labirynt

Wpisy

  • sobota, 12 stycznia 2013
    • "Dziedzictwo" Katherine Webb

      Na święta koleżanka pożyczyła mi „Dziedzictwo” – książkę doskonale wpisującą się w nurt powieści o starych domach i rodzinnych tajemnicach, o zagubionych kobietach, które dzielą pokolenia a łączą więzy krwi. Bardzo dobry typ książki na wiele okazji, tyle, że jednym autorom (a najczęściej autorkom) wychodzi on lepiej, a innym gorzej. „Dziedzictwo” na szczęście zalicza się do tej pierwszej kategorii.

      Mamy zatem starą posiadłość angielską – dom, który współczesne bohaterki tej książki (dwie siostry) mają odziedziczyć w spadku po swojej niesympatycznej babce, o ile zgodzą się w nim zamieszkać. Nie dom jest tu jednak najważniejszy, po prawdzie został potraktowany dość po macoszemu, jego opis nie wlał do mojej głowy przekonującej wizji. Najważniejsze wydarzenia dzieją się bowiem poza nim, przy okolicznym stawie, na niedalekich łąkach gdzie obozują Cyganie. A także w przeszłości, w dalekiej Ameryce, wiele kilometrów czasoprzestrzeni od niego, od miejsca gdzie stoi sobie z lekka zaniedbany, symbolizując nieszczęście i samotność, jakiego doświadczają w nim kolejne zamieszkujące go kobiety.

      Siostry również nie garną się do odebrania spadku, zwłaszcza starsza, pogrążona w depresji Beth, która lepiej od młodszej Eriki pamięta wydarzenia ostatniego lata, które spędziły z babką. Tragicznego lata, kiedy to bez wieści przepadł ich kuzyn, Henry, kilkuletni chłopiec o jasnych włosach. Do dziś nie wyjaśniono co się z nim stało, jednak zachowanie dziewczynek sugerowało, że wiedziały więcej, niż chciały powiedzieć. Z czasem jednak pamięć Eriki się zatarła, za to Beth zamknęła się szczelnie w pancerzu milczenia i choroby, nie dopuszczając do siebie nikogo na tyle blisko, by poznał jej sekret. Teraz jednak obie, postawione przed koniecznością uporządkowania rzeczy babki, znajdą się w Starton Manor, i będą musiały stawić czoła wspomnieniom, rodzinnym tajemnicom i dawnym znajomym.

      Najciekawszą częścią książki są jednak dla mnie rozdziały poświęcone historii ich prababki – Caroline, która mieszkając wcześniej w Nowym Jorku, udała się na Dziki Zachód, kierowana miłością do ledwie co poznanego męża. Historia dobrej i wrażliwej dziewczyny przemieniającej się powoli w zgorzkniałą i znerwicowaną kobietę była bardzo poruszająca. I nie mąż tutaj zawinił, czuły i kochający, ale dzika natura, rozległa preria, ciężkie warunki do jakich Caroline, dziewczyna z miasta otoczona przez służbę, nie była nawykła. Mimo dobrej woli, mimo starań, mimo wzajemnej miłości, Caroline stacza się coraz bardziej ku samodestrukcji, by nagle znaleźć się, zupełnie odmieniona, w Anglii, jako mężatka podstarzałego hrabiego. W jej papierach nie ma ani słowa o amerykańskim mężu, ani o dziecku, które trzyma na kolanach na pewnej bardzo, bardzo starej fotografii…

      I chociaż cała powieść była interesująca i wciągająca, to jednak właśnie dla kolei losu Caroline warto ją przeczytać. Autorka nakreśliła niesamowitą historię, nieprawdopodobną, a jednak wydającą się być możliwą. Współczesne losy sióstr, prawnuczek Caroline, przekonały mnie zdecydowanie mniej i zdecydowanie mniej urzekły. Tajemnica sprzed lat bije na głowę tajemnicę dzisiejszą, dramaturgia wydarzeń wcześniejszych niemal nie pozwala przejąć się obecnymi. Ale co zrobić. Takie mamy czasy, że sekrety i stare domy trudniej jest utrzymać.

