labirynt

Wpisy

  • czwartek, 15 października 2009
    • "Inés, pani mej duszy"

      To moje kolejne spotkanie z Isabel Allende i na razie dam chyba sobie i jej odpocząć :) Nie to, że książka mi się nie podobała, po prostu zatęskniłam za inną estetyką, innymi emocjami, innym rodzajem dylematów.

      "Inés, pani mej duszy" to opowieść o Hiszpance, która wyrusza do Nowego Świata za mężem awanturnikiem  i nim jeszcze dopłynie do tych świeżo odkrytych brzegów, zostaje wdową. Jest to początek jej przygody w obcym, nieprzyjaznym kraju, w którym mężczyźni mają się za panów świata i to panów bardzo okrutnych. Jak to często bywa największe zbrodnie popełniane są w imię wiary i religii, dla ojczyzny i króla. Bo przecież nie ze zwykłej chciwości, prawda?

      Dzięki swej pracowitości i pomysłowości Inés doskonale sobie radzi w nowych warunkach, zakochuje się z wzajemnością w słynnym generale, Pedro Valdivii, i razem z nim wyrusza na podbój Chile. Podróż jest ekstremalnie trudna i pełna niebezpieczeństw, i byłaby taka nawet bez tych niedobrych Indian, którzy nie wiedzieć czemu nie chcą dać się podbić i zniewolić.

      Mamy więc historię autentycznej postaci, konkwistadorki Chile, kobiety dzielnej i zaradnej, pełnej pasji i namiętności. Opowieść snuje sama bohaterka, w postaci kroniki spisywanej dla ukochanej pasierbicy, córki ostatniej miłości w życiu Inés. Książka wywarła na mnie raczej pozytywne wrażenie, czytało się ją szybko, chociaż bez zbytniego zaangażowania. Nie wstrząsnęła mną, nie czułam się specjalnie związana z bohaterami, opisywane okrucieństwa stosowane przez obie z walczących stron nie poruszyły mojej wyobraźni. Ot, poprawnie napisana lektura, nienajgorszy wybór na jesienne wieczory.

      Postanowiłam, że od tej książki, wzorem wielu innych blogerów i blogerek, będę umieszczała moją końcową ocenę w postaci cyferki :) To dla tych, którym albo nie chce się czytać całej recenzji, albo czytają, ale i tak nie potrafią nic wywnioskować z mojego bełkotu :)

      ocena: 4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 października 2009 12:30
  • piątek, 09 października 2009
    • "Odette i inne historie miłosne"

      Książkę tę przeczytałam już jakiś czas temu, zanim jeszcze powstał ten blog, a od paru dni korci mnie, żeby napisać o niej kilka słów.

      Gdy w moje ręce trafiła opowiastka "Oskar i Pani Róża" Erica-Emmanuela Schmitta byłam zachwycona. Kolejne tytuły nie zaciekawiły mnie na tyle by po nie sięgnąć, aż wreszcie pojawiła się "Odette...". Kupiłam, przeczytałam w jedno popołudnie i... pożałowałam wydanych pieniędzy.

      Nie podobało mi się. Być może to dlatego, że jak wspomniałam w poprzedniej notce nie przepadam za opowiadaniami. Ciągle próbuję i prawie zawsze jeszcze bardziej się zrażam.

      Schmitt przedstawia nam osiem opowiadań o miłości, które z założenia mają być wzruszające, poruszające i zapadające w pamięć. Dla mnie były raczej banalne, nie wzruszyły mnie, choć - wierzcie mi na słowo - wzruszam się łatwo, przewidywalne. Dające się przeczytać bez męczenia się nad książką, ale niewiele poza tym. Po tym autorze spodziewałam się więcej finezji, ale zamiast wymyślnego dania dostałam schabowe z ziemniakami. Gdy czytałam "Bosą księżniczkę" czułam nawet coś na kształt zażenowania w imieniu autora, tak bardzo kiczowata i pełna taniego sentymentalizmu wydała mi się ta historia.

