labirynt

Wpisy

  • poniedziałek, 21 września 2009
    • "Dom Augusty"

      Podczas jednej z wypraw do biblioteki natknęłam się na „Dom Augusty” Majgull Axelsson, książkę z często pojawiającej się na blogach „serii z miotłą”.

      Nie jest to optymistyczna historia, właściwie mamy tu do czynienia z paroma pesymistycznymi historiami wzajemnie się przenikającymi, choć tak naprawdę nie dzieją się one nawet w tym samym czasie. Łącznikiem pomiędzy nimi jest tytułowy dom Augusty, surowej założycielki rodu. To jej opowieściami nasiąknięte są ściany domu, budynku służącego za kryjówkę kobietom z kolejnych pokoleń. Najpierw samej Auguście, następnie Alicji, która przybywa do swojej babki, by pod pozorem gruźlicy ukryć ciążę przed szkolnymi kolegami i prestiżowymi znajomymi rodziców, wreszcie Andżeliki – praprawnuczki Augusty, dziewczyny odrzucanej przez wszystkich, bez realnych perspektyw na przyszłość. Książka opowiada o ich losach, mieszając fakty z fantazjami, brutalny realizm z okrutną baśnią. Toksyczne relacje międzyludzkie, brak wyrozumiałości jednych bohaterów dla drugich, stworzyły podwaliny dla tych historii, smutnych historii bez happy endów. Po skończeniu książki pozostał we mnie smutek, mający swoje źródło nie tyle w przedstawionych wydarzeniach, co w przekonaniu, że łatwo można było uniknąć przygnębiających, często tragicznych konsekwencji. Trochę więcej dobrej woli, wyjścia poza egoizm, nie uciekanie się do płytkich wymówek i usprawiedliwień. Szczęście tych kobiet można było uratować…

      Podobał mi się język powieści, pełna dyskretnego mistycyzmu proza. Wolę jednak nie dorzucać do często trudnej codzienności kolejnych szarych kamyków, gdy czytam – szukam innego świata, bo brutalność tego znam już wystarczająco dobrze. W książce Axelsson dzieje się historia tragiczna, niemniej mogłaby się ona wydarzyć w domu obok. Nie lubię tej świadomości i nie przepadam za książkami, które mi o niej przypominają. Nawet dobrze napisanymi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Dom Augusty"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 września 2009 10:51
  • niedziela, 20 września 2009
    • Mój pierwszy stosik :)

      Moje czytelnicze wakacje dostarczają mi teraz tematów na recenzje, nie mogłam się jednak oprzeć pokusie by nie ustawić dziś do zdjęcia mojego pierwszego, własnego stosiku :) Wyszła bardziej wieża niż stosik ale nie dałam rady się powstrzymać.

      Książki owe są w przytłaczającej większości efektem polowania na allegro i ebay'u oraz grzebania po charity shopach przy okazji wizyty w Londynie. Satysfakcja o wiele większa niż po prostu spacer do empiku, a i korzyść dla kieszeni. Starałam się wybrać pozycje według mnie najciekawsze z mojej skrzyni skarbów, ale i tak fantazja mnie poniosła. Prezentuję więc:

      Od góry:

      1. Maureen Lee "The september girls" - urodzinowa słabość do września dała o sobie znać ;)

      2. Audrey Niffenegger "Żona podróżnika w czasie" - bliskie wejście do kin adaptacji książki i dawno nie wznawiane wydanie spowodowało niebotyczny wzrost jej cen na allegro, ja za parę złotych nabyłam ją w hurtowni skupującej końcówki serii