      Ocena: 4.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Dziedzictwo" Katherine Webb”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 12 stycznia 2013 18:27
  • środa, 02 stycznia 2013
    • Treecards, treelosophy i rozwiązane problemy :)

      Czy też macie tak, że krótko po świętach jest w Waszym otoczeniu kolejna „prezentowa” okazja? Moja siostra ma dzisiaj urodziny (wszystkiego najlepszego Sis!) i zawsze jeszcze przed Gwiazdką szukam dla niej również urodzinowego prezentu. Jest to dość kłopotliwe, ponieważ  okazuje się wtedy, że moja kreatywność nie jest aż tak rozbudzona jak lubię o niej myśleć. Jeśli macie podobne dylematy  - mam dla Was pewien pomysł.

      Otóż kilka tygodni temu dostałam do recenzji fiszki obrazkowe treecards – nową propozycję od wydawnictwa Cztery Głowy. Fiszki niosą za sobą całą treelosophy – musimy zadbać o ziemię naszego językowego drzewa (motywację), samo drzewo – korzenie (metodę nauki), mocny pień (gramatykę) oraz tysiące liści (słownictwo), oraz o podlewanie drzewa czyli używanie języka. Niesamowicie plastyczne wyobrażenie, prawda?

      I takie też są same fiszki – pełne zabawnych rysunków mających pomóc nam w zapamiętaniu słów i zwrotów. Mój angielski jest całkiem niezły, ale nie przeszkadzało mi to w świetnej zabawie podczas oglądania fiszek. Postanowiłam też rzeczywiście je wypróbować i przeprowadzić test czy działają. Postępowałam zgodnie z załączoną instrukcją i korzystałam ze zmyślnego pudełka z przegródkami, pomiędzy którymi przekładałam karty z zapamiętanymi już słówkami. Samo pudełko nie jest niczym nowym, ale wszystko jest tak ładnie wykonane, że po prostu nie mogłam się oprzeć przed ciągłym oglądaniem go z każdej strony. I wiecie co? To działa! Rysunki niesamowicie zapadają w pamięć, a im bardziej śmieszny, absurdalny wręcz obrazek i dodane do niego zdanie, tym łatwiej przychodzi zapamiętanie nowych rzeczy. Graficzna forma ma jeszcze jeden plus poza cieszeniem oka i ułatwianiem zapamiętywania, sprawia, że nauka naprawdę staje się przyjemnością i ja – ze swoją marną silną wolą i słomianym zapałem – czekałam z niecierpliwością na kolejne dni, żeby zapoznać się z pomysłowością twórców fiszek.

      Nie samą zabawą jednak człowiek żyje i korzystając z treecards trzeba też od czasu do czasu (mniej więcej co pięć słówek) wykonać ćwiczenie z przerabianego materiału. I bardzo dobrze! Widać, że cała treelosophy została dokładnie przemyślana zanim zaproponowaną ją odbiorcom. Świadczy o tym także fakt, że do fiszek dołączony jest kod umożliwiający ściągnięcie słówek w wersji mp 3 i sprawdzenia wymowy.

      Moje fiszki dotyczyły tematu „World and travel” – bardzo szeroko pojęta tematyka podróżnicza i geograficzna. Były tutaj oczywiście i słówka dotyczące przemieszczania się, i krajów, ale także np. zoologii czy pogody. Słówka z poszczególnych działów otrzymały następujące po sobie numery i jesteśmy informowani kiedy kończymy dany temat, powinniśmy wykonać ćwiczenie i zaczynamy z nowym. W tym miejscu pojawia się moje jedyne zastrzeżenie co do kart – na fiszkach brak informacji z jakiego działu pochodzą. Oczywiście numerki pozwalają utrzymać wszystko w porządku, ale jednak dla takiej służbistki jak ja czegoś tu zabrakło.