      Jedyne opowiadanie z tego zbioru, które czytałam z rzeczywistym zaciekawieniem to "Najpiękniejsza książka świata". Tytułowa książka powstawała spisywana przez więźniarki kobiecego łagru na Sybirze, przemyconym ołówkiem, na bibułkach od papierosów. Była listem nieszczęsnych kobiet do ich córek. Długo nie mogły się zdecydować co zawrzeć w takim liście - aż wreszcie napisały najpiękniejszą książkę świata. Co było tam spisane? Po odpowiedź odsyłam do książki Schmitta, być może do kogoś innego przemówi ona bardziej niż do mnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Odette i inne historie miłosne"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 09 października 2009 22:27
  • piątek, 02 października 2009
    • "Ewa Luna" i "Opowieści Ewy Luny"

      Jednym z moich hobby jest chodzenie do empiku :) Nie robię tego za często, ot raz na tydzień, dwa tygodnie... Chodzę wtedy między półkami, marząc o wygranej w totka i szukając ciekawych okładek. Tak, mam bzika na punkcie ładnych okładek, które pozwalają wyłowić książkę z tłumów na półkach i zaciekawią na tyle, że zerknę na notkę od wydawcy. Czasem fotografuję owe okładki "ku pamięci", a potem szukam informacji na temat danego tytułu czy autora. I tak poznałam się z Isabel Allende. Ku mojemy zdziwieniu okazało się, że miejscowa biblioteka raczy rzadko spotykaną obfitością utworów tej pisarki, na pierwszy ogień wybrałam więc szeroko polecaną na blogach "Ewę Lunę".

      I nie zawiodłam się! Powieść czyta się lekko, szybko, na zasadzie "jeszcze tylko kawałek, jedna strona, do końca rozdziału..." Bardzo przyjemna lektura przedstawiająca losy współczesniej dziewczynki, której poczęcie wiąże się z pewnymi smutnymi wydarzeniami. Oprócz samej Luny poznajemy całą galerię różnobarwnych postaci: krwiożerczych polityków, miłe i niemiłe staruszki, charyzmatycznego transwestytę i wielu, wielu innych. Wszystko kręci się oczywiście wokół wartości jaką jest miłość, jak łatwo ją stracić, przegapić, pomylić z czymś innym. Życie Ewy to pasmo splatających się ze sobą przygód, a ja dałam się wciągnąć w ten warkocz zdarzeń - i celowo piszę warkocz, a nie wir, gdyż historia jest snuta spokojnym tempem baśni. Ważnym elementem są opowieści głównej bohaterki, które snuła od najmłodszych lat i które posiadały moc zauraczania słuchających ich ludzi. Słowa mają tutaj ogromną moc i duże znaczenie, przyjemny przekaz dla każdego bibliofila ;)

      Po "Ewie Lunie" wydane zostały "Opowieści Ewy Luny", których przeczytania nie mogłam sobie odmówić znając już powieść. Miłe, aczkolwiek niekonieczne uzupełnienie. Może dlatego, że ja generalnie nie przepadam za formą literacką jaką jest opowiadanie - nie zdążę się w pełni zanurzyć w kreślonym przez autora świecie, a już przygoda się kończy. Całość jest jednak spójna, z radością przywitałam znanych mi już bohaterów i  z zaskoczeniem odkryłam kolejne intrygujące postaci. W "Opowieściach..." jest jeszcze więcej niż w "Ewie Lunie" dyskretnej erotyki, ciepłej zmysłowości i bezpruderyjnego podejścia do życia, co przyprawiło mnie o delikatne rumieńce na policzkach i wniosek, że strasznie staroświecka jestem :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 02 października 2009 14:14
  • poniedziałek, 21 września 2009
    • "Dom Augusty"

      Podczas jednej z wypraw do biblioteki natknęłam się na „Dom Augusty” Majgull Axelsson, książkę z często pojawiającej się na blogach „serii z miotłą”.

