labirynt

Wpisy

  • piątek, 27 lipca 2012
    • "Zgubieni" Charlotte Rogan czyli historia ekstremalna

      "-Właściwie dlaczego nie, Mary Ann? Skacząc do morza, oszczędziłabyś sobie mnóstwo cierpienia. I tak umrzesz, a słyszałam, że utonięcie jest znacznie mniej bolesne niż śmierć z głodu lub z pragnienia." ("Zgubieni" Charlotte Rogan)

      Ostatnio, podczas urlopu, udało mi się coś, co nie udawało mi się od dawna – przeczytałam książkę, która wyszła całkiem niedawno i nie zadomowiła się na moim regale nieprzeczytana na kilkanaście miesięcy. Mowa o głośnych „Zgubionych” Charlotte Rogan.

      Pisałam w poprzedniej notatce, że przeczytane w ostatnim czasie książki rozczarowały mnie – każda na swój sposób. Tak było właśnie z tą pozycją, która pozostawiła po sobie trudny do nazwania niedosyt.

      Ogólnie wszystko wydaje się świetne – przede wszystkim bardzo dobry pomysł na fabułę – opowiedziane okiem dwudziestodwulatki wydarzenia w szalupie ratunkowej, w której po katastrofie imponującego liniowca „Cesarzowa Aleksandra” znalazło się 39 osób. Początkowy optymizm i nadzieja na szybki ratunek przemieniają się z czasem w dramatyczną walkę o przeżycie – najpierw kosztem zasad, potem kosztem ludzi. Szalupa jest przeciążona, zbliża się szkwał, ratunek nie nadchodzi, ktoś będzie musiał znaleźć się w morzu… A kiedy mija jedno niebezpieczeństwo, kiedy pierwsze niemożliwe wybory zostały dokonane, sytuacja się nie poprawia – rozbitkowie nadal tkwią pośrodku niczego, łódź przecieka, brakuje jedzenia i wody. To, co wydawało się ostatecznością, okazuje się być dopiero początkiem.

      Grace, główną bohaterkę, dziś powiedzielibyśmy – karierowiczkę, która „złapała” bogatego męża, poznajemy w momencie, kiedy wszystkie dramatyczne wydarzenia związane z katastrofą ma już za sobą. Cóż, nie wszystkie, bo oto grozi jej dożywotnie więzienie za czyny popełnione w szalupie. Za morderstwo. Zostajemy wrzuceni w sam środek procesu, w którym obcy ludzie mają zadecydować o jej przyszłości, z wyżyn swojej moralności i pewności poglądów ocenić jej poczynania w sytuacji skrajnego wyczerpania i trudnego do opisania strachu. Czy działała w obronie własnej? A może postąpiła samolubnie, dbała tylko o siebie, nic nie tłumaczy jej okrucieństwa, a teraz stara się wzbudzić litość w ławie przysięgłych, wykorzystać swój urok i wdzięk, tak jak wykorzystała go by korzystnie wyjść za mąż? Do tego sprzeczne zeznania ocalałych świadków – kto mówi prawdę a kto się wybiela, kto z premedytacją kłamie a kto po prostu nie odróżnia już swoich wyobrażeń od rzeczywistości? Z całą pewnością Grace to nie jest postać czarno-biała, jednowymiarowa. Można jej nie lubić, ale nie można jej odmówić autentyczności.

      Styl, język również nie zawodzą. Podobno autorka tworzyła powieść 10 lat i ten czas, wysiłek, dopracowanie, widać w każdym zdaniu. To dobra, solidna książka, ciekawy temat, fascynująca historia. Po lekturze zostałam z kłębiącymi się w głowie pytaniami, nie do końca wykrystalizowanymi opiniami i trudnym do oddalenia od siebie, irracjonalnym niepokojem. Skąd więc mój niedosyt? Sama do końca nie wiem, ale czegoś mi w tej książce brakuje – może chciałabym poznać więcej szczegółów z pobytu w łodzi ratunkowej, ale także z procesu, cieszyłabym się gdyby zakończenie nie było opisane tak pobieżnie… Chyba po prostu chętnie zostałabym w opisywanej przez autorkę historii nieco dłużej. Oczywiście tylko jako bierny świadek, słuchacz opowieści, bo „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, a ja naprawdę nie chciałabym zostać sprawdzona w ten sposób.

      

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lipca 2012 19:31
  • poniedziałek, 23 lipca 2012
    • Kryminał na lato to nie zawsze dobry wybór. O książkach Camilli Lackberg.

      Ten lipiec będzie mi się kojarzył głównie z arbuzami. Nie wiem, co takiego jest w tych owocach, ale nigdy nie mam ich dość. A, że pogoda mało letnia i słońca ciągle brakuje, to pocieszenie trzeba znaleźć gdzie indziej – choćby na talerzu w postaci czerwonych cząstek z cieknącym aż do łokci sokiem.

