labirynt

Wpisy

  • czwartek, 13 stycznia 2011
    • Pierwszy stosik w Nowym Roku - czyli nic tak nie cieszy książkoholika :)

      Miałam się ograniczać i już w styczniu poległam z kretesem. Tak, moi Drodzy, chodzi o nowe książki. Jak na złość (a może szczęśliwym zrządzeniem losu ;) trafiam ostatnio na same okazyjne ceny - a to w empiku promocja, a to na allegro bardzo dobra oferta, a to niespodziewana chojność mojego M. - i tym sposobem mam już pierwszy noworoczny stosik, a drugi - allegrowy - formuje się powoli w małą wieżyczkę ;)

      Jestem od niedawna dumną posiadaczką (wykorzystałam do zdjęcia ostatnie dni choinki :( ):

      1. "Sto butelek na ścianie" E. L. Portela - ponieważ "Seria z miotłą" prawie nigdy nie zawodzi

      2. "Kroniki czarnej kompanii" G. Cook - no nawet nie wiecie jak się cieszę, że wydawnictwo Rebis zdecydowało się na wydanie ponownie tej opowieści i wreszcie będę mogła ją poznać! I to w takim pięknym wydaniu!

      3. "Koniasz. Wilk samotnik" t.1 M. Zamboch - lubię historię o Koniaszu, sprawnie napisane fantasy dostarczające rozrywki w ciemne wieczory. Niestety - nie udało mi się na razie kupić tomu drugiego.

      4. "Koniec pana Y" S. Thomas - o książce tej wspomniała w swojej przedświątecznej liście padma, a ja się skusiłam :)

      5. "Oskarżona: Wiera Gran" A. Tuszyńska - wiele lat temu przeczytałam artykuł na temat Wiery Gran i niezwykle zaciekawiły i wzburzyły mnie losy tej śpiewaczki, cieszę się, że będę mogła poznać jej historię w szerszym kontekście

      6. "Krew królów" J. Thorwald - historia hemofilii przedstawiona przez literackiego mistrza opisywania faktów. W dodatku na przykładzie trzech arystokratów, z czego jednym jest mały carewicz Aleksander Romanow leczony przez Rasputina. A ja mam ogromną słabość do Romanowów, zaginionych księżniczek i niebezpiecznych szarlatanów...

      7. "Godzina detektywów" J. Thorwald - 30% zniżki w empiku nie zdarza się co dzień, trzeba więc korzystać z okazji - ja skorzystałam. Z oczywistych (cenowych...) względów wcześniej tylko chodziłam "wokół" tej pozycji. Nareszcie nie muszę.

      Straszne chwalipięctwo te stosiki, ale jak tu się powstrzymać? Wy mnie przynajmniej rozumiecie, prawda? :) I obiecuję poprawę. Już od lutego :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Pierwszy stosik w Nowym Roku - czyli nic tak nie cieszy książkoholika :)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 stycznia 2011 15:11
  • czwartek, 06 stycznia 2011
    • "Szkoła przetrwania. Kultowy poradnik survivalowy" Bear'a Grylls'a

      Nieustraszony Bear Grylls z kanału Discovery trafił ostatnio pod nasze strzechy także za sprawą swojej bestsellerowej książki, poradnika przetrwania w trudnych warunkach. No dobrze, przyznać się - kto nie słyszał o tym panu? Chyba niewielu. Stał się przecież nowym MacGyverem, w dodatku prawdziwym, z krwi i kości. Wszystkie leśne zabawy z dzieciństwa stanęły mi przed oczami, wszystkie strugane tępą finką patyki domagały się jednogłośnie z otchłani wspomnień - przeczytaj, przeczytaj... W dodatku książka tak ładnie wydana, twarda okładka, gruby papier, ciekawe zdjęcia... I wpadłam po uszy.

      To jest naprawdę świetna pozycja dla miłośników przygód, nawet tych - którzy jak ja - przeżywają owe przygody głównie za sprawą literackich bohaterów z bezpiecznych miękkości własnej kanapy. I świetna książka "prezentowa" dla małych i dużych chłopców. Autor, mimo iż jest doskonale wyszkolonym żołnierzem, bardzo skupia się w swojej książce na pokojowych aspektach obcowania z przyrodą, podkreśla jak o nią dbać i zostawiać w takim samym stanie, jakim zastaliśmy, promuje zdrowy styl życia i odżywiania nie popadając jednocześnie w mentorski ton. Jeśli są opisane noże (a są!) to ze zwróceniem uwagi na zagrożenie jakim mogą się stać i potępieniem postawy "patrzcie jaki mam taki siaki wyjechany w kosmos scyzoryk". Racjonalne podejście przebijało się z każdego zdania książki i uważam, że dla każdego młodego człowieka, dla którego Bear Grylls może być wzorem czy idolem, lektura okaże się pożyteczna.