      Nie jest to optymistyczna historia, właściwie mamy tu do czynienia z paroma pesymistycznymi historiami wzajemnie się przenikającymi, choć tak naprawdę nie dzieją się one nawet w tym samym czasie. Łącznikiem pomiędzy nimi jest tytułowy dom Augusty, surowej założycielki rodu. To jej opowieściami nasiąknięte są ściany domu, budynku służącego za kryjówkę kobietom z kolejnych pokoleń. Najpierw samej Auguście, następnie Alicji, która przybywa do swojej babki, by pod pozorem gruźlicy ukryć ciążę przed szkolnymi kolegami i prestiżowymi znajomymi rodziców, wreszcie Andżeliki – praprawnuczki Augusty, dziewczyny odrzucanej przez wszystkich, bez realnych perspektyw na przyszłość. Książka opowiada o ich losach, mieszając fakty z fantazjami, brutalny realizm z okrutną baśnią. Toksyczne relacje międzyludzkie, brak wyrozumiałości jednych bohaterów dla drugich, stworzyły podwaliny dla tych historii, smutnych historii bez happy endów. Po skończeniu książki pozostał we mnie smutek, mający swoje źródło nie tyle w przedstawionych wydarzeniach, co w przekonaniu, że łatwo można było uniknąć przygnębiających, często tragicznych konsekwencji. Trochę więcej dobrej woli, wyjścia poza egoizm, nie uciekanie się do płytkich wymówek i usprawiedliwień. Szczęście tych kobiet można było uratować…

      Podobał mi się język powieści, pełna dyskretnego mistycyzmu proza. Wolę jednak nie dorzucać do często trudnej codzienności kolejnych szarych kamyków, gdy czytam – szukam innego świata, bo brutalność tego znam już wystarczająco dobrze. W książce Axelsson dzieje się historia tragiczna, niemniej mogłaby się ona wydarzyć w domu obok. Nie lubię tej świadomości i nie przepadam za książkami, które mi o niej przypominają. Nawet dobrze napisanymi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Dom Augusty"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 września 2009 10:51
  • niedziela, 20 września 2009
    • Mój pierwszy stosik :)

      Moje czytelnicze wakacje dostarczają mi teraz tematów na recenzje, nie mogłam się jednak oprzeć pokusie by nie ustawić dziś do zdjęcia mojego pierwszego, własnego stosiku :) Wyszła bardziej wieża niż stosik ale nie dałam rady się powstrzymać.

      Książki owe są w przytłaczającej większości efektem polowania na allegro i ebay'u oraz grzebania po charity shopach przy okazji wizyty w Londynie. Satysfakcja o wiele większa niż po prostu spacer do empiku, a i korzyść dla kieszeni. Starałam się wybrać pozycje według mnie najciekawsze z mojej skrzyni skarbów, ale i tak fantazja mnie poniosła. Prezentuję więc:

      Od góry:

      1. Maureen Lee "The september girls" - urodzinowa słabość do września dała o sobie znać ;)

      2. Audrey Niffenegger "Żona podróżnika w czasie" - bliskie wejście do kin adaptacji książki i dawno nie wznawiane wydanie spowodowało niebotyczny wzrost jej cen na allegro, ja za parę złotych nabyłam ją w hurtowni skupującej końcówki serii

      3. Kamil Gruca "Panowie z Pitchfork" - ładnie i obiecująco wydana

      4. Sarah Waters "Niebanalna więź" - dopiero teraz widzę, że położyłam ją do góry nogami :)

      5. Ian C. Esslemont "Powrót karmazynowej gwardii, tom 1" - niektórzy już znają moją słabość do opowieści z Malazu...

      6. Milena Wójtowicz "Wrota 2" - nieodmiennie wybaczam Fabryce Słów i jej autorom niezbyt wysokie loty

      7. Isabel Allende"Portrait in Sepia" - must have po przeczytaniu "Ewy Luny"

      8. Belinda Alexandra "Dzika lawenda" - niesamowita okazja z allegro

      9. Sophie Hannah "The point of rescue" - zachwalana na paru blogach, liczę na dobry kryminał!

      10. Philippa Gregory "The other queen" - no lubię jej książki, przyznaję się... Dobre do poćwiczenia angielskiego :)

       

      Na szczycie stosu powinien się obecnie znaleźć Martin i jego "Gra o tron". Niestety, ebooki są mało fotogeniczne a tylko do takiej wersji mam dostęp. Musi wystarczyć :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Mój pierwszy stosik :)”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 września 2009 22:46
  • sobota, 19 września 2009
    • "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych"

