labirynt

Wpisy

  • czwartek, 30 sierpnia 2012
    • Wojna oczami kobiet - "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz

      "Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze..." ("Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" S. Aleksijewicz)

      "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" - ta książka to zbiór opowieści z czasów drugiej wojny światowej, zbiór historii kobiet radzieckich, które mniej lub bardziej (częściej bardziej!) chętnie wyruszyły na front by bronić swojej ojczyzny i swoich przekonań. Traciły na wojnie swoje długie warkocze, traciły zdrowie i urodę, traciły kobiecość, a kiedy wojna się skończyła okazało się, że straciły również godność.

      To smutna, przejmująca książka o odwadze, ale też trochę o naiwności. O wierze w ideały, które późniejsza historia wyśmiała i zbrukała.  O nagrodzie w postaci medali, ale i drwin. O miłości, kiedy żadna miłość nie wydawała się możliwa. O stracie tak wielkiej, że z trudem można ją objąć sercem i rozumem. A może właśnie wcale nie można i dlatego tak trudno zarówno o niej mówić, jak i milczeć. O samotności tam, podczas wojennej zawieruchy, i później, kiedy kurz już opadł.

      Sanitariuszki, strzelcy wyborowi, czołgistki, saperki, kucharki i praczki. Kobiety pamiętają z wojny zupełnie coś innego niż mężczyźni.

      

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 sierpnia 2012 14:02
  • czwartek, 16 sierpnia 2012
    • "Everville" Clive Barker

      Everville było marzeniem. Marzeniem małej dziewczynki i jej ojca, pionierów przemierzających dziki zachód dawno temu. Dziś? Prowincjonalne miasteczko jakich wiele. Marzenie, które stało się rozczarowaniem. Brama do innego świata. Przedsionek piekła.

      „Everville” to najbardziej surrealistyczna książka jaką kiedykolwiek czytałam. Siedemset stron walki raczej pospolicie wyglądającego dobra z bliżej niezdefiniowanym złem. Potwory, Quiditty - morze snów, brutalne morderstwa, niepewne swojego pochodzenia demony, nie napawający optymizmem ludzie… Duchy, które można zabić. Kobieta, która wyśniła kochanka na spółkę z morskimi bożkami. Dziwne. Bardzo dziwne. Raczej mi się nie podobało. Dlaczego więc nie mogłam przestać czytać?

      Nie potrafię powiedzieć za dużo o fabule, żeby nie zdradzić jakiegoś ważnego elementu. Albo po prostu nie potrafię powiedzieć o czym jest ta książka. Działo się wiele, liczne postaci miały każde swoją misję, a jednak całość wydawała się pozbawiona jakiegoś szerszego planu, klamry spinającej wszystko i wszystkich… Tak dużo niepotrzebnego cierpienia, śmierci. Kiedy teraz piszę te słowa, nasuwa mi się tylko jedno zdanie, które zostało we mnie po przeczytaniu tej książki: Zło nie potrzebuje sensu, żeby działać.

      To nie była słaba książka, książka, którą można zbyć machnięciem: „a, szkoda czasu”. Ale nie była to też, o dziwo, książka dla mnie. Patrzcie Państwo – za mało realizmu dla miłośniczki fantasy… Cóż, bywa i tak. Jednak mimo, że od początku czułam, że się z „Everville” nie zaprzyjaźnimy, mimo, że „męczyłam” książkę przez jakieś dwa tygodnie, to nie mogłam jej odłożyć, nie mogłam „odpuścić”. Była to mroczna historia, która mnie nie przekonała, a jednocześnie historia, która raz pochwyciwszy nie chciała uwolnić. Musiałam poznać zakończenie.

      Ocena: 3.5/6

      P.S.: Z Internetu wiem, że „Everville” to drugi tom trylogii „Księgi Sztuki”, z których do tej pory ukazały się jedynie dwie pierwsze książki. Można je czytać niezależnie od siebie (wynika to też z opisów na okładkach), być może jednak mój odbiór „Everville” byłby bardzie pozytywny gdybym wcześniej zapoznała się z „Wielkim sekretnym widowiskiem”. Niestety, na okładce egzemplarza, który wypożyczyłam z biblioteki próżno szukać informacji o tym, że mamy do czynienia z kontynuacją.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 sierpnia 2012 11:27
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2012
    • Warto przeczytać - "Matylda Savitch"

      Miałam ostatnio ochotę na coś naprawdę lekkiego, wakacyjnego, letniego. Ale sięgnęłam po „Matyldę Savitch” Victora Lodato, bo zachęcająco patrzyła na mnie z półki i nie przerażała objętością (po 700 stronicowym i trudnym „Everville” potrzebowałam czegoś bardziej „standardowego”). Rzut oka na słowa „Wspaniała książka, straszna książka. Opowieść przepełniająca jednocześnie radością i rozpaczą”, którym książkę reklamowano w Time Out New York i już wiedziałam, że lekko i wakacyjnie nie będzie, ale pierwsze słowa „Chcę być okropna, chcę robić złe rzeczy, bo niby czemu nie?” przykuły mnie do książki i nie puściły do samego końca.

      Podobno jest to historia o dojrzewaniu, ale ja nie to w niej zobaczyłam. Dla mnie dużo bardziej była to opowieść o samotności, opuszczeniu, wyobcowaniu. Próbie dopasowania się przy jednoczesnym poczuciu, że własna niezależność jest cenna i wyjątkowa. Przede wszystkim jednak – o stracie, o niezagojonej ranie i próbie wyjaśnienia tego, czego wyjaśnić się nie da.