      A dla mnie? Dla mnie to przede wszystkim źródło bardzo ciekawej wiedzy. Zdajecie sobie na przykład sprawę na czym polega zasada  US Air Force COLDER? Albo co to jest pemikan i pinola i dlaczego świetnie nadają się na "żelazną" rację żywnościową? Jak używać camelbacka? Do czego przyda Wam się reguła Naismitha i czemu czerwone wieczorne niebo zapowiada ładną pogodę następnego dnia? Nie wiedziałam tego wszystkiego oraz bardzo wielu innych interesujących rzeczy, a teraz wiem i jestem zachywcona. OK, może nie zapamiętam wszystkiego po jednorazowej lekturze, może jeszcze nie zbuduję samodzielnie szałasu ani nie wytropię sarny, ale o paru rzeczach będę już pamiętać na pewno i nie pójdę spać w namiocie, w którym znajduje się choćby jabłko będąc na terenie niedźwiedzi :) I że ubrania na wyprawę powinny być luźne, żeby powstałe w ten sposób "kieszenie powietrzne" zapewniały lepszą termoizolację.

      Żeby nie było tak kolorowo i słodko to mała uwaga. Postanowiłam co prawda, że odpuszczę sobie punktowanie wydawcom (redaktorom?) ich pomyłki w tekście, ponieważ obecnie NIE WYDAJE SIĘ książek bez takowych, ale jednak nie mogę. Nie w przypadku tak - pod każdym innym względem - świetnie dopracowanej pozycji. Im bliżej końca, tym więcej błędów pojawia się w tekście i nie sposób nie zauważyć, że np. w zdaniu "Absolutny bezruch zwiększa szanse, że zwierzę nie odróżni nas od tła, albo że nie nas cię zagrożenie" komuś uciekła myśl. I to dość daleko. A już zaledwie parę stron dalej mamy tabelkę, w której zupełnie nie udało się dzielenie wyrazów - myśliniki znajdują się często w środku wyrazu, którego żadna część nie została przeniesiona do następnej linijki (mam nadzieję, że zrozumieliście o co mi chodzi ;)).

      Mimo to polecam. Na prezent, na wycieczkę, a nawet na kanapę...

      Ocena: 5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Szkoła przetrwania. Kultowy poradnik survivalowy" Bear'a Grylls'a”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 stycznia 2011 17:03
  • wtorek, 04 stycznia 2011
    • Jak to jest z tymi zołzami, czyli "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy"

      Jestem osobą, która do wszelkiego rodzaju poradników podchodzi bardzo sceptycznie. Lub mówiąc bardziej bezpośrednio - bawią mnie, jeśli już któryś wpadnie mi w ręce. "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy" S. Argov kupiłam dla siostry - po troszę jako żart, po troszę by w ten dowcipny sposób zwrócić jej uwagę na pewne prawidłowości zachowań, w które popadła. Ale żeby żart nie okazał się niesmaczny, postanowiłam niedoszły jeszcze prezent najpierw przeczytać.

      Na szczęście książka - o ile tylko potraktować ją z przymrużeniem oka - nie jest zbiorem farmazonów, a jedynie motywatorem dla kobiet - by były silne i stawiały na swoim, zachowując przy tym wdźięk i kobiecość. Nie spodziewałam się, że i ja znajdę w poradniku coś dla siebie. Ale w zabawny, lekki sposób autorka zwróciła mi uwagę na pewne moje zachowania, z których chyba nie do końca zdawałam sobie sprawę, a które przy niewielkim nakładzie wysiłku mogłabym zmienić dla swojego i partnera zadowolenia. Mówiąc wprost - mogłabym mniej zrzędzić i gderać, a zalegające w zlewie brudne naczynia olać ciepłym strumieniem obojętności. Jednak autorka nie znalazła we mnie wiernej wyznawczyni głoszonych prawd, gdyż odniosłam wrażenie, że kolejne rozdziały pozostawały do siebie w pewnej sprzeczności. Bądź silna, stawiaj na swoim, ale nie zrzędź - niech on się do myśli, co cię wkurzyło bez zbędnego gadania. Tylko pamiętaj, że mężczyźni się "nie domyślają". Bądź niezależna, nie potrzebujesz faceta do szczęścia - ale rób wszystko, by go zatrzymać przy sobie. Byle z dystansem i nie okazując zaangażowania. Być może nie potrafię wyłapać tej subtelnej granicy pomiędzy byciem słodką brzoskwinią, a twardą pestką owej brzoskwini, tym niemniej po lekturze poczułam w głowie zamęt, którego wcześniej nie miałam. Tylko czy to zmuszenie do myślenia i analizowanie też nie powinno być książce zapisane na plus, nawet jeśli temat przemyśleń jest błahy?