      3. Kamil Gruca "Panowie z Pitchfork" - ładnie i obiecująco wydana

      4. Sarah Waters "Niebanalna więź" - dopiero teraz widzę, że położyłam ją do góry nogami :)

      5. Ian C. Esslemont "Powrót karmazynowej gwardii, tom 1" - niektórzy już znają moją słabość do opowieści z Malazu...

      6. Milena Wójtowicz "Wrota 2" - nieodmiennie wybaczam Fabryce Słów i jej autorom niezbyt wysokie loty

      7. Isabel Allende"Portrait in Sepia" - must have po przeczytaniu "Ewy Luny"

      8. Belinda Alexandra "Dzika lawenda" - niesamowita okazja z allegro

      9. Sophie Hannah "The point of rescue" - zachwalana na paru blogach, liczę na dobry kryminał!

      10. Philippa Gregory "The other queen" - no lubię jej książki, przyznaję się... Dobre do poćwiczenia angielskiego :)

       

      Na szczycie stosu powinien się obecnie znaleźć Martin i jego "Gra o tron". Niestety, ebooki są mało fotogeniczne a tylko do takiej wersji mam dostęp. Musi wystarczyć :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Mój pierwszy stosik :)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 września 2009 22:46
  • sobota, 19 września 2009
    • "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych"

      Do napisania tej recenzji zainspirowała mnie notka na blogu germini i komentarze pod nią, zwłaszcza komentarz padmy potraktowałam jak wyzwanie. Czuję się wręcz w obowiązku upublicznić moje uwielbienie dla dzieła Eriksona ;)

      „Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” to historia, która pochłonęła mnie bez reszty. Nie jest to typowa opowieść fantasy, na próżno szukać tu elfów, trolli czy goblinów. Ale powietrze aż skrzy się od magii, a rozmach nakreślonego świata zwala z nóg. Wielowątkowość książki powoduje początkowo zawrót głowy, ale gdy już złapie się rytm powieści, zatraca się w nim całkowicie. Spiski, zdrady, skrytobójstwo i wojna, wieczna wojna przeciwko coraz to nowym wrogom – i nigdy nie jest nudno, nigdy nie jest tak samo, a zawsze, ale to zawsze możemy liczyć na zaskoczenie. Bohaterowie nie są mili – o nie, można się do nich przywiązać, można wybaczać im winy i błędy, ale nie można malować ich na czarno lub biało, bo jak powiedział sam autor: „Opowieści..” to mieszanka, gdzie „dobrzy faceci robią złe rzeczy, źli faceci robią dobre rzeczy, a czasami dobre rzeczy są złe”.

      Niejednokrotnie próbowałam – dla samej siebie – napisać streszczenie kolejnych książek z cyklu. Nigdy mi się nie udało. Może dlatego, że seria przewidziana jest na dziesięć części plus dodatki. Dodatkami tymi są zarówno krótkie opowiadania pisane przez Eriksona, jak i poważniejsze już „suplementy” tworzone przez jego przyjaciela Esslemonta. W tej chwili w Polsce można nabyć osiem części głównej sagi (od trzeciej wszystkie dwutomowe), trzy opowiadania, i dwa suplementy Esslemonta (z czego druga część drugiego jest przygotowywana przez wydawnictwo MAG na listopad ;)). Jak widać jest to dzieło potężne, ale i uzależniające. Czytając przygody kompanii Podpalaczy Mostów śmiałam się w głos i płakałam rzewnymi łzami, zupełnie nie zważając na to, czy jestem we własnym łóżku czy zatłoczonej kolejce.

      Zdarzała mi się wściekłość na autora. Nie tylko za bezpardonowe uśmiercanie ulubionych bohaterów, ale i za nagłe zmiany wątków. Gdy ze łzami w oczach i wypiekami na twarzy kończyłam drugi tom cyklu, prawie biegłam po następny. Aż dziw, że od niecierpliwości moich palców nie zaiskrzyły kartki. A tu szok – jak gdyby nigdy nic Erikson powraca do innego motywu z części pierwszej. Jak pisałam – wściekłość i rozczarowanie. Ale czytam, by już za chwilę na nowo zatracić się w opowieści. Gdy docieram do ostatnich słów, znów przeszyta bólem serca i ciekawa co dalej – w części czwartej powracam do końca drugiej. Stan przedzawałowy murowany ;)