      „Fiszki TreeCards - Wydawnictwo Cztery Głowy”

      Gorąco polecam treecards – na prezent dla najbliższych, jak i dla siebie. Poza „World and travel” w serii ukazały się jeszcze „Everyday life”, „Human being”, „Work and education”, wszystkie na poziomie A1. Mam ogromną nadzieję, że z czasem pojawią się nie tylko fiszki z bardziej zaawansowanym słownictwem, ale i takie, które pomogą mi wreszcie nauczyć się hiszpańskiego :)

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      środa, 02 stycznia 2013 21:34
  • poniedziałek, 24 grudnia 2012
  • piątek, 21 grudnia 2012
    • Drogi Mikołaju!

      Drogi Mikołaju!

      Podobnie jak reszta książkoholików mam stosy nieprzeczytanych książek i brak miejsca na półkach na nowe. I podobnie jak oni – chcę więcej! A w księgarniach wysyp wspaniałych pozycji! Gdybyś więc nie miał jeszcze pomysłu na prezent dla mnie to ja bardzo chętnie znalazłabym pod choinką, którąś z tych książek:

      „Życie i śmierć Anny Boleyn” – Eric Ives – bardzo chciałabym przeczytać tą fascynującą historię jeszcze raz, opowiedzianą w nowy sposób… Chyba nigdy nie będę miała dość!

      „Tudorowie” – G.J. Meyer – z tego samego powodu chciałabym również tą książkę :)

      „Upadek gigantów” – Ken Follett – dwa tygodnie temu wystarczyło parę zdań przeczytanych w charity shopie z „Pillars of the Earth” tegoż autora, żebym stała się jego fanką. Teraz do dwóch książek anglojęzycznych, chętnie dołożyłabym „Upadek…” i „Zimę świata” po polsku.

      „Wspomnienie lodu” – Steven Erikson – koniecznie chcę zebrać całą serię „Opowieści z malazańskiej księgi poległych” w nowym, o wiele lepszym wydaniu…

      „Żona tygrysa” – Tea Obreht – tą książkę polecała padma, a jak każdy dobrze wie, książki polecane przez padmę są z reguły strzałem w dziesiątkę

      „Alicja w Krainie Czarów” – Lewis Carroll, wydawnictwo Wilga – bo dla takich ilustracji warto wrócić do czasów dzieciństwa

      „Tych cieni oczy znieść nie mogą” – Alan Bradley – ta książka powinna się właściwie znaleźć na pierwszym miejscu. Właściwie to powinnam już teraz biec do księgarni i ją kupować. Na nową część przygód Flawii czekałam od dawna, a kiedy się ukazała, przegapiłam to wydarzenie i swoje niedopatrzenie odkryłam dopiero teraz, robiąc to zestawienie. Niewiarygodne!

      „Bohaterowie” – Joe Abercrombie – bo lubię mieć całe serie :)

      „Kapelusz cały w czereśniach” – Oriana Fallaci – grube sagi rodzinne fantastycznie pasują do długich, zimowych wieczorów

      „Małe kobietki” – Louisa May Alcott, wydawnictwo MG – klasyka w cudnej okładce ucieszy i oko, i duszę

       

      To moje top 10, ale bądźmy szczerzy – każdy książkowy upominek jest zawsze bliski mojemu sercu.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2012 17:10
  • środa, 07 listopada 2012
    • Książki o kotach - subiektywny przegląd, cz.2

      Dzisiaj druga część mojego przewodnika po książkach o kotach.

