labirynt

Wpisy

  • wtorek, 27 października 2009
    • "Panowie z Pitchfork"

      I znów - to nie książka, która powala na kolana. Tak jak spragniona jestem ostatnio czegoś co wciągnie mnie i pochłonie bez reszty, tak nie mam widać szczęścia.

      Kamil Gruca stworzył opowiastkę rycerską dziejącą się w czasie wojny (jednej z...) pomiędzy Anglią i Francją, stworzył muszę przyznać dość udanie, aczkolwiek nie porywająco. Mamy oto barona z Pitchfork, Artura, jego wuja Ralfa i kuzyna Roberta. Mamy misję od króla, zdrajców i piękną pannę wyciągniętą z rzeki. Mamy dość naiwnie poprowadzony wątek miłosny, wielką bitwę i furtkę do następnej książki pozostawioną otwartą na oścież.

      Słowem - naprawdę nie jest źle, choć mogłoby być lepiej. Może jestem zbyt wybredna? Ostatecznie miło spędziłam czas poznając przygody, których figlarny los nie szczędził bohaterom, całość czytało się szybko i przyjemnie, a wymyślona historia była spójna i sprawnie poprowadzona. Podobały my się opisy walk - pojawiło się sporo fachowych zwrotów, ale nie na tyle by czytelnika-ignoranta zniechęcić, raczej w sam raz by oddać atmosferę średniowiecznych pojedynków i bitew.

      Tak jak napisałam wyżej, zakończenie książki sugeruje, że autor będzie chciał nam przedstawić dalsze losy rycerza Roberta i jego ukochanej, niestety tutaj ujawnia się minus historii - nie była ona napisana na tyle dobrze bym teraz czuła niecierpliwość i drżała z oczekiwania :) Uważam, że lepiej by było, gdyby opowieść skończyła się na tym tomie, aczkolwiek mogę się mylić - może następne części dopełnią całości i sprawią, że poczuję się bardziej związana z parą zakochanych i resztą towarzystwa.

      ocena: 4.5/6

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 października 2009 14:31
  • czwartek, 15 października 2009
    • "Inés, pani mej duszy"

      To moje kolejne spotkanie z Isabel Allende i na razie dam chyba sobie i jej odpocząć :) Nie to, że książka mi się nie podobała, po prostu zatęskniłam za inną estetyką, innymi emocjami, innym rodzajem dylematów.

      "Inés, pani mej duszy" to opowieść o Hiszpance, która wyrusza do Nowego Świata za mężem awanturnikiem  i nim jeszcze dopłynie do tych świeżo odkrytych brzegów, zostaje wdową. Jest to początek jej przygody w obcym, nieprzyjaznym kraju, w którym mężczyźni mają się za panów świata i to panów bardzo okrutnych. Jak to często bywa największe zbrodnie popełniane są w imię wiary i religii, dla ojczyzny i króla. Bo przecież nie ze zwykłej chciwości, prawda?

      Dzięki swej pracowitości i pomysłowości Inés doskonale sobie radzi w nowych warunkach, zakochuje się z wzajemnością w słynnym generale, Pedro Valdivii, i razem z nim wyrusza na podbój Chile. Podróż jest ekstremalnie trudna i pełna niebezpieczeństw, i byłaby taka nawet bez tych niedobrych Indian, którzy nie wiedzieć czemu nie chcą dać się podbić i zniewolić.

      Mamy więc historię autentycznej postaci, konkwistadorki Chile, kobiety dzielnej i zaradnej, pełnej pasji i namiętności. Opowieść snuje sama bohaterka, w postaci kroniki spisywanej dla ukochanej pasierbicy, córki ostatniej miłości w życiu Inés. Książka wywarła na mnie raczej pozytywne wrażenie, czytało się ją szybko, chociaż bez zbytniego zaangażowania. Nie wstrząsnęła mną, nie czułam się specjalnie związana z bohaterami, opisywane okrucieństwa stosowane przez obie z walczących stron nie poruszyły mojej wyobraźni. Ot, poprawnie napisana lektura, nienajgorszy wybór na jesienne wieczory.

      Postanowiłam, że od tej książki, wzorem wielu innych blogerów i blogerek, będę umieszczała moją końcową ocenę w postaci cyferki :) To dla tych, którym albo nie chce się czytać całej recenzji, albo czytają, ale i tak nie potrafią nic wywnioskować z mojego bełkotu :)

      ocena: 4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 października 2009 12:30
  • piątek, 09 października 2009
    • "Odette i inne historie miłosne"

      Książkę tę przeczytałam już jakiś czas temu, zanim jeszcze powstał ten blog, a od paru dni korci mnie, żeby napisać o niej kilka słów.