      No dobrze. Ale o czym to wszystko jest? Próby nakreślenia fabuły mijają się z celem, chyba, że zapisałabym kilkadziesiąt stron. A nie o to przecież chodzi. Piszę tę recenzję by podzielić się swoim zachwytem nad wielowątkowością powieści, nad światem tak rozległym, że można po nim wędrować miesiącami mając za towarzyszy bohaterów tak wyraziście nakreślonych, że łatwo wyobrazić sobie rozmowę z nimi. Wielu z przyjaciół trzeba pożegnać po drodze, wielu zniknie nam z oczu w pyle bitew opisanych z iście tolkienowskim rozmachem, ale wielu także będzie do nas potem szeptać w cichą noc, wspomnienie o nich powróci z piaskiem przywianym z pustyni. Te książki warte są chociażby chwili zastanowienia czy na pewno nie chcemy po nie sięgnąć i mam nadzieję, że dzięki moim słowom poświęcicie im tą chwilę.

      Na koniec trochę mniej pochlebnie. Uważam, że wydawnictwo MAG zrobiło tej powieści dużą, niezasłużoną krzywdę. Gdyby nie kolega, któremu ufam całkowicie jeśli chodzi o polecane przez niego książki fantasy, sama nigdy nie sięgnęłabym po to dzieło. Nawet w bibliotece, tym bardziej w księgarni. Okładki bowiem sugerują niestety marne dziełko, fantasy klasy B lub może nawet C. Wiem, nie ocenia się książki po okładce, ale ja jednak czasem tak robię i tak zrobiłabym w tym przypadku. Kontrastu w jakim stoją owe okładki do treści nie potrafię wyrazić słowami. Zgroza! Dlaczego książki Fabryki Słów mimo, że najczęściej jednowymiarowe, przewidywalne, stojące na niskim poziomie czytadła nieodmiennie powodują zawiśnięcie mojej ręki nad nimi w empiku, chociaż wiem, że nie mogę się po nich spodziewać niczego lepszego niż przeciętność - a to wspaniałe dzieło, ten literacki kąsek, został ubrany w estetykę Conana Barbarzyńcy? Nie potrafię zrozumieć. Jednakże w proteście zdjęcie, które zamieszczam, przedstawia zachodnią okładkę tomu, którego wydania w Polsce można się spodziewać dopiero w lutym 2010 r.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „"Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 19 września 2009 18:45
  • piątek, 18 września 2009
    • I po wakacjach

      Tak się nastawiałam na dzielenie się z Ogółem swoimi czytelniczymi odkryciam, a kiedy przyszło co do czego, całe wakacje zaczytałam się tak bardzo, że nie starczyło ani czasu, ani weny na blogowanie. Nagromadziłam za to pokaźną kolekcję książek, które powinny wystarczyć mi do grudnia. Powinny - bo oczywiście nie wystarczą - kolejne recenzje pojawiające się na książkowych blogach powodują wydłużenie mojej wish listy do niebotycznych rozmiarów ;)

      Książka, o której chciałabym napisać dziś słów parę to "The Boleyn inheritance" Philippy Gregory. Każda kobieta potrzebuje od czasu do czasu przeczytać dobry romans. I to jest dobry romans. A ja uwielbiam te dobre romanse, w których pobrzmiewa echo dawnych dni. Wielu zarzuca pisarce rozmijanie się z prawdą historyczną. Czytając takie opinie łapię się za głowę - bo kto uczy się historii z takich książek??!! Można jedynie się zainteresować daną epoką, postaciami, realiami tamtych czasów...