      „Koty. Kompendium wiedzy” – Renate Jones – na pierwszy rzut oka wydawała się książką idealną. Pięknie wydana, z krótkimi opisami ras, ładnym zdjęciami i obszernym rozdziałem poradnikowym. Czytało się to i oglądało bardzo przyjemnie i dopóki kotek nie zjawił się w naszym domu uważałam, że ta książka to był strzał w dziesiątkę. Kiedy jednak kotek już się pojawił, a ja zaglądałam do kompendium w poszukiwaniu konkretnej odpowiedzi – rozczarowanie. Opis problemu rzeczywiście był dokładny i łatwy do dopasowania. Cóż z tego, skoro rozwiązania brak. Kotek drapie kanapę? To bardzo niedobrze. Co zrobić? Nie krzyczeć i nie bić. Ale co zrobić? Przepraszamy, ale tutaj już się zaczyna następny rozdział, odpowiedzi proszę poszukać gdzie indziej. I tak ze wszystkim. Mimo to, tej książki zupełnie nie przekreślam. Jest miła dla oka i dla osób zupełnie zielonych w opiece nad kotami może dostarczyć pewnego wsparcia. Można ją ściągnąć z półki i pokazywać gościom jakie jeszcze koty nam się podobają i kto to właściwie są, te ragdolle…

       

      „Co twój kot próbuje ci powiedzieć? Poznaj tajemnice kociej psychologii” – Ardenn Moore – zdecydowanie ratuje honor publikacji o kotach. Mimo, że pozbawiona zdjęć i napisana w formie odpowiedzi na listy z pytaniami, dostarczyła mi najwięcej przyjemności i rzetelnej wiedzy. Listy są podzielone tematycznie na rozdziały, a zawarte w nich pytania są czasem zwyczajne, a czasem zupełnie nieoczekiwane. Odpowiedzi są konkretne i klarowne, prawdziwa odmiana po poprzednich książkach! Niestety, lektura ta ma też wady – nie jest to poradnik w ścisłym tego słowa znaczeniu, nie znajdziemy więc w nim odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania, a wybrana przez autorkę forma nie każdemu może przypaść do gustu.

       

      Rozczarowana rodzimym rynkiem wydawniczym postanowiłam z kolei skorzystać z dobrodziejstw posiadania kindle i rozejrzeć się za literaturą angielskojęzyczną. Sparzywszy się jednak już kilka razy na polskich książkach, nie byłam zbyt skora do wydawania kilkunastu dolarów zupełnie „w ciemno”.  Ostatecznie wybór padł więc na ebook’owe wydanie magazynu – „Ragdoll Breed Profile (Your Cat Magazine Breed Profiles)”. I znów publikacja bez zdjęć, za to z rzetelnymi informacjami. Co prawda o wszystkim o czym jest ten magazyn można tak naprawdę przeczytać w sieci, na różnych stronach hodowców i wielbicieli rasy, jednak tutaj mamy wszelkie istotne fakty i wiadomości zebrane w jednym miejscu, co jest naprawdę wygodne. Na pewno polecam najbardziej ze wszystkich przytoczonych dzisiaj przeze mnie pozycji i pytam – może Wy polecicie mi jakąś naprawdę dobrą książkę o kotach? Najlepiej z ilustracjami!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Książki o kotach - subiektywny przegląd, cz.2”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      środa, 07 listopada 2012 13:34
  • niedziela, 04 listopada 2012
    • Książki o kotach - subiektywny przegląd, cz. 1

      Nie, nie będzie to wpis o „Kochanie, zabiłam nasze koty” Masłowskiej – chociaż czytałam i odebrałam raczej pozytywnie. Może kiedy indziej. Będzie o licznych na naszym rynku wydawnictwach poświęconych kotom i o tym, jak niewiele można się z nich dowiedzieć.

