labirynt

Wpisy

  • czwartek, 16 sierpnia 2012
    • "Everville" Clive Barker

      Everville było marzeniem. Marzeniem małej dziewczynki i jej ojca, pionierów przemierzających dziki zachód dawno temu. Dziś? Prowincjonalne miasteczko jakich wiele. Marzenie, które stało się rozczarowaniem. Brama do innego świata. Przedsionek piekła.

      „Everville” to najbardziej surrealistyczna książka jaką kiedykolwiek czytałam. Siedemset stron walki raczej pospolicie wyglądającego dobra z bliżej niezdefiniowanym złem. Potwory, Quiditty - morze snów, brutalne morderstwa, niepewne swojego pochodzenia demony, nie napawający optymizmem ludzie… Duchy, które można zabić. Kobieta, która wyśniła kochanka na spółkę z morskimi bożkami. Dziwne. Bardzo dziwne. Raczej mi się nie podobało. Dlaczego więc nie mogłam przestać czytać?

      Nie potrafię powiedzieć za dużo o fabule, żeby nie zdradzić jakiegoś ważnego elementu. Albo po prostu nie potrafię powiedzieć o czym jest ta książka. Działo się wiele, liczne postaci miały każde swoją misję, a jednak całość wydawała się pozbawiona jakiegoś szerszego planu, klamry spinającej wszystko i wszystkich… Tak dużo niepotrzebnego cierpienia, śmierci. Kiedy teraz piszę te słowa, nasuwa mi się tylko jedno zdanie, które zostało we mnie po przeczytaniu tej książki: Zło nie potrzebuje sensu, żeby działać.

      To nie była słaba książka, książka, którą można zbyć machnięciem: „a, szkoda czasu”. Ale nie była to też, o dziwo, książka dla mnie. Patrzcie Państwo – za mało realizmu dla miłośniczki fantasy… Cóż, bywa i tak. Jednak mimo, że od początku czułam, że się z „Everville” nie zaprzyjaźnimy, mimo, że „męczyłam” książkę przez jakieś dwa tygodnie, to nie mogłam jej odłożyć, nie mogłam „odpuścić”. Była to mroczna historia, która mnie nie przekonała, a jednocześnie historia, która raz pochwyciwszy nie chciała uwolnić. Musiałam poznać zakończenie.

      Ocena: 3.5/6

      P.S.: Z Internetu wiem, że „Everville” to drugi tom trylogii „Księgi Sztuki”, z których do tej pory ukazały się jedynie dwie pierwsze książki. Można je czytać niezależnie od siebie (wynika to też z opisów na okładkach), być może jednak mój odbiór „Everville” byłby bardzie pozytywny gdybym wcześniej zapoznała się z „Wielkim sekretnym widowiskiem”. Niestety, na okładce egzemplarza, który wypożyczyłam z biblioteki próżno szukać informacji o tym, że mamy do czynienia z kontynuacją.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 sierpnia 2012 11:27
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2012
    • Warto przeczytać - "Matylda Savitch"

      Miałam ostatnio ochotę na coś naprawdę lekkiego, wakacyjnego, letniego. Ale sięgnęłam po „Matyldę Savitch” Victora Lodato, bo zachęcająco patrzyła na mnie z półki i nie przerażała objętością (po 700 stronicowym i trudnym „Everville” potrzebowałam czegoś bardziej „standardowego”). Rzut oka na słowa „Wspaniała książka, straszna książka. Opowieść przepełniająca jednocześnie radością i rozpaczą”, którym książkę reklamowano w Time Out New York i już wiedziałam, że lekko i wakacyjnie nie będzie, ale pierwsze słowa „Chcę być okropna, chcę robić złe rzeczy, bo niby czemu nie?” przykuły mnie do książki i nie puściły do samego końca.

      Podobno jest to historia o dojrzewaniu, ale ja nie to w niej zobaczyłam. Dla mnie dużo bardziej była to opowieść o samotności, opuszczeniu, wyobcowaniu. Próbie dopasowania się przy jednoczesnym poczuciu, że własna niezależność jest cenna i wyjątkowa. Przede wszystkim jednak – o stracie, o niezagojonej ranie i próbie wyjaśnienia tego, czego wyjaśnić się nie da.

      Matylda ma 13 lat, jedną przyjaciółkę, wysokie mniemanie o sobie i obsesję. Jej starsza siostra, Helena, zginęła rok wcześniej pod kołami pociągu, i dziewczynka nie potrafi sobie z tym poradzić. Pozbawiona wsparcia rodziców, którzy sami nie mogą unieść ciężaru tragedii, owładnięta myślami o siostrze, która stała się w domu tematem tabu, przeszukująca rzeczy zmarłej i odkrywająca jej niezbyt przyjemne sekrety, stawia sobie za cel swoistą krucjatę – wywołać jakąkolwiek reakcję rodziców, zmusić ich do stawienia czoła sytuacji, przywrócić ich do w miarę normalnego funkcjonowania… A przy okazji odkryć ostateczną prawdę – co stało się na torach w dniu śmierci Heleny.