      Nie żałuję czasu poświęconego na czytanie, uważam też, że prezent spełni swoją rolę, a na zakończenie podam cytat, który pada w książce, a który niezwykle przypadł mi do gustu: "Tuż po ślubie zawarliśmy umowę. Postanowiliśmy, że jeśli chodzi o nasze wspólne życie, ja będę podejmował wszystkie wielkie decyzje, a moja żona będzie podejmowała wszystkie małe decyzje. Od pięćdziesięciu lat stosujemy się do tej umowy. Uważam, że dzięki temu jesteśmy udanym małżeństwem. Zastanawiające jest jednak to, że przez pięćdziesiąt lat nie było ani jednej wielkiej decyzji." (A. Einstein)

      Ocena: 4-/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 stycznia 2011 19:03
  • czwartek, 30 grudnia 2010
    • Podsumowania, oczekiwania...

      Podsumowanie u padmy zmobilizowało mnie, żeby i u siebie jakoś streścić  mijający czytelniczy rok. A był to rok obfitujący w niezwykłe blogowe odkrycia, Wasze recenzje dostarczyły mi materiału do przemyśleń i czytania na następne 12 miesięcy. To właściwie zabawne, że można tak przywiązać się do stron osób, których się nie zna, że nie wyobraża się sobie codziennego zajrzenia na ich blogi z nadzieją na nowy tekst.

      Wiem, że i do mnie zagląda regularnie paru członków naszej czytelniczej społeczności, co niezmiernie mnie cieszy :) Czujcie się jak u siebie :)

      Ale wracając do podsumowania. Nie za bardzo mam się czym chwalić, doliczyłam się przeczytanych w tym roku około 35 książek zaledwie. Mało, mało! I piszę około, gdyż nie o wszystkich wspomniałam na blogu. Z różnych przyczyn, a najczęstszą było to, że nie wiedziałam po prostu co napisać (np. o "Dopóki mamy twarze" C.S. Lewisa czy tak wyczekiwanym przeze mnie "Pyle snów" S. Eriksona). Kiedy nie ma się nic mądrego do powiedzenia, lepiej milczeć, prawda?

      Najlepszą książką przeczytaną przeze mnie w minionym roku była zdecydowanie "Umiłowana" T.Morrison, wyzwaniowa lektura, która mnie całkowicie oczarowała i pochłonęła. Aż sama się dziwię, że wybrałam książkę, której mimo nutki realizmu magicznego nie można przecież zaliczyć do literatury fantasy, a zawsze wymieniam literaturę fantasy jako moją ulubioną :) To kolejny dowód na moc blogów książkowych, Waszą moc - prawdopodobnie nigdy nie sięgnęłabym po tą książkę gdyby nie Wy, a teraz bez wahania wybieram ją jako moją najbardziej trafioną lekturę mijającego roku. Pozostaje mi tylko podziękować :)

      Mam mocne postanowienie podwoić liczbę przeczytanych przeze mnie książek w roku  2011 :) Z całą pewnością pomogą mi w tym liczne nowości, które już w styczniu zaleją nasze księgarnie. I tak - Panie i Panowie - ogłaszam, że już mam zamówioną w empikowej przedsprzedaży kolejną część cyklu Czarne Kamienie Anne Bishop (to informacja specjalnie dla Ciebie, clevero :))

      Wracam więc do swoich "fantastycznych" korzeni ;) Na potwierdzenie, kolejna wyczekiwana przeze mnie nowość, "Nakręcana dziewczyna; Pompa numer sześć" z serii Uczta Wyobraźni wydawnictwa MAG:

      Czy można się oprzeć takiej pięknej okładce? A MAG w szczególności zadba, żeby na początku roku nie zabrakło nowości na sklepowych półkach -Czarny Pryzmat, Nova Swing, Szaleństwo Aniołów. Wiem, obiecywałam sobie po szopkach z "Pyłem snów", że już nigdy więcej, ale oni po prostu wydają dobre książki... W dodatku ładnie je wydają, no. A ja słaba istota jestem :P Dlatego też nie podejmuję żadnych durnych postanowień w stylu "w tym roku to już żadnej nowej książki", bo i tak ich nie dotrzymam... Ale ograniczyć się spróbuję, i czytać to co mam wreszcie a nie polować w bibliotekach :)

      Zamierzam też wreszcie uskładać na własne, kolekcjonerskie wydanie "Wiedźmina" A. Sapkowskiego - tak, tak, znam te książki na pamięć, tym bardziej powinnam mieć własne egzemplarze w końcu :)

      Za granicą z kolei wydaje się tak dużo książek, że ciężko się w tym wszystkim połapać. Wiem jednak na pewno czego nie odpuszczę: nowej książki Sophie Hannah "Lasting damage"

      i nowej powieści Philippy Gregory, która na razie nie doczekała się okładki.

