labirynt

Wpisy

  • piątek, 23 marca 2012
    • "Igrzyska śmierci" tuż przed premierą...

      Tak to już ze mną jest, że do przeczytania pewnych książek są w stanie mnie zmobilizować dopiero zbliżające się premiery ich ekranizacji... Zawsze wolę znać książkę przed filmem i tylko serial HBO zachęcił mnie by ostatecznie ściągnąć z półki "Grę o tron" (może o niej innym razem), która przeleżała tam ładnych parę lat. Nie inaczej było z "Igrzyskami śmierci" Suzanne Collins, mimo entuzjastycznych recenzji dopiero dzisiejsza premiera ostatecznie skłoniła mnie by poznać tę historię zanim zasiądę w sali kinowej.

      I było warto. Kiedy zaczynałam czytać książkę w środę wieczorem nie byłam pewna czy zdążę. Ocknęłam się gdy noc trwała już w najlepsze, a ja dawno miałam za sobą połowę kartek.

      Pewnie większość z Was zna już fabułę książki - akcja toczy się w przyszłości, kiedy to mieszkańcy państwa Panem zmuszani są do wystawienia co roku po dwójce dzieci z każdego jego regionu, aby wzięły udział w Głodowych Igrzyskach. Zwycięzca może być tylko jeden, reszta musi zginąć. Najlepiej w jak najbardziej dramatyczny i spektakularny sposób, aby reszta społeczeństwa miała rozrywkę śledząc rozgrywki na ekranach telewizorów. Okrutne? Przerażające? Nieludzkie? Owszem. Ale też nic nowego pod słońcem - znamy to już co najmniej od czasów gladiatorów. Z tą różnicą, że w przypadku "Igrzysk śmierci" chodzi o coś więcej niż tylko uciecha tłumu, chodzi o przypomnienie kto rządzi w Panem, jak mało znaczy dla nich ludzkie życie i do czego prowadzą rebelie...

      Całą historię poznajemy z ust i myśli głównej bohaterki - Katniss, która zgłasza się na ochotnika by ocalić od wątpliwego zaszczytu uczestniczenia w igrzyskach swoją młodszą siostrę, Prim. Kat jest odważna, sprytna, zwinna i całkiem nieźle strzela z łuku... Czy to jednak wystarczy by pokonać pozostałych 23 uczestników? Zwłaszcza jeśli jednym z przeciwników zostaje chłopak - Peeta, który kilka lat wcześniej uratował ją i jej rodzinę od śmierci głodowej, a innym okazuje się dwunastolatka niezwykle przypominająca Prim... Nie można też zapominać o kilku innych osobach, którzy w przeciwieństwie do Katniss pochodzą z bogatszych dystryktów, są lepiej odżywieni i przygotowani, zdobywają też większość z dostępnych na starcie igrzysk zapasów żywności i broni. Zdecydowanie jednak łatwiej mierzyć się z ranami, pragnieniem i wyczerpaniem niż z wystawionymi na próbę (i publiczny wgląd) emocjami i moralnymi dylematami. Co zwycięży - pierwotny instynkt przetrwania czy lojalność i miłość? I na co komu lojalność i miłość skoro zwycięzca może być tylko jeden, już organizatorzy tego dopilnują? Czy Katniss ma w ogóle jakieś szanse?

      Doskonale rozumiem czemu ta książka stała się bestsellerem. Jest świetnie napisana, opowiada niesamowitą historię, bohaterowie nie są cukierkowi i jednowymiarowi. Tak naprawdę Katniss potrafi porządnie zirytować. Ale wie też jak się przeżywa przygodę. Dzięki autorce czułam się jakbym i ja była na arenie, płakałam razem z bohaterką, nie mogłam pogodzić się z niesprawiedliwością systemu, w którym przyszło jej żyć, autentycznie "gryzłam się" losem pozostałych uczestników, wzruszyło mnie oddanie Peety... "Igrzyska śmierci" są dla mnie trochę lżejszą, młodzieżową wersją "Wielkiego marszu" Kinga. Lżejszą, bo nie tak do końca przeszytą ponurą atmosferą, odczłowieczeniem, i mimo wszystko dającą nadzieję. Kto czytał Kinga ten wie, że tam na nadzieję nie pozostało zbyt wiele miejsca. I chociaż King to mistrz, a za wcześnie jeszcze by to samo mówić o Collins, to i tak cieszę się, że wszystkie Stephanie Meyer tego świata i ich "Zmierzchy" mają konkurencję.

      Ocena: 6/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 15:56

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com