      Zdecydowanie nie była to książka lekka, ale nie żałuję wyboru. Dobra literatura, fascynująca historia. Trudny, bolesny temat. A ponieważ cała powieść jest napisana z punktu widzenia Matyldy dodatkowym smaczkiem jest nierzadko szokujące spojrzenie na świat współczesnej trzynastolatki. Naprawdę warto przeczytać, polecam.

      Ocena: 5.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2012 11:51
  • piątek, 03 sierpnia 2012
    • "Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein. Czyli kulinarnie.

      Uwielbiam piec. Ciasta, ciasteczka, babeczki, bułeczki. No i chleby. Wspaniała sprawa, taki własnoręcznie wyrobiony, własnokuchennie upieczony chleb. W domu pachnie, skórka parzy w palce i chrupie między zębami, a do tego ma się świadomość, co w tym chlebie jest. Żadnego podstępnego słodu jęczmiennego. Żadnego karmelu oszukańczego zmieniającego pieczywo białe w ciemne. A rodzajów chleba to jest tyle, że ho ho i jeszcze trochę. Przepisy można bez problemu znaleźć w Internecie, ale ja lubię namacalną i staroświecką formę książki kucharskiej dlatego zakupiłam sobie "Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein.

      Książka jest przepięknie wydana - na błyszczącym papierze, z doskonałymi zdjęciami (szkoda, że nie do wszystkich przepisów). Przepisy są pogrupowane według rodzajów chleba - tego pieczonego na zakwasie, na drożdżach bądź na proszku do pieczenia. Jest nawet rozdział dotyczący pieczenia w automacie do chleba z kilkoma ciekawymi przepisami. Możemy wybierać spośród bardziej tradycyjnych chlebów lub tych na słodko, sporo dobrze nam znanych, rodzimych, ale także niemało pochodzących z innych rejonów świata. Wybór jest naprawdę duży i zachęcający - nic, tylko zakasać rękawy i brać się do pracy!

      (tak, chwalę się swoim chlebem na tych zdjęciach - ale któż może mnie winić... był pyszny!)

      Mimo tego, że książka bardzo podoba mi się wizualnie i znalazłam w niej wiele interesujących przepisów, a także cennych wskazówek dotyczących wypieku chleba, nie jestem w 100% zadowolona. W przepisach brak pewnej spójności i klarowności - jedne są opisane bardzo dokładnie, w innych na próżno szukać tak istotnych informacji jak to czy używamy drożdży świeżych czy suchych. Oczywiście, mając pewne doświadczenie, można się tego domyśleć, ale skoro w jednych przepisach jest wyraźnie zaznaczone - drożdże suche lub rozczyn z drożdży świeżych, dlaczego nie ma tego w innych? Albo temperatura. Zdarzyło mi się piec chleb, który miałam włożyć do "bardzo gorącego piekarnika" a następnie po 10 minutach "zmniejszyć temperaturę". Czy bardzo gorący piekarnik to 200°C czy 220°? Zmniejszyć do 180° czy 150°? W opisach czynności sporo jest takich miejsc, które należałoby doprecyzować, aby przepis był w pełni użyteczny a nie stanowił jedynie inspirację do własnych prób opartych na wcześniejszych wypiekach.

      Dużym utrudnieniem i według mnie największą wadą książki jest brak informacji (i znów - dotyczy to większości przepisów, nie wszystkich) ile chleba otrzymamy z danych proporcji składników. W dwuosobowym gospodarstwie trzy foremki chleba to trochę za dużo szczęścia :) Oczywiście, jeśli widzę, że potrzeba 1 kg mąki żytniej i 2 kg mąki razowej, nie spodziewam się jednego bochenka - ale ile? Dwa? Trzy? Cztery? Jak mam zmniejszyć ilość składników jeśli nie wiem jakie było początkowe założenie?

      Podsumowując - ta książka to raczej słaba pomoc dla początkujących i niecierpliwych. Trzeba mieć chociaż podstawową wiedzę o pieczeniu chleba, żeby móc czerpać radość z zamieszczonych w niej przepisów. Na plus jest oczywiście przyjemna szata graficzna i to, że jak już się rozgryzie, o co w przepisie mogło chodzić, efekty są z reguły przesmaczne. Dlatego Ci, którzy lubią piec, niech sięgną po tę pozycję. Ci, którzy chcieliby prostej recepty na sukces w kuchni, niech sobie odpuszczą.