      Moi Drodzy - wszystkiego dobrego w Nowym Roku! I trzymajcie za mnie kciuki bo 3 stycznia zaczynam nową pracę, pierwszą po studiach... Chyba będzie trzeba wreszcie dorosnąć i oby to się nie okazało zbyt bolesne. Zawsze chciałam być Wendy, ale niestety bliżej mi było do Piotrusia Pana...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Podsumowania, oczekiwania...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 grudnia 2010 10:13
  • wtorek, 28 grudnia 2010
    • Mój chłopiec piłki nie kopie, ale Niewidoczni Akademicy owszem :)

      Cierpię ostatnio na tak zwaną "klęskę urodzaju" ;) Wiem, wiem, nie powinnam się skarżyć, że na moich półkach czeka na mnie tyle wspaniałych książek, tyle nowości, które powoli przestają być nowościami, tyle wyborów, co przeczytać najpierw... No właśnie. I tu jest cały problem - ostatnio zawiesiłam się w podejmowaniu decyzji, moja biblioteczka wzbogaciła się już tak bardzo, że nie wiem od czego zacząć, a co zostawić na później, co chwilę mam ochotę na coś innego, co owocuje jedynie tym, że co i rusz zaczynam nową pozycję, żadnej nie kończąc i to bynajmniej nie dlatego, że jest słaba... Zaczynam odczuwać absurdalne poczucie winy wobec książek, które niedawno kupiłam lub dostałam bądź pożyczyłam z biblioteki i przerzucam się co chwilę na coś nowego, z niczego nie czerpiąc prawdziwej przyjemności. Zdesperowana, tuż przed Świętami, postanowiłam sięgnąć po coś sprawdzonego, po autora, który już wielokrotnie uratował mnie i moje zdrowie psychiczne pompując do mojej wyobraźni nową dawkę absurdu i cynizmu, ale też ciepła i po prostu dobrej rozrywki. Tak, moi Drodzy, to znów będzie pean na cześć Terry'ego Pratchett'a.

      Jego już-nie-tak-nowa książka "Niewidoczni Akademicy" okazała się idealna w przedświątecznej gorączce, jak i w świątecznym lenistwie. Zresztą, zaczynam sądzić, że jego książki okazują się idealne w każdej sytuacji. Tak jak zazwyczaj się dzieje w historiach ze Świata Dysku dostałam opowieść, którą już znałam, a właściwie wydawało mi się, że znałam, przedstawioną w taki sposób, że nie pozostała mi żadna wątpliwość, że to Pratchett ma rację i głosi jedynie słuszną prawdę ;) Otóż piłkę nożną wymyślono w Ankh Morpork. Tak, tak. A wybitny wkład w to jak wygląda dzisiaj i na jakich zasadach rozgrywane są mecze miał nie kto inny jak sam lord Vetinari. Tyran, którego nikt nie chce obalić, gdyż trudno sobie wyobrazić jak miasto miałoby funkcjonować bez niego. Udaje mu się nawet okiełznać magów z Niewidocznego Uniwersytetu i sprawić by robili to, czego chce, święcie wierząc, ze realizują swoje włane pomysły. Takie jak stworzenie drużyny i zagranie meczu z tymi tam, no, z plebsem...

      W książce poznajemy też kilkoro nowych postaci, którzy - moim zdaniem - mają szansę zagościć na dłużej przy okazji kolejnych książek ze Świata Dysku. Że wymienię tylko doskonałą kucharkę Glendę, odważną i traktującą wszystkich jakby dopiero co skończyli 7 lat, bezkompromisową w kwestii zapiekanek. I Nutta, goblina. Przynajmniej przedstawiającego się jako goblin. W Ankh Morpork granice tolerancji były przesuwane już tyle razy, że się od tego przesuwania nieco wytarły, jednak wciąż tam są. Gobliny są tolerowane, podobnie jak trolle i krasnoludy. Kim więc nadal lepiej nie być w Ankh Morpork? O, to jest tajemnica. Na najwyższym szczeblu. Międzynarodowa wręcz. I powiem szczerze, że ja jej nie odgadłam...