      Gdy w moje ręce trafiła opowiastka "Oskar i Pani Róża" Erica-Emmanuela Schmitta byłam zachwycona. Kolejne tytuły nie zaciekawiły mnie na tyle by po nie sięgnąć, aż wreszcie pojawiła się "Odette...". Kupiłam, przeczytałam w jedno popołudnie i... pożałowałam wydanych pieniędzy.

      Nie podobało mi się. Być może to dlatego, że jak wspomniałam w poprzedniej notce nie przepadam za opowiadaniami. Ciągle próbuję i prawie zawsze jeszcze bardziej się zrażam.

      Schmitt przedstawia nam osiem opowiadań o miłości, które z założenia mają być wzruszające, poruszające i zapadające w pamięć. Dla mnie były raczej banalne, nie wzruszyły mnie, choć - wierzcie mi na słowo - wzruszam się łatwo, przewidywalne. Dające się przeczytać bez męczenia się nad książką, ale niewiele poza tym. Po tym autorze spodziewałam się więcej finezji, ale zamiast wymyślnego dania dostałam schabowe z ziemniakami. Gdy czytałam "Bosą księżniczkę" czułam nawet coś na kształt zażenowania w imieniu autora, tak bardzo kiczowata i pełna taniego sentymentalizmu wydała mi się ta historia.

      Jedyne opowiadanie z tego zbioru, które czytałam z rzeczywistym zaciekawieniem to "Najpiękniejsza książka świata". Tytułowa książka powstawała spisywana przez więźniarki kobiecego łagru na Sybirze, przemyconym ołówkiem, na bibułkach od papierosów. Była listem nieszczęsnych kobiet do ich córek. Długo nie mogły się zdecydować co zawrzeć w takim liście - aż wreszcie napisały najpiękniejszą książkę świata. Co było tam spisane? Po odpowiedź odsyłam do książki Schmitta, być może do kogoś innego przemówi ona bardziej niż do mnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Odette i inne historie miłosne"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 09 października 2009 22:27
  • piątek, 02 października 2009
    • "Ewa Luna" i "Opowieści Ewy Luny"

      Jednym z moich hobby jest chodzenie do empiku :) Nie robię tego za często, ot raz na tydzień, dwa tygodnie... Chodzę wtedy między półkami, marząc o wygranej w totka i szukając ciekawych okładek. Tak, mam bzika na punkcie ładnych okładek, które pozwalają wyłowić książkę z tłumów na półkach i zaciekawią na tyle, że zerknę na notkę od wydawcy. Czasem fotografuję owe okładki "ku pamięci", a potem szukam informacji na temat danego tytułu czy autora. I tak poznałam się z Isabel Allende. Ku mojemy zdziwieniu okazało się, że miejscowa biblioteka raczy rzadko spotykaną obfitością utworów tej pisarki, na pierwszy ogień wybrałam więc szeroko polecaną na blogach "Ewę Lunę".

      I nie zawiodłam się! Powieść czyta się lekko, szybko, na zasadzie "jeszcze tylko kawałek, jedna strona, do końca rozdziału..." Bardzo przyjemna lektura przedstawiająca losy współczesniej dziewczynki, której poczęcie wiąże się z pewnymi smutnymi wydarzeniami. Oprócz samej Luny poznajemy całą galerię różnobarwnych postaci: krwiożerczych polityków, miłe i niemiłe staruszki, charyzmatycznego transwestytę i wielu, wielu innych. Wszystko kręci się oczywiście wokół wartości jaką jest miłość, jak łatwo ją stracić, przegapić, pomylić z czymś innym. Życie Ewy to pasmo splatających się ze sobą przygód, a ja dałam się wciągnąć w ten warkocz zdarzeń - i celowo piszę warkocz, a nie wir, gdyż historia jest snuta spokojnym tempem baśni. Ważnym elementem są opowieści głównej bohaterki, które snuła od najmłodszych lat i które posiadały moc zauraczania słuchających ich ludzi. Słowa mają tutaj ogromną moc i duże znaczenie, przyjemny przekaz dla każdego bibliofila ;)

      Po "Ewie Lunie" wydane zostały "Opowieści Ewy Luny", których przeczytania nie mogłam sobie odmówić znając już powieść. Miłe, aczkolwiek niekonieczne uzupełnienie. Może dlatego, że ja generalnie nie przepadam za formą literacką jaką jest opowiadanie - nie zdążę się w pełni zanurzyć w kreślonym przez autora świecie, a już przygoda się kończy. Całość jest jednak spójna, z radością przywitałam znanych mi już bohaterów i  z zaskoczeniem odkryłam kolejne intrygujące postaci. W "Opowieściach..." jest jeszcze więcej niż w "Ewie Lunie" dyskretnej erotyki, ciepłej zmysłowości i bezpruderyjnego podejścia do życia, co przyprawiło mnie o delikatne rumieńce na policzkach i wniosek, że strasznie staroświecka jestem :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 02 października 2009 14:14

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com