      Ocena: 4-/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „"Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein. Czyli kulinarnie.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 03 sierpnia 2012 13:31
  • piątek, 27 lipca 2012
    • "Zgubieni" Charlotte Rogan czyli historia ekstremalna

      "-Właściwie dlaczego nie, Mary Ann? Skacząc do morza, oszczędziłabyś sobie mnóstwo cierpienia. I tak umrzesz, a słyszałam, że utonięcie jest znacznie mniej bolesne niż śmierć z głodu lub z pragnienia." ("Zgubieni" Charlotte Rogan)

      Ostatnio, podczas urlopu, udało mi się coś, co nie udawało mi się od dawna – przeczytałam książkę, która wyszła całkiem niedawno i nie zadomowiła się na moim regale nieprzeczytana na kilkanaście miesięcy. Mowa o głośnych „Zgubionych” Charlotte Rogan.

      Pisałam w poprzedniej notatce, że przeczytane w ostatnim czasie książki rozczarowały mnie – każda na swój sposób. Tak było właśnie z tą pozycją, która pozostawiła po sobie trudny do nazwania niedosyt.

      Ogólnie wszystko wydaje się świetne – przede wszystkim bardzo dobry pomysł na fabułę – opowiedziane okiem dwudziestodwulatki wydarzenia w szalupie ratunkowej, w której po katastrofie imponującego liniowca „Cesarzowa Aleksandra” znalazło się 39 osób. Początkowy optymizm i nadzieja na szybki ratunek przemieniają się z czasem w dramatyczną walkę o przeżycie – najpierw kosztem zasad, potem kosztem ludzi. Szalupa jest przeciążona, zbliża się szkwał, ratunek nie nadchodzi, ktoś będzie musiał znaleźć się w morzu… A kiedy mija jedno niebezpieczeństwo, kiedy pierwsze niemożliwe wybory zostały dokonane, sytuacja się nie poprawia – rozbitkowie nadal tkwią pośrodku niczego, łódź przecieka, brakuje jedzenia i wody. To, co wydawało się ostatecznością, okazuje się być dopiero początkiem.

      Grace, główną bohaterkę, dziś powiedzielibyśmy – karierowiczkę, która „złapała” bogatego męża, poznajemy w momencie, kiedy wszystkie dramatyczne wydarzenia związane z katastrofą ma już za sobą. Cóż, nie wszystkie, bo oto grozi jej dożywotnie więzienie za czyny popełnione w szalupie. Za morderstwo. Zostajemy wrzuceni w sam środek procesu, w którym obcy ludzie mają zadecydować o jej przyszłości, z wyżyn swojej moralności i pewności poglądów ocenić jej poczynania w sytuacji skrajnego wyczerpania i trudnego do opisania strachu. Czy działała w obronie własnej? A może postąpiła samolubnie, dbała tylko o siebie, nic nie tłumaczy jej okrucieństwa, a teraz stara się wzbudzić litość w ławie przysięgłych, wykorzystać swój urok i wdzięk, tak jak wykorzystała go by korzystnie wyjść za mąż? Do tego sprzeczne zeznania ocalałych świadków – kto mówi prawdę a kto się wybiela, kto z premedytacją kłamie a kto po prostu nie odróżnia już swoich wyobrażeń od rzeczywistości? Z całą pewnością Grace to nie jest postać czarno-biała, jednowymiarowa. Można jej nie lubić, ale nie można jej odmówić autentyczności.

      Styl, język również nie zawodzą. Podobno autorka tworzyła powieść 10 lat i ten czas, wysiłek, dopracowanie, widać w każdym zdaniu. To dobra, solidna książka, ciekawy temat, fascynująca historia. Po lekturze zostałam z kłębiącymi się w głowie pytaniami, nie do końca wykrystalizowanymi opiniami i trudnym do oddalenia od siebie, irracjonalnym niepokojem. Skąd więc mój niedosyt? Sama do końca nie wiem, ale czegoś mi w tej książce brakuje – może chciałabym poznać więcej szczegółów z pobytu w łodzi ratunkowej, ale także z procesu, cieszyłabym się gdyby zakończenie nie było opisane tak pobieżnie… Chyba po prostu chętnie zostałabym w opisywanej przez autorkę historii nieco dłużej. Oczywiście tylko jako bierny świadek, słuchacz opowieści, bo „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”, a ja naprawdę nie chciałabym zostać sprawdzona w ten sposób.

      

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 27 lipca 2012 19:31
  • poniedziałek, 23 lipca 2012
    • Kryminał na lato to nie zawsze dobry wybór. O książkach Camilli Lackberg.

      Ten lipiec będzie mi się kojarzył głównie z arbuzami. Nie wiem, co takiego jest w tych owocach, ale nigdy nie mam ich dość. A, że pogoda mało letnia i słońca ciągle brakuje, to pocieszenie trzeba znaleźć gdzie indziej – choćby na talerzu w postaci czerwonych cząstek z cieknącym aż do łokci sokiem.