      Do napisania tej recenzji zainspirowała mnie notka na blogu germini i komentarze pod nią, zwłaszcza komentarz padmy potraktowałam jak wyzwanie. Czuję się wręcz w obowiązku upublicznić moje uwielbienie dla dzieła Eriksona ;)

      „Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych” to historia, która pochłonęła mnie bez reszty. Nie jest to typowa opowieść fantasy, na próżno szukać tu elfów, trolli czy goblinów. Ale powietrze aż skrzy się od magii, a rozmach nakreślonego świata zwala z nóg. Wielowątkowość książki powoduje początkowo zawrót głowy, ale gdy już złapie się rytm powieści, zatraca się w nim całkowicie. Spiski, zdrady, skrytobójstwo i wojna, wieczna wojna przeciwko coraz to nowym wrogom – i nigdy nie jest nudno, nigdy nie jest tak samo, a zawsze, ale to zawsze możemy liczyć na zaskoczenie. Bohaterowie nie są mili – o nie, można się do nich przywiązać, można wybaczać im winy i błędy, ale nie można malować ich na czarno lub biało, bo jak powiedział sam autor: „Opowieści..” to mieszanka, gdzie „dobrzy faceci robią złe rzeczy, źli faceci robią dobre rzeczy, a czasami dobre rzeczy są złe”.

      Niejednokrotnie próbowałam – dla samej siebie – napisać streszczenie kolejnych książek z cyklu. Nigdy mi się nie udało. Może dlatego, że seria przewidziana jest na dziesięć części plus dodatki. Dodatkami tymi są zarówno krótkie opowiadania pisane przez Eriksona, jak i poważniejsze już „suplementy” tworzone przez jego przyjaciela Esslemonta. W tej chwili w Polsce można nabyć osiem części głównej sagi (od trzeciej wszystkie dwutomowe), trzy opowiadania, i dwa suplementy Esslemonta (z czego druga część drugiego jest przygotowywana przez wydawnictwo MAG na listopad ;)). Jak widać jest to dzieło potężne, ale i uzależniające. Czytając przygody kompanii Podpalaczy Mostów śmiałam się w głos i płakałam rzewnymi łzami, zupełnie nie zważając na to, czy jestem we własnym łóżku czy zatłoczonej kolejce.

      Zdarzała mi się wściekłość na autora. Nie tylko za bezpardonowe uśmiercanie ulubionych bohaterów, ale i za nagłe zmiany wątków. Gdy ze łzami w oczach i wypiekami na twarzy kończyłam drugi tom cyklu, prawie biegłam po następny. Aż dziw, że od niecierpliwości moich palców nie zaiskrzyły kartki. A tu szok – jak gdyby nigdy nic Erikson powraca do innego motywu z części pierwszej. Jak pisałam – wściekłość i rozczarowanie. Ale czytam, by już za chwilę na nowo zatracić się w opowieści. Gdy docieram do ostatnich słów, znów przeszyta bólem serca i ciekawa co dalej – w części czwartej powracam do końca drugiej. Stan przedzawałowy murowany ;)

      No dobrze. Ale o czym to wszystko jest? Próby nakreślenia fabuły mijają się z celem, chyba, że zapisałabym kilkadziesiąt stron. A nie o to przecież chodzi. Piszę tę recenzję by podzielić się swoim zachwytem nad wielowątkowością powieści, nad światem tak rozległym, że można po nim wędrować miesiącami mając za towarzyszy bohaterów tak wyraziście nakreślonych, że łatwo wyobrazić sobie rozmowę z nimi. Wielu z przyjaciół trzeba pożegnać po drodze, wielu zniknie nam z oczu w pyle bitew opisanych z iście tolkienowskim rozmachem, ale wielu także będzie do nas potem szeptać w cichą noc, wspomnienie o nich powróci z piaskiem przywianym z pustyni. Te książki warte są chociażby chwili zastanowienia czy na pewno nie chcemy po nie sięgnąć i mam nadzieję, że dzięki moim słowom poświęcicie im tą chwilę.

