labirynt

Wpisy

  • wtorek, 27 września 2011
    • Recenzja zbiorcza

      Trochę mi ostatnio minęła ochota na recenzowanie, ale dla porządku postanowiłam wymienić kilka przeczytanych przeze mnie w ciągu minionych miesięcy książek i napisać o każdej parę zdań. Sama nie wiem skąd się bierze moje recenzenckie lenistwo, ale po pracy ledwie starcza mi sił i czasu na czytanie i chyba brakuje ich już na dzielenie się czytelniczymi przeżyciami. Ale dość usprawiedliwień, zaczynam wyliczankę:

      „Flush”, Virginia Woolf

      To pierwsza książka, która przychodzi mi na myśl gdy mam robić podsumowanie ostatniego bezrecenzyjnego półrocza. Mała objętościowo, wielka duchem książeczka stanowiąca biografię spaniela pewnej brytyjskiej poetki jest bardzo ciepłą lekturą. I – wyobraźcie sobie – pełną zwrotów akcji! Do tego mistrzowskie posługiwanie się słowem przez Virginię Woolf, sielankowe krajobrazy angielskiej wsi, groźne ulice wiktoriańskiego Londynu, słoneczne place Włoch… Ledwie 128 stron a mamy okazję zwiedzić z Flushem kawał świata i przeżyć co nieco przygód.  Serdecznie polecam!

      Ocena: 5/6

      „Bezduszna”, Gail Carriger

      Ot, przyjemne fantasy na wesoło. Niczym szczególnym mnie ta książka nie zachwyciła, ale też i nie zniechęciła. Ciekawa postać tytułowa – nieładna (według staro angielskich standardów) „stara panna” (28 lat – sci!) Alexia, która będąc dziedzicznie pozbawioną duszy jest tym samym najgroźniejszym przeciwnikiem istot nadprzyrodzonych – wilkołaków i wampirów zwłaszcza. A okazuje się, że w dawnym Londynie aż roiło się od tychże wzajemnie rywalizujących nacji. Nasza bohaterka nie zamierza bynajmniej ich zwalczać, wręcz przeciwnie, przyjaźni się z pewnym ekscentrycznym wampirem, a pełen temperamentu wilkołak porusza w jej duszy… yyy… to znaczy gdyby miała duszę… poruszałby w niej pewne struny… W każdym razie dużo się dzieje, gdy okazuje się, że szczególne „właściwości” Alexii bardzo przydałyby się radykalnej grupie chcącej wyeliminować „nieludzkich”. Oczyścić rasę. Ale pewnie już zdążyliście się zorientować, że panna Alexia to nie bezbronne dziewczę, o nie. Przede wszystkim ma bardzo groźną parasolkę…

      Ponieważ Alexia, tak jak i ja, ma słabość do dobrego jedzenia i jeszcze lepszej herbaty, nie mogłam jej nie polubić, nawet mimo jej swoistej arogancji wobec zasad, praw oraz ludzkich i nieludzkich elit. Bezczelna baba po prostu. Ale swojska ;)

      Ocena: 4/6

      „Coco”, Cristina Sanchez-Andrade

      Nie wiem co napisać o tej książce. Nie była zła, a jednak mi się nie podobała.  Główna bohaterka, Coco Chanel, której nikomu przedstawiać nie trzeba, tak dalece nie wzbudziła mojej sympatii, że rzutowało to na odbiór całej historii. Antypatyczna, egoistyczna, narcystyczna, snobistyczna – to tylko kilka z określeń, które przychodzą mi do głowy na określenie Coco, jaka stanęła przede mną za sprawą autorki. Och, któż nie zna chanelowskich strojów, słynnych perfum nr 5 czy charakterystycznego logo. Wszystko to wzbudzało we mnie większy podziw dopóki nie przeczytałam tej książki. Głupie to i dziecinne, wiem, ale co zrobić. Nie chciałabym się w żaden sposób identyfikować z osobą o takiej postawie życiowej. Ale, ale, co do samej książki. Tak jak mówiłam, ciężko mi ją obiektywnie ocenić, ale może to, że wzbudziła we mnie tak silne (chociaż negatywne) emocje względem bohaterki  świadczy na jej korzyść. Ale i tak nie jest to książka, którą bym polecała znajomym, chociaż w takich przypadkach najlepiej wyrobić sobie opinie samemu.