      Parę miesięcy temu – dokładnie w sierpniu, dokładnie po wizycie na wystawie kotów – powzięłam decyzję, że czas się dokocić. Czas spełnić wieloletnie marzenie i sprawić sobie ślicznego, puszystego ragdoll’a. O takiego:

      Od momentu powzięcia decyzji do momentu znalezienia hodowli upłynęło kilka dni, niestety na kociaka musiałam poczekać do października. Żeby złagodzić sobie tą drogę przez mękę (bo ja bym oczywiście chciała już, od razu…) zaczęłam pochłaniać (i kupować) najrozmaitsze książki o kotach, rasach, opiece, zdrowiu, zachowaniu… Miałam przecież już w domu siedmioletnią rezydentkę – jedynaczkę i księżniczkę, kotkę wielce zazdrosną i zaborczą, chciałam więc dowiedzieć się jak najwięcej o możliwych komplikacjach mojego pomysłu. A gdy przyszło co do czego, to okazało się, że mogę te wszystkie (no, prawie) poradniki zebrać i wyrzucić w śmietnik.

      Zacznijmy od książki, którą subiektywnie oceniam jako najsłabszą.

      „Koty. Jak być szczęśliwym właścicielem kota ” – Isabella Lauer – jeśli ktoś ma ochotę zapoznać się ze zbiorem obiegowych opinii, kilkoma luźno rzuconymi uwagami, banalnymi wiadomościami i nie wie jeszcze, że kocięta lubią się bawić – to książka dla niego. Dla mnie okazała się pieniędzmi totalnie wyrzuconymi w błoto – nie dowiedziałam się z niej niczego ciekawego, a wręcz niektóre podane w niej informacje uważam za szkodliwe dla naszych czworonożnych przyjaciół.

      „Koty i kotki. Być kotem… Poradnik” Zuzanny Stromenger to z kolei dzieło zupełnie innego kalibru. A dokładniej – superciężkiego. Przyznam otwarcie, że nie dałam rady przebrnąć przez ponad 400 stron (bez obrazków ;)) okropnej demagogii i fanatycznego zacięcia. Kocham koty. Leży mi na sercu ich dobro. Wiem, że często ludzie myślą o nich źle i dzieje im się wiele krzywd, nad czym ubolewam. Jednakże wieszanie psów (nomen – omen…) na autorze mojego ukochanego „Dziadka do orzechów” za to, że w jednej ze swoich wcześniejszych książek uczynił kota postacią negatywną, rzekomo ugruntowując tym samym ich niepochlebną opinię i schlebiając przesądom, było ponad moje siły. Oberwało się również pewnemu bajkopisarzowi, a nawet twórcom Smerfów – za Klakiera. I nie brzmiało to bynajmniej jak żart, ale jak prawdziwe święte oburzenie. Równie zaciekle autorka wyrzekała na ludzi ośmielających się nazywać podwórkowe koty „bezdomnymi” czy „dachowcami”, albo nie-daj-Boże – „dzikimi”! Toż jedyną słuszną nazwą pozostaje „koty wolnożyjące” i basta. Znów nie polecam, choć sama książkę zakupiłam „z polecenia” licznych forumowiczów na Forum Miau. Jeśli większość z nich podziela poglądy pani Stromenger, nie dziwię się, że ludzi kochających koty w pewnych kręgach uważa się za dziwaków.

       Dalsza część wpisu następnym razem ponieważ blox nie chce już dzisiaj przyjąć ode mnie więcej tekstu ;)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 listopada 2012 15:00
  • poniedziałek, 15 października 2012
    • "Moja siostra, moja miłość" - Joyce Carol Oates

      „-Przecież cały ból, który odczuwamy, jest w naszych głowach, mamusiu. Ból rejestruje się wyłącznie w mózgu i jeśli go czujemy, to znaczy, że jest prawdziwy.

      Mamusia roześmiała się z irytacją.