      Do tego przydałaby się dobra lektura. I cóż mam powiedzieć w tej kwestii? Przeczytałam ostatnio kilka książek, wszystkie czytało się dobrze i szybko, ale każda pozostawiła po sobie pewien niedosyt. Zacznę od kryminałów. Kryminały pasują do lata równie dobrze jak arbuzy. Nawet jeśli opisują zimną, zimną Szwecję, jak w przypadku „Księżniczki z lodu” Camilli Läckberg.

      To naprawdę nie był dobry wybór książki z nurtu, tak modnych teraz, skandynawskich kryminałów. Historia ukryta za słabym stylistycznie tekstem była nawet ciekawa, intrygująca. Oto w małej, turystycznej miejscowości – Fjällbace – dochodzi do morderstwa upozorowanego na samobójstwo. Ofiarą jest młoda, piękna kobieta, z szanowanej rodziny, dystyngowana, spokojna…  Kiedy policja prowadzi śledztwo, na jaw wychodzą coraz to nowe, szokujące fakty z życia jej oraz jej bliskich, skrywane od lat tajemnice, sprawy, o których pewni ludzie woleliby więcej nie słyszeć…  Brzmi to na tyle ciekawie, że może zainteresować wielbicieli gatunku, nawet jeśli rozpoznają czający się w tym krótkim opisie schemat… Książkę pogrążają jednak płascy bohaterowie i koszmarkowaty styl autorki.

      Bohaterowie robią i mówią wprost nieprawdopodobne rzeczy. Ma się wrażenie, że autorka tak bardzo chciała pokazać ich jako prawdziwych ludzi, targanych zwykłymi problemami typu nieświeży oddech i niezbyt atrakcyjna bielizna, że popadła w absurd i śmieszność. Jakiś czas temu narzekałam na przesadnie egzaltowane postaci stworzone prze Monsa Kallentofta w „Ofierze w środku zimy” – tutaj mamy drugą skrajność. Główna bohaterka – Erika, pisarka, która zostaje przypadkiem zamieszana w śledztwo i nie daje się już z niego „wymieszać” – jest tak irytująca, że z ledwością dawałam radę przeczytać fragmenty jej dotyczące. Nie dość, że wtyka nos w sprawy policji wykorzystując znajomość (z czasem bardzo bliską znajomość…) z policjantem prowadzącym śledztwo, zataja ważne informacje, sama decyduje o tym w jaki sposób główny podejrzany przekaże swoje informacje organom ścigającym (przy rodzinnej kolacji, a jakże), to jeszcze wydaje się, że nikt nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak po prostu jest i wszyscy zdają się być zadowoleni z takiego obrotu spraw. Ale czegóż oczekiwać po stróżach prawa, dla których ważniejsze od ścigania mordercy jest plotkowanie na temat spraw sercowych współpracowników?

      Co zaś do stylu… niech za cały komentarz wystarczy cytat: „(…) musieliśmy przeoczyć jakiś trop, który przeoczyliśmy”. Amen.

      Ocena: 3.5/6

      Ale, ale. Byłam niejako skazana na Camillę i jej bohaterów podczas trzech długich godzin w poczekalni u lekarza, sięgnęłam więc po następny tom serii, „Kaznodzieja”.  Tutaj, niestety, nawet fabuła mnie rozczarowała. Cała reszta pozostała bez zmian, tyle tylko, że Szwecję odwiedziło akurat bardzo upalne lato (ciekawe czy to to samo upalne lato, które opisywał Nesbo w „Pentagramie” czy tylko w naszym kraju takie rzeczy jak upalne lato nie zdarzają się co roku) i że Eriki było zdecydowanie mniej, co ułatwiło czytanie. Jeśli jednak już pojawiała się w tekście, aż zgrzytałam zębami. Wyobraźcie sobie, że Erikę co i rusz odwiedzają goście pragnący zakosztować kilku dni nad morzem i… hotelowej obsługi. Tak jak niewiarygodnym wydaje mi się, że najpierw zjawia się jedna, a następnie druga rodzina i obie mają tak skrajnie roszczeniową postawę wobec będącej w 8 miesiącu ciąży kobiety, że domagają się zawożenia ich łodzią na odległe plaże czy przynoszenia drinków pod sam nos, tak samo niewiarygodnym jest dla mnie, że owa kobieta to robi, ciskając przekleństwa jedynie w swojej głowie. Nigdy nie byłam w ciąży, więc może nie wiem o czym mówię, ale skoro lejący się z nieba żar ledwie umożliwiał Erice poruszanie się, jak mogła nie zaprotestować gdy goście traktowali ją jak służącą w jej własnym domu? Niepojęte.

