labirynt

Wpisy

  • wtorek, 21 lutego 2012
    • Jak bardzo można się męczyć w Barcelonie... "Antykwariusz" J. Sanchez

      Och jej. Nie czytałam książek Dana Browna. Szerokim łukiem ominęłam wszelkie szyfry Szekspira, tajemnice Medyceuszy i pierścienie Borgiów. Mimo mojego ogromnego sentymentu do Hiszpanii, nie dałam się namówić wydawcom na poznawanie zagadek katedry w Barcelonie, władcy Barcelony czy nawet tych związanych z tajemnicami Gaudiego. Czemuż ach czemuż złamałam się, gdy w bibliotece natknęłam się na "Antykwariusza"?

      Ciężko dochodzić przyczyn, grunt, że to zrobiłam i zafundowałam sobie dwa tygodnie (sic!) męki nad kiepską fabułą okraszoną całą masą kuriozalnych postaci. Nawet Barcelona nie uratowała dla mnie tej książki, gdyż nie było jej tutaj wcale zbyt wiele.

      Teraz uwaga, bo będą spoilery. Jeśli kogoś jeszcze nie zniechęcił do czytania powyższy wstęp, niech lepiej opuści część dalszą, bo może przypadkiem zepsuć sobie "radość" czytania.

      Historia dotyczy odkrycia dokonanego przez antykwariusza - zapisków na temat tajemniczego przedmiotu o niezwykłej mocy, ukrytego gdzieś w Barcelonie w czasach średniowiecznych... Antykwariusz zostaje brutalnie zamordowany, a zadanie rozwiązania zagadki bierze na siebie jego przybrany syn oraz była żona przybranego syna, którzy zamieszkują w domu ofiary morderstwa i rozpoczynają prywatne śledztwo za nic mając sobie policję. Szybko okazuje się, że przedmiot ukrył mistrz budowlany zaangażowany przez większość swojego życia w budowę katedry w Barcelonie. Tak, tej katedry, chociaż jej nazwa nigdy w książce nie pada (czemu?! no po co ten zabieg się pytam?!) - jest tylko nazywana katedrą i katedrą. Niestety mistrz budowlany pomagał przy budowie ponad 20 innych obiektów, które przetrwały w tym pięknym mieście do naszych czasów, przez większość książki bohaterowie próbują więc dociec gdzie też nasz sprytny architekt mógł ukryć skarb. Pozwolę Wam zgadnąć ;) Tak! W katedrze! Co za niespodzianka, aż mi się ręce spociły z wrażenia...

      Przybrany syn antykwariusza Enrique (specjalnie podkreślam, że przybrany, gdyż autor też nie omieszkał przypominać o tym fakcie co chwilę, włącznie z dialogami), mimo całego bólu po stracie przybranego ojca oraz nieocenionego wsparcia byłej żony, nie ma problemów z wdaniem się w romans z nowopoznaną córką przyjaciela ojca. Przybranego. Kobietą dojrzałą, nie przejmującą się konwenansami, silną i niezależną. Która po zaledwie trzech spotkaniach żąda ze łzami w oczach, żeby Enrique kazał się wyprowadzić byłej żonie zamieniając się w małe, zastraszone zwierzątko... Mówiłam coś o kuriozalnych bohaterach? To naprawdę tylko drobny przykład.

      Ach. Aż mi zęby zgrzytają nawet teraz gdy to wspominam ;) I te dialogi. Równie sztucznych, pompatycznych, nieprawdopodobnych dialogów nie czytałam już dawno. Może nigdy. A rozwiązanie całej zagadki? Jest jeszcze gorsze niż cała reszta. Skarb zostaje odnaleziony, morderca zabity i usprawiedliwiony - wszystko co się stało to wina skarbu, morderca nie działał z własnej woli, to skarb mu kazał. Tak, my precious, tak. Bardzo, bardzo słabe naśladownictwo Tolkiena. Tak słabe, że odbieram je wręcz jako bluźnierstwo...

      Chciałabym następnym razem mieć dość sił by przerwać czytanie, gdy widzę, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale ja się chyba nigdy nie nauczę. Bo z tego co widzę to czytana przeze mnie obecnie biografia Marii Antoniny jest kolejnym nietrafionym, bibliotecznym wyborem, który męczę nie wiedzieć czemu. To już jednak temat na inny, równie mało wesoły wpis...

      Ocena: 1/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2012 19:43

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com