      Do tego przydałaby się dobra lektura. I cóż mam powiedzieć w tej kwestii? Przeczytałam ostatnio kilka książek, wszystkie czytało się dobrze i szybko, ale każda pozostawiła po sobie pewien niedosyt. Zacznę od kryminałów. Kryminały pasują do lata równie dobrze jak arbuzy. Nawet jeśli opisują zimną, zimną Szwecję, jak w przypadku „Księżniczki z lodu” Camilli Läckberg.

      To naprawdę nie był dobry wybór książki z nurtu, tak modnych teraz, skandynawskich kryminałów. Historia ukryta za słabym stylistycznie tekstem była nawet ciekawa, intrygująca. Oto w małej, turystycznej miejscowości – Fjällbace – dochodzi do morderstwa upozorowanego na samobójstwo. Ofiarą jest młoda, piękna kobieta, z szanowanej rodziny, dystyngowana, spokojna…  Kiedy policja prowadzi śledztwo, na jaw wychodzą coraz to nowe, szokujące fakty z życia jej oraz jej bliskich, skrywane od lat tajemnice, sprawy, o których pewni ludzie woleliby więcej nie słyszeć…  Brzmi to na tyle ciekawie, że może zainteresować wielbicieli gatunku, nawet jeśli rozpoznają czający się w tym krótkim opisie schemat… Książkę pogrążają jednak płascy bohaterowie i koszmarkowaty styl autorki.

      Bohaterowie robią i mówią wprost nieprawdopodobne rzeczy. Ma się wrażenie, że autorka tak bardzo chciała pokazać ich jako prawdziwych ludzi, targanych zwykłymi problemami typu nieświeży oddech i niezbyt atrakcyjna bielizna, że popadła w absurd i śmieszność. Jakiś czas temu narzekałam na przesadnie egzaltowane postaci stworzone prze Monsa Kallentofta w „Ofierze w środku zimy” – tutaj mamy drugą skrajność. Główna bohaterka – Erika, pisarka, która zostaje przypadkiem zamieszana w śledztwo i nie daje się już z niego „wymieszać” – jest tak irytująca, że z ledwością dawałam radę przeczytać fragmenty jej dotyczące. Nie dość, że wtyka nos w sprawy policji wykorzystując znajomość (z czasem bardzo bliską znajomość…) z policjantem prowadzącym śledztwo, zataja ważne informacje, sama decyduje o tym w jaki sposób główny podejrzany przekaże swoje informacje organom ścigającym (przy rodzinnej kolacji, a jakże), to jeszcze wydaje się, że nikt nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak po prostu jest i wszyscy zdają się być zadowoleni z takiego obrotu spraw. Ale czegóż oczekiwać po stróżach prawa, dla których ważniejsze od ścigania mordercy jest plotkowanie na temat spraw sercowych współpracowników?

      Co zaś do stylu… niech za cały komentarz wystarczy cytat: „(…) musieliśmy przeoczyć jakiś trop, który przeoczyliśmy”. Amen.

      Ocena: 3.5/6

      Ale, ale. Byłam niejako skazana na Camillę i jej bohaterów podczas trzech długich godzin w poczekalni u lekarza, sięgnęłam więc po następny tom serii, „Kaznodzieja”.  Tutaj, niestety, nawet fabuła mnie rozczarowała. Cała reszta pozostała bez zmian, tyle tylko, że Szwecję odwiedziło akurat bardzo upalne lato (ciekawe czy to to samo upalne lato, które opisywał Nesbo w „Pentagramie” czy tylko w naszym kraju takie rzeczy jak upalne lato nie zdarzają się co roku) i że Eriki było zdecydowanie mniej, co ułatwiło czytanie. Jeśli jednak już pojawiała się w tekście, aż zgrzytałam zębami. Wyobraźcie sobie, że Erikę co i rusz odwiedzają goście pragnący zakosztować kilku dni nad morzem i… hotelowej obsługi. Tak jak niewiarygodnym wydaje mi się, że najpierw zjawia się jedna, a następnie druga rodzina i obie mają tak skrajnie roszczeniową postawę wobec będącej w 8 miesiącu ciąży kobiety, że domagają się zawożenia ich łodzią na odległe plaże czy przynoszenia drinków pod sam nos, tak samo niewiarygodnym jest dla mnie, że owa kobieta to robi, ciskając przekleństwa jedynie w swojej głowie. Nigdy nie byłam w ciąży, więc może nie wiem o czym mówię, ale skoro lejący się z nieba żar ledwie umożliwiał Erice poruszanie się, jak mogła nie zaprotestować gdy goście traktowali ją jak służącą w jej własnym domu? Niepojęte.