      Polecam, polecam, polecam. A przy okazji - nie uwierzyliście chyba w tę bzdurną historię z Romeem i Julią? ;)

      Ocena: 4.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 grudnia 2010 14:25
  • poniedziałek, 27 grudnia 2010
    • Podchoinkowe ukulturalnienie

      Te Święta były udane z wielu względów. Po pierwsze od początku miałam do nich pozytywne nastawienie, które nie dostało obuchem po głowie i nie zostało sprowadzone na ziemię, tak więc do końca utrzymałam dobry humor. Po drugie pławiłam się w błogim lenistwie nie pozwalając by tak jak w zeszłym roku szał przygotowań zepsuł mi całą przyjemność. Po trzecie miałam bardzo ciepłą, polarową piżamę, w której przechodziłam, przepraszam - przeleżałam - prawie cały pierwszy dzień Świąt. Po czwarte jedzenie było przepyszne, a ciasta, które upiekłam naprawdę smacznie wyszły. Po piąte... mogę tak w nieskończoność. Przejdźmy więc od razu do chwalenia się :) Razem z moim M. zostaliśmy w tym roku odpowiednio ukulturalnieni, z czego oboje bardzo się cieszymy.

      W ramach chwalenia się, muszę jeszcze dodać, że wszystkie prezenty były wspaniałe i trafione, aż dziw bierze, że tak się to wszystko ładnie złożyło :) Co niestety sugeruje, że w przyszłym roku, w ramach jakiejś kosmicznej sprawiedliwości może być znacznie gorzej ;) No ale nie zapeszajmy.

      Mam nadzieję, że i u Was wszyscy Mikołaje dobrze się spisali :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Podchoinkowe ukulturalnienie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 27 grudnia 2010 14:02
  • piątek, 24 grudnia 2010
  • poniedziałek, 29 listopada 2010
  • środa, 24 listopada 2010
    • "Zapomniany ogród" i redaktorskie "kwiatki"

      Ostatnich kilka wieczorów spędziłam otulona w koc po sam nos i czytając wreszcie dość szeroko omawianą swojego czasu na blogach książkę Kate Morton. I doprawdy nie wiem czy to jakaś jesienno/zimowa złośliwość mnie dopadła, ale "Zapomniany ogród" jest moim kolejnym literackim rozczarowaniem. Niezbyt dużym, ot takim jedynie na zrobienie kwaśnej miny, ale jednak...

      Pomysł na fabułę może nie jest oryginalny (jest jakieś podobieństwo pomiędzy "Zapomnianym ogrodem" a "Tajemniczym ogrodem" - nie chcąc spoilerować dzielę się tylko odczuciem), ale ciekawy - smutna kobieta wyrusza w podróż na drugi koniec świata by rozwikłać tajemnicę swojej równie smutnej babki. Babki, która jako mała dziewczynka znalazła się sama na wybrzeżu Australii, bardzo daleko od domu i zupełnie nie pamiętając swojej wcześniejszej historii... Bardzo pogmatwanej historii, muszę przyznać. Rozdziały współczesne poprzeplatane są tymi z czasów wiktoriańśkich, i to właśnie te drugie sprawiły mi najwięcej przyjemności w czytaniu. Tak naprawdę ogólnie czyta się książkę dobrze, może nie była tak wciągająca jak na to liczyłam, ale przeczytałam ją dość szybko i sprawnie... Skąd więc moje zastrzeżenia?

      Pojawiły się już po przeczytaniu, kiedy zastanawiałam się nad recenzją... Doszłam do wniosku, że autorka chyba nie do końca wyjaśniła całą zagadkę - i to nie tyle czytelnikowi, co głównej bohaterce książki. Ale największym minusem - co oczywiście nie jest winą autorki - są błędy występujące w całej powieści. A to pomylone imię, a to jakaś dziwna stylistycznie figura, a to użycie słowa "magnez" w porównaniu, w którym przywykliśmy do słowa "magnes"... Jeden taki błąd byłby irytujący, cała ich masa nasuwa myśl o braku szacunku dla czytelnika.

      Ale jak mówiłam - jest zimno, ciemno i mokro. Mogę być przewrażliwiona. A może Wy polecicie mi coś, co zwali mnie z nóg?

      Ocena: 3.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „"Zapomniany ogród" i redaktorskie "kwiatki"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      środa, 24 listopada 2010 15:54
  • niedziela, 21 listopada 2010

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com