      - Jezus potrafi ująć nam bólu, jeśli taka Jego wola. (…) Ból Bliss nie jest prawdziwy, a jeśli jest prawdziwy, to Jezus go od niej zabierze. I Bliss Rampike zdobędzie mistrzostwo Turnieju Szaleństw na lodzie i tatuś będzie z nami na lodowisku, będzie oglądał, jak ją koronują, i tego wieczoru będziemy świętowali całą rodziną, a potem tatuś pojedzie z nami do domu.” ("Moja siostra, moja miłość" J.C. Oates)

      Dużo dobrego słyszałam o książkach Joyce Carol Oates, ale kiedy jakiś czas temu spróbowałam przeczytać „Córkę grabarza” potknęłam się o ciężką depresyjność pierwszych stron i dałam sobie spokój. Aż do ostatniej wizyty w bibliotece, kiedy to w moje ręce wpadła wreszcie „Moja siostra, moja miłość” – i dałam się skusić.

      Już po kilku pierwszych stronach wiedziałam, że książka nie będzie łatwa i przyjemna. I że szalenie mi się spodoba.

      Nastoletni Skyler opowiada w niej historię krótkiego życia, oszałamiającej kariery i brutalnej śmierci swojej małej siostrzyczki – cudownego dziecka, wspaniałej łyżwiarki – Bliss Rampike. Bogaci rodzice, ekskluzywna dzielnica, doskonałe szkoły – za tą fasadą amerykańskich przedmieść często kryją się prawdziwe, choć nieoczywiste, dramaty. W świecie gdzie wyznacznikiem sukcesu są kręgi towarzyskie, w których się obracasz, rodzice Skylera i Bliss pogubili się po drodze, stracili z oczu swoje dzieci, a widzieli jedynie tabloidowe nagłówki i telewizyjne reflektory. W świecie, w którym mała dziewczynka żyje w przekonaniu (nie bez racji, niestety), że jest ważna i kochana jedynie tak długo, jak długo odnosi zwycięstwa, tylko jej kilka lat starszy brat widzi jej samotność i strach. Mały mężczyzna mamusi, który nagle zszedł na dalszy plan i musi przełknąć swoją zazdrość i upokorzenie, by stać się oparciem dla coraz bardziej zagubionej siostry. A ileż oparcia jest w stanie dać dziewięciolatek? I co ma zrobić kiedy już wie, że nie dał rady? Bo mała Bliss zostaje zamordowana, we własnym domu - tajemnicza zbrodnia, która nigdy nie zostaje do końca rozwiązana, rodzinna tragedia, która ma być może drugie dno, opuszczony chłopiec, który nie potrafi poradzić sobie z tym co się stało i dlatego próbuje odtworzyć wydarzenia relacjonując, dla nas, czytelników, całą historię, a może robi to dla siebie, żeby zrozumieć, żeby sobie przypomnieć o czym kazano mu nie pamiętać…

      Pewnie nie znajdzie się wiele osób, które pochwalałyby amerykańskie wybory „małych miss” – dziwne konkursy dla małych dziewczynek ubranych i wymalowanych jak dorosłe kobiety (chociaż – czy jakaś dorosła kobieta ubiera się tak i maluje?), którym zawzięcie kibicują fanatyczne matki podpowiadając z miejsca dla publiczności te okropne układy, w których kilkulatki prężą się w obcisłych kostiumach i kusząco kręcą biodrami, rozsyłają całusy i mrugają zalotnie – pewnie nie. A jeśli tak, ta książka powinna ostatecznie otworzyć im oczy na to, co robi się tym dzieciom. Bo Bliss żyła bardzo podobnym życiem – faszerowana lekami przeciwbólowymi, zmieniana nie do poznania w gabinetach kosmetycznych i fryzjerskich, ubierana w seksowne stroje i uczona odpowiednich układów tanecznych, a także tego jak powinna się uśmiechać i co mówić… Wszystko obliczone na jak największy efekt przez jej neurotyczną, despotyczną, fanatycznie religijną matkę, do której naprawdę ciężko wzbudzić w sobie sympatię.

      Fascynująca i przerażająca książka, do tego fantastycznie napisana. Wiarygodna narracja, wciągający sposób opisywania zdarzeń i porywająca historia… Mogę tylko polecać, polecać i jeszcze raz polecać.

