labirynt

Wpisy

  • czwartek, 06 maja 2010
    • "Wróżby z koronek" w Salem; (i zaklinanie wulkanicznego pyłu ;))

      "Nazywam się Towner Whitney. Nie, to nie całkiem prawda. Właściwie mam na imię Sophya. Nigdy mi nie wierzcie. Kłamię przez cały czas. Jestem szalona... Ostatnie zdanie to prawda." - takimi słowami zaczyna swoją powieść Brunonia Barry. Zaintrygowała mnie. "Wróżby z koronek" miały pokazać mi Salem mroczne i okrutne, i głównie to skusiło mnie do zakupu książki, na spółkę z rzucającą się w oczy okładką. Niestety, pod tym względem lektura mnie rozczarowała, ale sama siebie wprowadziłam w błąd oczekując chyba więcej niż obiecywał opis na okładce.

      Po Salem przedstawionym we "Wróżbach z koronek" przechadzają się nowoczesne czarownice prowadzące sklepy z pamiątkami dla turystów, sami turyści, nawiedzeni sekciarze i rzesze "potworów" rozdających ulotki informujące o miejscowych atrakcjach - nawiedzonych domach, tunelach strachu, inscenizowanych procesach czarownic. I to właśnie rozczarowało mnie najbardziej. Pragnęłam mrocznej atmosfery dawnego Salem, czarów, magii, tajemnicy... I dlatego sama sobie jestem winna. Czego jak czego, ale czarów przecież w Salem nigdy nie było, a prawdziwa tajemnica nie tkwi w magii, ale ludzkim umyśle...

      Historia rozchwianej psychicznie Towner zaczyna się w chwili zaginięcia jej przybranej babki, z którą była bardzo związana. Sytuacja zmusza Towner do powrotu do Salem, miasta, z którego uciekła, do matki, której nie rozumie, do przeszłości, która ją przeraża. Przez większość czasu wiemy, że coś bardzo złego przydarzyło się bliźniaczej siostrze Towner, Lyndley, przeczuwamy, co to mogło być, ale właściwie do ostatniej niemal strony nie znamy wszystkich elementów układanki. Autorka pozostawia nas w niepewności, osnuwa szczegóły mgiełką niedomówień i niejasności, a zawikłane relacje bohaterów wcale nie ułatwiają sprawy. Co naprawdę wydarzyło się wiele lat temu w zatoce? Kto utonął, a kto przeżył? A może w ogóle nie wydarzyło się nic godnego uwagi?

      Po początkowej niechęci dałam się przekonać tej książce i historii, z niecierpliwością czekałam na chwile gdy w lawinie obowiązków mogłam powrócić do czytania. Brak klimatu Salem, którego oczekiwałam, wynagrodziły mi po części fragmenty podręcznika wróżenia z koronek umieszczone na początku każdego rozdziału. I parapsychiczne zdolności Towner. Chociaż tyle :)

      Ocena: 4/6

      A jutro lecę do Londynu (chmuro pyłu wulkanicznego a kysz!) i już przejrzałam ofertę nowości i promocji w Waterstone's. Jest nowa Harris ("Blueeyedboy"), Hannah ("A room swept white"), Picoult ("House rules"), ciągle nie mam też "Wolf hall"... Na wszystko nie będę mogła sobie pozwolić, przede mną więc weekend ciężkich wyborów :) I oczywiście polowanie w antykwariatach i charity shopach... Trzymajcie kciuki!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 maja 2010 18:10

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com