      Było też coś, co w obu tych książkach (i jak mogłam zorientować się z opisu następnej pojawia się w całej serii) mi się podobało. Mianowicie zbrodnie mające miejsce obecnie odwołują się w jakiś sposób do historii, które zdarzyły się wiele lat wcześniej. Fabuła zyskuje dzięki temu na tajemniczości, a zagadka staje się trudniejsza do rozwiązania. A przecież na tym polega cała zabawa w czytaniu kryminałów – całą książkę głowić się nad odpowiedzią, ale do końca poznać ją dopiero wraz z ostatnią stroną… I chociaż aż takiej głębi po tej serii nie można się spodziewać, być może sięgnę po jeszcze jeden tom, by sprawdzić czy główni bohaterowie mają chociaż cień szansy by ewoluować z płaskich, papierowych ludzików, w których przemyślenia i motywacje nikt nie jest w stanie uwierzyć.

      

      Ocena: 3/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kryminał na lato to nie zawsze dobry wybór. O książkach Camilli Lackberg.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 lipca 2012 19:17
  • sobota, 07 lipca 2012
    • Nowy początek? W każdym razie parę słów o Kindle Touch

      Kto by pomyślał, że praca pochłonie mnie tak bez reszty, że czasu i sił nie zostanie na wiele więcej niż podglądanie Waszych blogów, śledzenie nowości wydawniczych i skrzętne wynotowywanie ciekawych tytułów. Niejednokrotnie zniechęcona myślałam już o definitywnym zamknięciu bloga, ale jednak było mi żal dobrowolnie skazywać się na banicję z książkowo-blogowego świata. No i te pojedyncze duszyczki, które ciągle tu zaglądały podtrzymały mnie na duchu :)

      Mam nadzieję, że teraz się trochę ogarnę, bo stos ciekawych lektur ciągle rośnie koło mojego łóżka. Nie chcę jednak nic obiecywać, bo nie potrafię ocenić przydatności do spożycia mojego zapału i motywacji. A na dzisiaj - temat okołoksiążkowy - czyli parę słów o Kindle Touch, którego właścicielką jestem od grudnia.

      Na początku, kiedy czytniki ebooków zaczęły pojawiać się na rynku, byłam do nich nastawiona wręcz negatywnie. Bo cóż jest w stanie zastąpić tą przyjemność z trzymania w ręku książki, przewracania stron, w przypadku nowych powieści - zapachu kartek i druku, w przypadku starszych - odkrytych na nowo dedykacji? Nic. I nadal tak uważam. Ale Kindle zyskiwał coraz większą popularność i ja też zapragnęłam sprawdzić o co tyle szumu, a kiedy pojawiła się wersja z ekranem dotykowym bez wahania napisałam list do św. Mikołaja :)

      Mija już pół roku odkąd używam Kindle Touch i muszę przyznać, że jest to urządzenie nad wyraz wygodne. O ile w domu nadal najczęściej wybieram tradycyjnie drukowane książki, nierzadko z pięknymi okładkami, często w bibliotecznej obwolucie, o tyle w podróży Kindle jest niezastąpiony. Lżejszy od większości książek, o zgrabnych wymiarach, z przyjaznym dla oczu ekranem w technologii e-ink, i przede wszystkim - z ogromnym wyborem utworów podzielonych tematycznie (kategorię i przydziały określam sama, mam więc i książki "babskie" i "pop" i "na poważnie"). Teraz jadąc w podróż służbową za granicę, odpocząć na urlopie czy choćby w pociągu do sąsiedniego miasta zawsze mam pod ręką swoją własną bibliotekę. Ta wygoda jest nie do przecenienia! Kindle jest ze mną wszędzie - w drodze do pracy, w kolejce do lekarza, przy kawie w kawiarni. Szkoda tylko, że ceny ebooków są tak wysokie, dorównujące właściwie wydaniom papierowym. Jeśli chodzi o nowości, zawsze mimo wszystko wolę kupić tradycyjną książkę niż ebooka, korzystam za to chętnie z licznych promocji pojawiających się w internetowych księgarniach.

      Co do samej technologii Touch - mam dwa zastrzeżenia. Strony "przewracają się" odrobinę zbyt łatwo przy przypadkowym dotknięciu. Ekrany w przeglądarce internetowej ładują się ciut zbyt wolno. I to by było na tyle. Całą resztą jestem zachwycona. Wbudowanym opisowym słownikiem, dzięki któremu czytanie książek po angielsku jest łatwiejsze, zwłaszcza! Poza tym wszystko można tutaj ustawić pod siebie - rozmiar czcionki, odstępy między liniami... Jest nawet wbudowany automatyczny "czytacz", który przeczyta nam wrzucone pliki, aczkolwiek pomysł ten wymaga jeszcze dopracowania, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą książki nieanglojęzyczne. Literowanie polskich słów jest na tyle koślawe, że ciężko zrozumieć choćby pojedyncze wyrazy, nie to jednak jest główną funkcją czytnika i nie czuję się tym faktem rozczarowana ;)

      Bardzo polecam wszystkim zabieganym, którzy - tak jak ja - nie wyobrażają sobie zostać przyłapanym przez chwilę wolnego czasu bez książki pod ręką.