      Matylda ma 13 lat, jedną przyjaciółkę, wysokie mniemanie o sobie i obsesję. Jej starsza siostra, Helena, zginęła rok wcześniej pod kołami pociągu, i dziewczynka nie potrafi sobie z tym poradzić. Pozbawiona wsparcia rodziców, którzy sami nie mogą unieść ciężaru tragedii, owładnięta myślami o siostrze, która stała się w domu tematem tabu, przeszukująca rzeczy zmarłej i odkrywająca jej niezbyt przyjemne sekrety, stawia sobie za cel swoistą krucjatę – wywołać jakąkolwiek reakcję rodziców, zmusić ich do stawienia czoła sytuacji, przywrócić ich do w miarę normalnego funkcjonowania… A przy okazji odkryć ostateczną prawdę – co stało się na torach w dniu śmierci Heleny.

      Zdecydowanie nie była to książka lekka, ale nie żałuję wyboru. Dobra literatura, fascynująca historia. Trudny, bolesny temat. A ponieważ cała powieść jest napisana z punktu widzenia Matyldy dodatkowym smaczkiem jest nierzadko szokujące spojrzenie na świat współczesnej trzynastolatki. Naprawdę warto przeczytać, polecam.

      Ocena: 5.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2012 11:51
  • piątek, 03 sierpnia 2012
    • "Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein. Czyli kulinarnie.

      Uwielbiam piec. Ciasta, ciasteczka, babeczki, bułeczki. No i chleby. Wspaniała sprawa, taki własnoręcznie wyrobiony, własnokuchennie upieczony chleb. W domu pachnie, skórka parzy w palce i chrupie między zębami, a do tego ma się świadomość, co w tym chlebie jest. Żadnego podstępnego słodu jęczmiennego. Żadnego karmelu oszukańczego zmieniającego pieczywo białe w ciemne. A rodzajów chleba to jest tyle, że ho ho i jeszcze trochę. Przepisy można bez problemu znaleźć w Internecie, ale ja lubię namacalną i staroświecką formę książki kucharskiej dlatego zakupiłam sobie "Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein.

      Książka jest przepięknie wydana - na błyszczącym papierze, z doskonałymi zdjęciami (szkoda, że nie do wszystkich przepisów). Przepisy są pogrupowane według rodzajów chleba - tego pieczonego na zakwasie, na drożdżach bądź na proszku do pieczenia. Jest nawet rozdział dotyczący pieczenia w automacie do chleba z kilkoma ciekawymi przepisami. Możemy wybierać spośród bardziej tradycyjnych chlebów lub tych na słodko, sporo dobrze nam znanych, rodzimych, ale także niemało pochodzących z innych rejonów świata. Wybór jest naprawdę duży i zachęcający - nic, tylko zakasać rękawy i brać się do pracy!

      (tak, chwalę się swoim chlebem na tych zdjęciach - ale któż może mnie winić... był pyszny!)

      Mimo tego, że książka bardzo podoba mi się wizualnie i znalazłam w niej wiele interesujących przepisów, a także cennych wskazówek dotyczących wypieku chleba, nie jestem w 100% zadowolona. W przepisach brak pewnej spójności i klarowności - jedne są opisane bardzo dokładnie, w innych na próżno szukać tak istotnych informacji jak to czy używamy drożdży świeżych czy suchych. Oczywiście, mając pewne doświadczenie, można się tego domyśleć, ale skoro w jednych przepisach jest wyraźnie zaznaczone - drożdże suche lub rozczyn z drożdży świeżych, dlaczego nie ma tego w innych? Albo temperatura. Zdarzyło mi się piec chleb, który miałam włożyć do "bardzo gorącego piekarnika" a następnie po 10 minutach "zmniejszyć temperaturę". Czy bardzo gorący piekarnik to 200°C czy 220°? Zmniejszyć do 180° czy 150°? W opisach czynności sporo jest takich miejsc, które należałoby doprecyzować, aby przepis był w pełni użyteczny a nie stanowił jedynie inspirację do własnych prób opartych na wcześniejszych wypiekach.

      Dużym utrudnieniem i według mnie największą wadą książki jest brak informacji (i znów - dotyczy to większości przepisów, nie wszystkich) ile chleba otrzymamy z danych proporcji składników. W dwuosobowym gospodarstwie trzy foremki chleba to trochę za dużo szczęścia :) Oczywiście, jeśli widzę, że potrzeba 1 kg mąki żytniej i 2 kg mąki razowej, nie spodziewam się jednego bochenka - ale ile? Dwa? Trzy? Cztery? Jak mam zmniejszyć ilość składników jeśli nie wiem jakie było początkowe założenie?

      Podsumowując - ta książka to raczej słaba pomoc dla początkujących i niecierpliwych. Trzeba mieć chociaż podstawową wiedzę o pieczeniu chleba, żeby móc czerpać radość z zamieszczonych w niej przepisów. Na plus jest oczywiście przyjemna szata graficzna i to, że jak już się rozgryzie, o co w przepisie mogło chodzić, efekty są z reguły przesmaczne. Dlatego Ci, którzy lubią piec, niech sięgną po tę pozycję. Ci, którzy chcieliby prostej recepty na sukces w kuchni, niech sobie odpuszczą.

      Ocena: 4-/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „"Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein. Czyli kulinarnie.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 03 sierpnia 2012 13:31

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com