      Ocena: 6/6

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 października 2012 08:11
  • poniedziałek, 01 października 2012
    • Empik chyba wie kiedy mam urodziny ;)

      Cudownie się złożyło, że promocja w Empiku "3 za 2 na fantastykę" zbiegła się w tym roku z moimi urodzinami (trwa jeszcze do jutra - jeśli ktoś nie skorzystał, a chciałby, to musi się spieszyć!). Wśród prezentów znalazł się również bon do tego przybytku czytelniczej rozpusty, pognałam więc w weekend do najbliższego salonu i dokonałam trudnego, ale i przyjemnego wyboru. Padło na trzy książki wydawnictwa MAG, któremu się już odgrażałam, że więcej od nich nic nie kupuję, ale co zrobić jeśli ciągle trafiają w moje czytelnicze gusta? Czwarta książka ze zdjęcia ("Ogrody księżyca") to już wcześniejszy zakup i znalazła się tutaj głównie po to, żeby pokazać jak ładne jest nowe wydanie moich ukochanych "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych".

      Z tej radości i chęci przedstawienia Wam moich najnowszych, drogocennych nabytków, nie zauważyłam, że książki leżą do góry nogami :) Ale nic to, bo już śpieszę donieść, że oto od góry mamy:

      "Zemsta najlepiej smakuje na zimno" - Joe Abercrombie - czyli wojna w świecie fantasy, opis na okładce obiecuje krwawą jatkę ;) ""Wiosna w Styrii. A to oznacza wojnę. Od dziewiętnastu lat płynie krew. Okrutny wielki książę Orso zaciekle zmaga się ze skłóconą Ligą Ośmiu i wykrwawia kraj. Podczas gdy maszerują armie, spadają głowy i płoną miasta, bankierzy, kapłani oraz starsze, mroczniejsze potęgi toczą śmiertelną zakulisową rozgrywkę, usiłując wskazać, kto zostanie królem. "

      "Drood" - Dan Simmons - spodziewam się po tej książce kawałka porządnej literatury. Jest XIX-wieczny Londyn, jest Dickens i są ciemne, ciemne sprawki... Czy rzeczywiście dostanę powieść opartą na faktach, tajemniczych faktach z życia popularnego pisarza, czy może ktoś mnie tutaj robi w konia? W każdym razie bardzo cieszę się, że tak szybko po ukazaniu się tej książki mam ją już u siebie.

      "Bramy domu umarłych" - Steven Erikson - drugi tom odświeżonego wydania Malazańskiej. Zamierzam mieć je wszystkie i wcale nie przeszkadza mi obecność na półce zarówno starego wydania, jak i kilku tomów wydania angielskiego ;) To jest miłość! Dowodem na to niech będzie kolejne zdjęcie z kolejnym urodzinowym prezentem - wspaniałym charms'em przedstawiającym miniaturową książkę z tej właśnie serii - tym razem "Dust of dreams":

      Moje empikowe zdobycze to naprawdę bardzo grube książki - mam nadzieję, że szybko znajdę czas, żeby zalec z nimi na kanapie, bo "do torebki" to one się raczej nie nadają. Każda liczy około 800 stron i waży adekwatnie do tej liczby. Radość jest jednak ogromna, a tym większa, że dostałam jeszcze dwie, tym razem bardzo słodkie książki od mojego męża:

      Prawda, że się postarał? Tak, tak, zrobił to własnoręcznie, a ja wprost pękam z dumy.