      P.S.: A tak w ogóle to w międzyczasie wyszłam za mąż i wszędzie ostatnio widzę różowe jednorożce i koty robiące z tęczą sami wiecie co ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2012 09:57
  • piątek, 23 marca 2012
    • "Igrzyska śmierci" tuż przed premierą...

      Tak to już ze mną jest, że do przeczytania pewnych książek są w stanie mnie zmobilizować dopiero zbliżające się premiery ich ekranizacji... Zawsze wolę znać książkę przed filmem i tylko serial HBO zachęcił mnie by ostatecznie ściągnąć z półki "Grę o tron" (może o niej innym razem), która przeleżała tam ładnych parę lat. Nie inaczej było z "Igrzyskami śmierci" Suzanne Collins, mimo entuzjastycznych recenzji dopiero dzisiejsza premiera ostatecznie skłoniła mnie by poznać tę historię zanim zasiądę w sali kinowej.

      I było warto. Kiedy zaczynałam czytać książkę w środę wieczorem nie byłam pewna czy zdążę. Ocknęłam się gdy noc trwała już w najlepsze, a ja dawno miałam za sobą połowę kartek.

      Pewnie większość z Was zna już fabułę książki - akcja toczy się w przyszłości, kiedy to mieszkańcy państwa Panem zmuszani są do wystawienia co roku po dwójce dzieci z każdego jego regionu, aby wzięły udział w Głodowych Igrzyskach. Zwycięzca może być tylko jeden, reszta musi zginąć. Najlepiej w jak najbardziej dramatyczny i spektakularny sposób, aby reszta społeczeństwa miała rozrywkę śledząc rozgrywki na ekranach telewizorów. Okrutne? Przerażające? Nieludzkie? Owszem. Ale też nic nowego pod słońcem - znamy to już co najmniej od czasów gladiatorów. Z tą różnicą, że w przypadku "Igrzysk śmierci" chodzi o coś więcej niż tylko uciecha tłumu, chodzi o przypomnienie kto rządzi w Panem, jak mało znaczy dla nich ludzkie życie i do czego prowadzą rebelie...

      Całą historię poznajemy z ust i myśli głównej bohaterki - Katniss, która zgłasza się na ochotnika by ocalić od wątpliwego zaszczytu uczestniczenia w igrzyskach swoją młodszą siostrę, Prim. Kat jest odważna, sprytna, zwinna i całkiem nieźle strzela z łuku... Czy to jednak wystarczy by pokonać pozostałych 23 uczestników? Zwłaszcza jeśli jednym z przeciwników zostaje chłopak - Peeta, który kilka lat wcześniej uratował ją i jej rodzinę od śmierci głodowej, a innym okazuje się dwunastolatka niezwykle przypominająca Prim... Nie można też zapominać o kilku innych osobach, którzy w przeciwieństwie do Katniss pochodzą z bogatszych dystryktów, są lepiej odżywieni i przygotowani, zdobywają też większość z dostępnych na starcie igrzysk zapasów żywności i broni. Zdecydowanie jednak łatwiej mierzyć się z ranami, pragnieniem i wyczerpaniem niż z wystawionymi na próbę (i publiczny wgląd) emocjami i moralnymi dylematami. Co zwycięży - pierwotny instynkt przetrwania czy lojalność i miłość? I na co komu lojalność i miłość skoro zwycięzca może być tylko jeden, już organizatorzy tego dopilnują? Czy Katniss ma w ogóle jakieś szanse?

      Doskonale rozumiem czemu ta książka stała się bestsellerem. Jest świetnie napisana, opowiada niesamowitą historię, bohaterowie nie są cukierkowi i jednowymiarowi. Tak naprawdę Katniss potrafi porządnie zirytować. Ale wie też jak się przeżywa przygodę. Dzięki autorce czułam się jakbym i ja była na arenie, płakałam razem z bohaterką, nie mogłam pogodzić się z niesprawiedliwością systemu, w którym przyszło jej żyć, autentycznie "gryzłam się" losem pozostałych uczestników, wzruszyło mnie oddanie Peety... "Igrzyska śmierci" są dla mnie trochę lżejszą, młodzieżową wersją "Wielkiego marszu" Kinga. Lżejszą, bo nie tak do końca przeszytą ponurą atmosferą, odczłowieczeniem, i mimo wszystko dającą nadzieję. Kto czytał Kinga ten wie, że tam na nadzieję nie pozostało zbyt wiele miejsca. I chociaż King to mistrz, a za wcześnie jeszcze by to samo mówić o Collins, to i tak cieszę się, że wszystkie Stephanie Meyer tego świata i ich "Zmierzchy" mają konkurencję.