      Było też coś, co w obu tych książkach (i jak mogłam zorientować się z opisu następnej pojawia się w całej serii) mi się podobało. Mianowicie zbrodnie mające miejsce obecnie odwołują się w jakiś sposób do historii, które zdarzyły się wiele lat wcześniej. Fabuła zyskuje dzięki temu na tajemniczości, a zagadka staje się trudniejsza do rozwiązania. A przecież na tym polega cała zabawa w czytaniu kryminałów – całą książkę głowić się nad odpowiedzią, ale do końca poznać ją dopiero wraz z ostatnią stroną… I chociaż aż takiej głębi po tej serii nie można się spodziewać, być może sięgnę po jeszcze jeden tom, by sprawdzić czy główni bohaterowie mają chociaż cień szansy by ewoluować z płaskich, papierowych ludzików, w których przemyślenia i motywacje nikt nie jest w stanie uwierzyć.

      

      Ocena: 3/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kryminał na lato to nie zawsze dobry wybór. O książkach Camilli Lackberg.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 lipca 2012 19:17
  • sobota, 07 lipca 2012
    • Nowy początek? W każdym razie parę słów o Kindle Touch

      Kto by pomyślał, że praca pochłonie mnie tak bez reszty, że czasu i sił nie zostanie na wiele więcej niż podglądanie Waszych blogów, śledzenie nowości wydawniczych i skrzętne wynotowywanie ciekawych tytułów. Niejednokrotnie zniechęcona myślałam już o definitywnym zamknięciu bloga, ale jednak było mi żal dobrowolnie skazywać się na banicję z książkowo-blogowego świata. No i te pojedyncze duszyczki, które ciągle tu zaglądały podtrzymały mnie na duchu :)

      Mam nadzieję, że teraz się trochę ogarnę, bo stos ciekawych lektur ciągle rośnie koło mojego łóżka. Nie chcę jednak nic obiecywać, bo nie potrafię ocenić przydatności do spożycia mojego zapału i motywacji. A na dzisiaj - temat okołoksiążkowy - czyli parę słów o Kindle Touch, którego właścicielką jestem od grudnia.

      Na początku, kiedy czytniki ebooków zaczęły pojawiać się na rynku, byłam do nich nastawiona wręcz negatywnie. Bo cóż jest w stanie zastąpić tą przyjemność z trzymania w ręku książki, przewracania stron, w przypadku nowych powieści - zapachu kartek i druku, w przypadku starszych - odkrytych na nowo dedykacji? Nic. I nadal tak uważam. Ale Kindle zyskiwał coraz większą popularność i ja też zapragnęłam sprawdzić o co tyle szumu, a kiedy pojawiła się wersja z ekranem dotykowym bez wahania napisałam list do św. Mikołaja :)

      Mija już pół roku odkąd używam Kindle Touch i muszę przyznać, że jest to urządzenie nad wyraz wygodne. O ile w domu nadal najczęściej wybieram tradycyjnie drukowane książki, nierzadko z pięknymi okładkami, często w bibliotecznej obwolucie, o tyle w podróży Kindle jest niezastąpiony. Lżejszy od większości książek, o zgrabnych wymiarach, z przyjaznym dla oczu ekranem w technologii e-ink, i przede wszystkim - z ogromnym wyborem utworów podzielonych tematycznie (kategorię i przydziały określam sama, mam więc i książki "babskie" i "pop" i "na poważnie"). Teraz jadąc w podróż służbową za granicę, odpocząć na urlopie czy choćby w pociągu do sąsiedniego miasta zawsze mam pod ręką swoją własną bibliotekę. Ta wygoda jest nie do przecenienia! Kindle jest ze mną wszędzie - w drodze do pracy, w kolejce do lekarza, przy kawie w kawiarni. Szkoda tylko, że ceny ebooków są tak wysokie, dorównujące właściwie wydaniom papierowym. Jeśli chodzi o nowości, zawsze mimo wszystko wolę kupić tradycyjną książkę niż ebooka, korzystam za to chętnie z licznych promocji pojawiających się w internetowych księgarniach.

      Co do samej technologii Touch - mam dwa zastrzeżenia. Strony "przewracają się" odrobinę zbyt łatwo przy przypadkowym dotknięciu. Ekrany w przeglądarce internetowej ładują się ciut zbyt wolno. I to by było na tyle. Całą resztą jestem zachwycona. Wbudowanym opisowym słownikiem, dzięki któremu czytanie książek po angielsku jest łatwiejsze, zwłaszcza! Poza tym wszystko można tutaj ustawić pod siebie - rozmiar czcionki, odstępy między liniami... Jest nawet wbudowany automatyczny "czytacz", który przeczyta nam wrzucone pliki, aczkolwiek pomysł ten wymaga jeszcze dopracowania, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą książki nieanglojęzyczne. Literowanie polskich słów jest na tyle koślawe, że ciężko zrozumieć choćby pojedyncze wyrazy, nie to jednak jest główną funkcją czytnika i nie czuję się tym faktem rozczarowana ;)

      Bardzo polecam wszystkim zabieganym, którzy - tak jak ja - nie wyobrażają sobie zostać przyłapanym przez chwilę wolnego czasu bez książki pod ręką.

      P.S.: A tak w ogóle to w międzyczasie wyszłam za mąż i wszędzie ostatnio widzę różowe jednorożce i koty robiące z tęczą sami wiecie co ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2012 09:57

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com