      Wracając do samej powieści i historii w niej zawartej - poznajemy czasy Henryka VIII, gdy nie jest on już najprzystojniejszym księciem w chrześcijańskiej Europie, ale starym, schorowanym i otyłym mężczyzną. Królem, który w oczach swych poddanych nadal chce pozostawać młodym i czarującym władcą. Tyranem, który każde swe działanie usprawiedliwia wolą Boga. Mordercą, na którego nie ma sądu. Mężem, którego trzy kolejne żony nie żyją, a on bierze sobie właśnie czwartą. A krótko po niej piątą. I żadna z nich nie może czuć się bezpiecznie.

      W "The Boleyn inheritance" swoją opowieść snują trzy kobiety. Pierwszą z nich jest Jane Rochford, dama dworu wszystkich poprzednich żon Henryka, bratowa ściętej Anny Boleyn, świadek oskarżenia na jej procesie... Kobieta żyjąca na pograniczu szaleństwa, pełna ambicji, naznaczona piętnem tej, której słowa doprowadziły do śmierci drugiej królowej i jej brata, czyli męża rozżalonej, zazdrosnej o Annę Jane. Oto powraca na dwór, by znów służyć królowej, znów Annie, skromnej i nie znającej angielskiego Annie z Cleves. A przede wszystkim by być oczami i uszami swojego patrona księcia Norfolk - Thomasa Howarda.

      Drugą opowiadającą jest sama Anna z Cleves, cudzoziemka, która przybywa do Anglii by zostać królową, pełna dobrych chęci i bardzo ostrożna w swoim postępowaniu wobec króla. Szybko obdarza miłością nowy kraj i ludzi, którymi ma rządzić, snuje liczne plany na przyszłość i marzy o kojącym wpływie jaki mogłaby mieć na łatwo wpadającego w furię króla. Ale Henryk nie jest nią zainteresowany. Pozornie wychwalający skromne zachowanie nie znajduje upodobania w zachowawczej królowej. O wiele bardziej odpowiada mu towarzystwo młodziutkiej Kitty Howard, siostrzenicy Anny Boleyn, kolejnej protegowanej Thomasa Howarda, dwórki Anny z Cleves... I nie, nie wystarcza mu ona jako kochanka, król zapragnął nowej żony... Co zrobi z Anną? Możliwości jest wiele, żadna jednak nie napawa optymizmem. Oskarżenie o czary? O niemoralność? O spisek przeciw królowi i zdradę? O tę ostatnią nietrudno,  gdy za zdradę uznaje się nawet myśl o tym, że król może być śmiertelny... A może Henryk ma jeszcze coś w zanadrzu?

      Kitty to kolejna postać, której losy poznajemy z kart książki. Jest dziecinna, rozkapryszona, źle wychowana, brak jej wykształcenia i zasad moralnych. To naiwny dzieciak, który chce się bawić z kotkami i... chłopcami. Jedyne o czym marzy to nowe suknie i klejnoty. Dla króla jednak staje się "różą bez kolców", i w ten sposób głupiutka dziewczyna, bezmyślna kokietka, zaczyna grać w śmiertelnie niebezpieczną grę. Jak bardzo niebezpieczną niech świadczy fakt, że w dniu jej wesela głowy pozbawiony zostaje najlepszy - dotąd - powiernik i doradca króla, Thomas Cromwell.Gdy na jaw wychodzi więc, że Kitty ma więcej wspólnego z pospolitą stokrotką niż różą, raczej wątpliwe, iż w królewskim sercu znajdzie się miejsce na wyrozumiałość...

      Od książki naprawdę ciężko jest się oderwać. Chociaż koniec nie jest żadnym zaskoczeniem dla znających historię Anglii z czasów Tudorów, opowieść snuta jest w na tyle ciekawy sposób, że nie jest to minusem. Sposób myślenia trzech bohaterek, postrzeganie wydarzeń rozgrywających się na ich oczach, motywy postępowania i strach, nieodłączny towarzysz dworzan Henryka VIII, przenoszą nas na angielski dwór, gdzie rozgrywa się śmiertelna partia szachów, i każdy, naprawdę każdy, ma powody by się bać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „I po wakacjach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 18 września 2009 11:03

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com