      No to uciekam. Zostało mi jeszcze trochę smoka do spałaszowania, a przy poduszce czekają na mnie kusząco mrrrroczne lektury :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Empik chyba wie kiedy mam urodziny ;)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 października 2012 21:18
  • piątek, 28 września 2012
    • Po Afryce z "Królową deszczu"

      Nie ma nic przyjemniejszego niż całkiem niespodziewanie trafić na dobrą książkę. A taka właśnie sytuacja przydarzyła mi się za sprawą „Królowej deszczu” Katherine Scholes. Niby coś o tej książce słyszałam, niby zerkałam w bibliotece na półkę czy przypadkiem jej nie ma, ale tak naprawdę sięgnęłam po nią z braku innych, bardziej interesujących mnie pozycji.  No i nie wydawała mi się zbyt gruba na mój ostatnio leniwy, czytelniczy nastrój ;)

      Spodziewałam się romansu. Łzawej historii. Przewidywalnego biegu wydarzeń wiodącego do jeszcze bardziej przewidywalnego finału. A dostałam nietuzinkową opowieść o działaniu organizacji misyjnych w Afryce. O twardych zasadach cywilizowanego świata, nie zawsze przystających do surowych warunków życia w dzikim kraju, gdzie wszędzie jest daleko i nic nie jest oczywiste. Gdzie jednego dnia można być królową plemienia, a drugiego wygnaną czarownicą. Gdzie wybory mogą kosztować życie. Swoje albo innych. I między tym też trzeba czasem wybierać.

      Ale miłość i romans były również. Tyle, że tak nieoczekiwane, tak zaskakujące i tak skomplikowane, trudne i nie gwarantujące happy endu, że aż by się chciało mieć jakąś moc odmienić płatający figle los…

      Jest też o przyjaźni. Głębokiej i ponad wszystko. O tym, że taka przyjaźń może zacząć się od niechęci. O tym, że taka przyjaźń naznacza na całe życie.

      Główna bohaterka, Annah, była kiedyś misjonarką i głęboko wierzyła w sens swojej pracy. Brutalne wydarzenia i brak zrozumienia ze strony zwierzchników spowodowały, że postanowiła działać na własną rękę. To była trudna i wyboista droga, tym trudniejsza, że naznaczona bólem straty i odrzucenia. Wieloletnia wędrówka i podróż przez życie oraz afrykańskie bezdroża prowadzi ją jednak jasno ku jednemu celowi – opowiedzieć osieroconej córce misjonarzy z Langali za co tak naprawdę umarli jej rodzice.

      Polecam

      

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Po Afryce z "Królową deszczu"”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2012 11:23
  • czwartek, 30 sierpnia 2012
    • Wojna oczami kobiet - "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" Swietłany Aleksijewicz

      "Napisać taką książkę o wojnie, żeby niedobrze się robiło na myśl o niej, żeby sama ta myśl była wstrętna. Szalona. Żeby nawet generałom zrobiło się niedobrze..." ("Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" S. Aleksijewicz)

      "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" - ta książka to zbiór opowieści z czasów drugiej wojny światowej, zbiór historii kobiet radzieckich, które mniej lub bardziej (częściej bardziej!) chętnie wyruszyły na front by bronić swojej ojczyzny i swoich przekonań. Traciły na wojnie swoje długie warkocze, traciły zdrowie i urodę, traciły kobiecość, a kiedy wojna się skończyła okazało się, że straciły również godność.

      To smutna, przejmująca książka o odwadze, ale też trochę o naiwności. O wierze w ideały, które późniejsza historia wyśmiała i zbrukała.  O nagrodzie w postaci medali, ale i drwin. O miłości, kiedy żadna miłość nie wydawała się możliwa. O stracie tak wielkiej, że z trudem można ją objąć sercem i rozumem. A może właśnie wcale nie można i dlatego tak trudno zarówno o niej mówić, jak i milczeć. O samotności tam, podczas wojennej zawieruchy, i później, kiedy kurz już opadł.

      Sanitariuszki, strzelcy wyborowi, czołgistki, saperki, kucharki i praczki. Kobiety pamiętają z wojny zupełnie coś innego niż mężczyźni.

      

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 sierpnia 2012 14:02

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com