      Na koniec trochę mniej pochlebnie. Uważam, że wydawnictwo MAG zrobiło tej powieści dużą, niezasłużoną krzywdę. Gdyby nie kolega, któremu ufam całkowicie jeśli chodzi o polecane przez niego książki fantasy, sama nigdy nie sięgnęłabym po to dzieło. Nawet w bibliotece, tym bardziej w księgarni. Okładki bowiem sugerują niestety marne dziełko, fantasy klasy B lub może nawet C. Wiem, nie ocenia się książki po okładce, ale ja jednak czasem tak robię i tak zrobiłabym w tym przypadku. Kontrastu w jakim stoją owe okładki do treści nie potrafię wyrazić słowami. Zgroza! Dlaczego książki Fabryki Słów mimo, że najczęściej jednowymiarowe, przewidywalne, stojące na niskim poziomie czytadła nieodmiennie powodują zawiśnięcie mojej ręki nad nimi w empiku, chociaż wiem, że nie mogę się po nich spodziewać niczego lepszego niż przeciętność - a to wspaniałe dzieło, ten literacki kąsek, został ubrany w estetykę Conana Barbarzyńcy? Nie potrafię zrozumieć. Jednakże w proteście zdjęcie, które zamieszczam, przedstawia zachodnią okładkę tomu, którego wydania w Polsce można się spodziewać dopiero w lutym 2010 r.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „"Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 19 września 2009 18:45
  • piątek, 18 września 2009
    • I po wakacjach

      Tak się nastawiałam na dzielenie się z Ogółem swoimi czytelniczymi odkryciam, a kiedy przyszło co do czego, całe wakacje zaczytałam się tak bardzo, że nie starczyło ani czasu, ani weny na blogowanie. Nagromadziłam za to pokaźną kolekcję książek, które powinny wystarczyć mi do grudnia. Powinny - bo oczywiście nie wystarczą - kolejne recenzje pojawiające się na książkowych blogach powodują wydłużenie mojej wish listy do niebotycznych rozmiarów ;)

      Książka, o której chciałabym napisać dziś słów parę to "The Boleyn inheritance" Philippy Gregory. Każda kobieta potrzebuje od czasu do czasu przeczytać dobry romans. I to jest dobry romans. A ja uwielbiam te dobre romanse, w których pobrzmiewa echo dawnych dni. Wielu zarzuca pisarce rozmijanie się z prawdą historyczną. Czytając takie opinie łapię się za głowę - bo kto uczy się historii z takich książek??!! Można jedynie się zainteresować daną epoką, postaciami, realiami tamtych czasów...

      Wracając do samej powieści i historii w niej zawartej - poznajemy czasy Henryka VIII, gdy nie jest on już najprzystojniejszym księciem w chrześcijańskiej Europie, ale starym, schorowanym i otyłym mężczyzną. Królem, który w oczach swych poddanych nadal chce pozostawać młodym i czarującym władcą. Tyranem, który każde swe działanie usprawiedliwia wolą Boga. Mordercą, na którego nie ma sądu. Mężem, którego trzy kolejne żony nie żyją, a on bierze sobie właśnie czwartą. A krótko po niej piątą. I żadna z nich nie może czuć się bezpiecznie.

      W "The Boleyn inheritance" swoją opowieść snują trzy kobiety. Pierwszą z nich jest Jane Rochford, dama dworu wszystkich poprzednich żon Henryka, bratowa ściętej Anny Boleyn, świadek oskarżenia na jej procesie... Kobieta żyjąca na pograniczu szaleństwa, pełna ambicji, naznaczona piętnem tej, której słowa doprowadziły do śmierci drugiej królowej i jej brata, czyli męża rozżalonej, zazdrosnej o Annę Jane. Oto powraca na dwór, by znów służyć królowej, znów Annie, skromnej i nie znającej angielskiego Annie z Cleves. A przede wszystkim by być oczami i uszami swojego patrona księcia Norfolk - Thomasa Howarda.