      Ocena: 6/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 15:56
  • wtorek, 21 lutego 2012
    • Jak bardzo można się męczyć w Barcelonie... "Antykwariusz" J. Sanchez

      Och jej. Nie czytałam książek Dana Browna. Szerokim łukiem ominęłam wszelkie szyfry Szekspira, tajemnice Medyceuszy i pierścienie Borgiów. Mimo mojego ogromnego sentymentu do Hiszpanii, nie dałam się namówić wydawcom na poznawanie zagadek katedry w Barcelonie, władcy Barcelony czy nawet tych związanych z tajemnicami Gaudiego. Czemuż ach czemuż złamałam się, gdy w bibliotece natknęłam się na "Antykwariusza"?

      Ciężko dochodzić przyczyn, grunt, że to zrobiłam i zafundowałam sobie dwa tygodnie (sic!) męki nad kiepską fabułą okraszoną całą masą kuriozalnych postaci. Nawet Barcelona nie uratowała dla mnie tej książki, gdyż nie było jej tutaj wcale zbyt wiele.

      Teraz uwaga, bo będą spoilery. Jeśli kogoś jeszcze nie zniechęcił do czytania powyższy wstęp, niech lepiej opuści część dalszą, bo może przypadkiem zepsuć sobie "radość" czytania.

      Historia dotyczy odkrycia dokonanego przez antykwariusza - zapisków na temat tajemniczego przedmiotu o niezwykłej mocy, ukrytego gdzieś w Barcelonie w czasach średniowiecznych... Antykwariusz zostaje brutalnie zamordowany, a zadanie rozwiązania zagadki bierze na siebie jego przybrany syn oraz była żona przybranego syna, którzy zamieszkują w domu ofiary morderstwa i rozpoczynają prywatne śledztwo za nic mając sobie policję. Szybko okazuje się, że przedmiot ukrył mistrz budowlany zaangażowany przez większość swojego życia w budowę katedry w Barcelonie. Tak, tej katedry, chociaż jej nazwa nigdy w książce nie pada (czemu?! no po co ten zabieg się pytam?!) - jest tylko nazywana katedrą i katedrą. Niestety mistrz budowlany pomagał przy budowie ponad 20 innych obiektów, które przetrwały w tym pięknym mieście do naszych czasów, przez większość książki bohaterowie próbują więc dociec gdzie też nasz sprytny architekt mógł ukryć skarb. Pozwolę Wam zgadnąć ;) Tak! W katedrze! Co za niespodzianka, aż mi się ręce spociły z wrażenia...

      Przybrany syn antykwariusza Enrique (specjalnie podkreślam, że przybrany, gdyż autor też nie omieszkał przypominać o tym fakcie co chwilę, włącznie z dialogami), mimo całego bólu po stracie przybranego ojca oraz nieocenionego wsparcia byłej żony, nie ma problemów z wdaniem się w romans z nowopoznaną córką przyjaciela ojca. Przybranego. Kobietą dojrzałą, nie przejmującą się konwenansami, silną i niezależną. Która po zaledwie trzech spotkaniach żąda ze łzami w oczach, żeby Enrique kazał się wyprowadzić byłej żonie zamieniając się w małe, zastraszone zwierzątko... Mówiłam coś o kuriozalnych bohaterach? To naprawdę tylko drobny przykład.

      Ach. Aż mi zęby zgrzytają nawet teraz gdy to wspominam ;) I te dialogi. Równie sztucznych, pompatycznych, nieprawdopodobnych dialogów nie czytałam już dawno. Może nigdy. A rozwiązanie całej zagadki? Jest jeszcze gorsze niż cała reszta. Skarb zostaje odnaleziony, morderca zabity i usprawiedliwiony - wszystko co się stało to wina skarbu, morderca nie działał z własnej woli, to skarb mu kazał. Tak, my precious, tak. Bardzo, bardzo słabe naśladownictwo Tolkiena. Tak słabe, że odbieram je wręcz jako bluźnierstwo...

      Chciałabym następnym razem mieć dość sił by przerwać czytanie, gdy widzę, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale ja się chyba nigdy nie nauczę. Bo z tego co widzę to czytana przeze mnie obecnie biografia Marii Antoniny jest kolejnym nietrafionym, bibliotecznym wyborem, który męczę nie wiedzieć czemu. To już jednak temat na inny, równie mało wesoły wpis...

      Ocena: 1/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2012 19:43
  • wtorek, 24 stycznia 2012
    • Flawia de Luce razy trzy

      No i dopadło również mnie – zauroczenie przygodami Flawii de Luce opisanymi w trzech wciągających książkach!