      Cena: 3/6

      „Czerwone gardło”, Jo Nesbo

      Od czasu do czasu lubię sobie przeczytać dobry kryminał i w takich momentach Jo Nesbo sprawdza się znakomicie. Cyniczny detektyw Harry Hole, wpisujący się niejako w archetyp policjanta ze skandynawskich kryminałów, był tym, który towarzyszył mi na gorących plażach Hiszpanii w te wakacje. Dziwne połączenie? Skądże znowu, sprawdziło się znakomicie. Książkę czyta się jednym tchem. Retrospekcje z czasów II wojny światowej dodają smaczku całej opowieści, burzliwa historia miłosna sprzed lat była czymś, czego nie spodziewałam się w książce tego autora (miła niespodzianka), brutalne zbrodnie zdające się być karą wymierzaną przez szaleńca budzą odrazę ale i coraz większą ciekawość… Karę za co i komu? I czemu po tylu latach? Może domyśliłam się prawdy odrobinę za szybko, chociaż pewności nie miałam niemal do samego końca, może w zakończeniu oczekiwałam więcej fajerwerków, ale i tak przy następnej wizycie w bibliotece znów będę przeglądać półkę z kryminałami w poszukiwaniu kolejnych książek…

      Ocena: 4.5/6

      „Świadectwo prawdy”, Jodi Picoult

      Chyba przejadła mi się Jodi Picoult i schemat powracający w każdej jej powieści. „Świadectwo prawdy” jest wprawdzie wciągającym czytadłem, ale jakby mniej wciągającym niż się spodziewałam. I nie wiem czy wynika to z gorszej formy autorki w tej akurat powieści, czy z mojego oczytania się już w jej wcześniejszych książkach. Tym razem historia toczy się w wiosce Amiszów, gdzie młoda dziewczyna, która zostaje oskarżona o zamordowanie swojego nowonarodzonego dziecka, wypiera się, że w ogóle jakieś dziecko rodziła, mimo niezaprzeczalnych faktów i opinii lekarzy. Jej obroną zajmuje się młoda pani adwokat, kuzynka oskarżonej, wplątana w całą sprawę przez przypadek i niezbyta pewna jaką linię obrony przyjąć. W dodatku na czas procesu zostaje zobligowana przez sąd do zamieszkania z Amiszami, co wiąże się z przyjęciem ich stylu życia. Jak na mój gust, zaadaptowanie się przychodzi jej zbyt łatwo, a cała historia generalnie przedstawiona jest w mało wiarygodny i niezbyt interesujący sposób. Otóż Panie i Panowie, nudziłam się czytając Jodi Picoult. Świat się kończy.

      Ocena: 3/6

      „A room swept white”, Sophie Hannah

      Za to zupełnie nie nudziłam się czytając jeden z ostatnich kryminałów brytyjskiej autorki. Jednakże ponieważ minęło już trochę czasu, a fabuła była tak zagmatwana i pełna przeróżnych zakrętów, to obawiam się, że nie czuję się na siłach by napisać jakieś zachęcające streszczenie. Temat jest jednak odrobinę podobny do książki Picoult. Mamy do czynienia z procesami mającymi na celu zrehabilitowanie kobiet oskarżonych o zabicie swoich dzieci, gdy tymczasem były one ofiarami tzw. „śmierci łóżeczkowej”. Ponieważ padł cień podejrzeń o nieuczciwość i stronniczość na panią doktor będącą świadkiem zeznającym na niekorzyść owych kobiet, otworzyła się droga do apelacji… I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie morderstwo jednej z uniewinnionych kobiet, jednej z bohaterek przygotowywanego reportażu… Czyżby ktoś sam postanowił wymierzyć karę według własnego systemu oceniania? I czy to oznacza, że pozostałe kobiety są w niebezpieczeństwie? A może sąd pomylił się nie za pierwszym, ale za drugim razem, a wypuszczane na wolność kobiety są bezdusznymi morderczyniami? Jednego możecie być pewni – w tej historii wszyscy kłamią i wszyscy mają coś do ukrycia.

      Ocena: 4.5/6

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 września 2011 14:07

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com