      Drugą opowiadającą jest sama Anna z Cleves, cudzoziemka, która przybywa do Anglii by zostać królową, pełna dobrych chęci i bardzo ostrożna w swoim postępowaniu wobec króla. Szybko obdarza miłością nowy kraj i ludzi, którymi ma rządzić, snuje liczne plany na przyszłość i marzy o kojącym wpływie jaki mogłaby mieć na łatwo wpadającego w furię króla. Ale Henryk nie jest nią zainteresowany. Pozornie wychwalający skromne zachowanie nie znajduje upodobania w zachowawczej królowej. O wiele bardziej odpowiada mu towarzystwo młodziutkiej Kitty Howard, siostrzenicy Anny Boleyn, kolejnej protegowanej Thomasa Howarda, dwórki Anny z Cleves... I nie, nie wystarcza mu ona jako kochanka, król zapragnął nowej żony... Co zrobi z Anną? Możliwości jest wiele, żadna jednak nie napawa optymizmem. Oskarżenie o czary? O niemoralność? O spisek przeciw królowi i zdradę? O tę ostatnią nietrudno,  gdy za zdradę uznaje się nawet myśl o tym, że król może być śmiertelny... A może Henryk ma jeszcze coś w zanadrzu?

      Kitty to kolejna postać, której losy poznajemy z kart książki. Jest dziecinna, rozkapryszona, źle wychowana, brak jej wykształcenia i zasad moralnych. To naiwny dzieciak, który chce się bawić z kotkami i... chłopcami. Jedyne o czym marzy to nowe suknie i klejnoty. Dla króla jednak staje się "różą bez kolców", i w ten sposób głupiutka dziewczyna, bezmyślna kokietka, zaczyna grać w śmiertelnie niebezpieczną grę. Jak bardzo niebezpieczną niech świadczy fakt, że w dniu jej wesela głowy pozbawiony zostaje najlepszy - dotąd - powiernik i doradca króla, Thomas Cromwell.Gdy na jaw wychodzi więc, że Kitty ma więcej wspólnego z pospolitą stokrotką niż różą, raczej wątpliwe, iż w królewskim sercu znajdzie się miejsce na wyrozumiałość...

      Od książki naprawdę ciężko jest się oderwać. Chociaż koniec nie jest żadnym zaskoczeniem dla znających historię Anglii z czasów Tudorów, opowieść snuta jest w na tyle ciekawy sposób, że nie jest to minusem. Sposób myślenia trzech bohaterek, postrzeganie wydarzeń rozgrywających się na ich oczach, motywy postępowania i strach, nieodłączny towarzysz dworzan Henryka VIII, przenoszą nas na angielski dwór, gdzie rozgrywa się śmiertelna partia szachów, i każdy, naprawdę każdy, ma powody by się bać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „I po wakacjach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 18 września 2009 11:03
  • poniedziałek, 06 lipca 2009
    • Nibylandia i słowo wstępu

      Książki to moja miłość od najwcześniejszych lat dziecięcych. Niestety afekt ten nie znajdywał z reguły zrozumienia u moich bliskich czy znajomych ;) Aż tu odkryłam w blogosferze niszę moli książkowych takich jak ja, zaczęłam zaczytywać się w recenzjach i opiniach dotyczących książek, odkryłam parę tytułów, które znalazły się na szczycie mojej listy pragnień... W końcu nadszedł następny etap i już nie mogłam się powstrzymać przed dorzuceniem swoich trzech groszy.

      Na swój debiut w kategorii blogów książkowych wybrałam angielskojęzyczną książkę, którą trkatuję jak skarb. Wszystko za sprawą bliskiej memu sercu tematyki i przepięknych ilustracji. Za każdym razem gdy biorę w ręce to małe dzieło sztuki nie mogę się nacieszyć, że jest moje, oglądam parę obrazków a moje wewnętrzne dziecko aż piszczy z radości. Panie i panowie - "The Fairy Bible" autorstwa Teresy Moorey to małe arcydzieło. Myli się jednak ten, kto uważa, że jedynym atutem tej książki są ilustracje. Mimo, że mówimy tutaj o fantastycznym świecie wróżek, temat został potraktowany poważnie i wyczerpująco. Znajdziemy opisy istot należących do różnych aspektów natury oraz porady jak przyciągnąć dobre duszki do domu. Dla miłośników fantasy to prawdziwa gratka! I przecież nie od dziś wiadomo, że gdy ktoś mówi, że nie wierzy we wróżki uśmierca jedną z nich. Ja krzyczę więc: I do believes in fairies, I do, I do, I do!!!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 06 lipca 2009 19:04

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com