnięcia okiem. Poza tym jest notoryczną kłamczuchą i nie wiem jaki policjant dałby się tak wodzić za nos jak sierżant Zailer. Naomi raz po raz przyznaje się do kolejnych kłamstw lub niedopowiedzeń, co jednak nie wydaje się wpływać na ocenę jej prawdomówności. Ba! Jest traktowana z większą podejrzliwością gdy zjawia się na posterunku po raz pierwszy, chcąc zgłosić zaginięcie, niż gdy następnego dnia odwołuje wszystko i twierdzi, że Robert ją zgwałcił trzy lata wcześniej i niż gdy potem mówi, że zmyśliła wszystko - gwałt i udział w nim Roberta, czy w końcy niż wtedy, gdy przyznaje, że jednak została zgwałcona, aczkolwiek nie przez swojego ukochanego... Cóż. Ja bym nie pożyczyła jej żadnej z moich książek :)

Dużo też w tej historii z początku niedokończonych myśli bohaterów, które są jakbym przynętą na czytelnika - postaci przywołują w pamięci jakieś wydarzenie, intrygują, by nie dopowiedzieć do końca, co tak naprawdę miało miejsce, wrócić do tego za kilkadziesiąt stron i dopiero wtedy dostarczyć nam pełen obraz sytuacji. Nie wiem jak Wy, ale ja jeśli o czymś myślę to nie stosuję takiej autocenzury, żeby przerwać swoje wspomnienia w kulminacyjnym momencie :)

Mimo tych denerwujących niedociągnięć książkę gorąco polecam - czytało się ją wyśmienicie, a stopień zakręcenia historii i ilość zbiegów okoliczności (które oczywiście nie istnieją) czyni ją po prostu jeszcze bardziej interesującą i wciągającą.

P.S.: Nie wiem zupełnie skąd wziął się polski tytuł tej książki - "Przemów i przeżyj". Moim zdaniem nijak ma się do fabuły.

Ocena: 4.5/6

 
1 , 2 , 3