      „Zatrute ciasteczko”
      Część, w której poznajemy Flawię, jej dwie starsze siostry, z którymi rodzinne pożycie nie układa się naszej bohaterce najlepiej, chłodnego ojca i kilka innych barwnych postaci znacząco wpływających na akcję tego kryminału dla młodzieży. Tak, tak, kryminału – Flawia bowiem już na początku powieści znajduje w ogródku trupa i zafascynowana odkryciem nie daje się odsunąć policji od śledztwa, by ostatecznie rozwiązać frapującą zagadkę zgonu wśród ogórków, brakującego kawałka ciasta, zaginionego przed laty znaczka i wielu innych na pozór niewytłumaczalnych zdarzeń…
      Mamy więc o to do czynienia z rezolutną jedenastolatką, odrobinę zarozumiałą muszę przyznać, co nieco arogancką, i z całą pewnością wściubiającą nos nie swoje sprawy… Nie trudny charakter urzekł mnie więc we Flawii, o nie, ale jej pasja do rozwiązywania zagadek i jeszcze większa do chemii. Koleżanka po fachu, mogłabym rzec, chociaż ja nigdy nie przejawiałam aż tak niezdrowego zainteresowania truciznami… Nie miałam też swojego laboratorium w opuszczonym skrzydle domu (nie mówiąc już o opuszczonym skrzydle), z dwoma siostrami żyję w wielkiej zgodzie i przyjaźni, a o jeżdżeniu rowerem raczej wolałabym zapomnieć (niż stale rozbijać się damką po bezdrożach), ale jakiś sentyment się pojawił, nie opuścił do końca trzeciego tomu i nadal trzyma.

      Ocena: 4.5/6


      „Badyl na katowski wór”
      Druga część dotycząca Flawii i jej rodzinnego Buckshaw, podobała mi się nawet bardziej niż pierwsza. Jednym tchem przeczytałam o perypetiach naszej bohaterki z wędrownym teatrzykiem kukiełkowym, o furiacie porażonym prądem, o niejasnej śmierci małego chłopca przed kilku lat…  Flawia jak zwykle jest w centrum wydarzeń, zręcznie wypytuje mieszkańców miasteczka, zdobywa potrzebne jej informacje, przeprowadza fascynujące próby chemiczne by dowieść swoich teorii… Słowem robi wszystko to, czym zdobyła sobie moją przychylność w „Zatrutym ciasteczku”. I jeszcze więcej. Ku mojemu rozczarowaniu charakter Flawii nie poprawił się jednak nawet odrobinę ;)
      „Badyl na katowski wór” ujął mnie bardzo plastycznymi opisami kukiełkowych przedstawień, odrobinę staroświecką i mroczną atmosferą, niebanalnymi rozwiązaniami opisanych wydarzeń. Historia całkowicie mnie pochłonęła!

      Ocena: 5/6


      „Ucho od śledzia w śmietanie”
      W Buckshaw minęło lato i nastała jesień, ale seria tajemniczych morderstw nadal trwa. Tym razem trupem pada miejscowy  chuligan i kłusownik, a pada w sposób wielce efektowny bo zwisając z fontanny. Gdyby tego było mało w miasteczku pojawia się cyganka, której namiot płonie (oj, maczała w tym palce Flawia, maczała) a ona sama zostaje napadnięta i poważnie pobita (tym razem Flawia jest zupełnie niewinna). W ślad za cyganką do Buckshaw przyjeżdża jej wnuczka, Porcelana, i wydaje się przez chwilę, że Flawia znalazła wreszcie bratnią duszę, niestety – dusza ta wierna swej cygańskiej naturze ma tendencje wybitnie wędrowne i raz po raz pojawia się i odchodzi.
      „Ucho od śledzia w śmietanie” opowiada równie ciekawą historię jak dwie poprzednie części, ale po jej skończeniu miałam wrażenie, że nie wszystkie kwestie zostały należycie wyjaśnione, jak na przykład poruszany kilkakrotnie wątek przegonienia cyganów przez ojca Flawii po śmierci jej mamy (nie dowiadujemy się czy tak rzeczywiście było, a jeśli tak to dlaczego), zabytkowych złotych lisów z salonu rodziny de Luce, ubrania przez Porcelanę sukni zmarłej Harriet… O ile nie był to celowy zabieg i wszystkie wyjaśnienia otrzymamy w następnej książce, to uważam, że takie niedociągnięcia są poważnym minusem „Ucha…”, które nie wystąpiły w poprzednich częściach, a co za tym idzie muszę uznać tą powieść za ciut słabszą od swoich poprzedniczek. Szkoda. Nie zniechęca mnie to jednak i z niecierpliwością czekam na więcej!
      

      Ocena: 4-/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 stycznia 2012 12:37
  • poniedziałek, 09 stycznia 2012

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com