labirynt

pozytywnie

  • wtorek, 26 marca 2013
    • Akcja - zabawna edukacja! O książkach dla nauczycieli.

      Dzięki uprzejmości Wydawnictwa Impuls miałam okazję zapoznać się i wypróbować w praktyce cztery niezwykłe książeczki autorstwa Doroty Niewoli – „Zabawy matematyczne”, „Zabawy inscenizacyjne o tematyce przyrodniczej”, „Jesteśmy aktorami. Scenariusze teatrzyków dziecięcych” oraz „Zabawy integracyjne i nie tylko”.

      Seria książeczek dla wychowawców przedszkolnych i nauczycieli nauczania początkowego dostarcza wiele pomysłów na nowe zabawy, wyliczanki, wierszyki i teatrzyki dla dzieci. Ponieważ pracuję w tzw. edukacji nieformalnej, ucieszyłam się z możliwości poszerzenia zbioru aktywności, które mogłam zaproponować dzieciakom. Książeczki nie są duże – najgrubsza z nich, „Zabawy integracyjne i nie tylko”, ma zaledwie 149 stron – ale bogate w pomysły. Treści są zaserwowane przejrzyście, dużą czcionką, ozdobione zabawnymi ilustracjami (czarno-białymi) – całość sprawia więc wrażenie bardzo przyjaznej. I taka właśnie jest!

      Przy całej mojej sympatii do tych książeczek, muszę jednak podkreślić, że pożytek z niej będą mieli głównie nauczyciele i opiekunowie młodszych dzieci (4-6 lat). Wiele proponowanych zabaw opiera się na podobnym schemacie, zmienia się tylko np. wierszyk lub wiodąca postać, dlatego nie należy oczekiwać skomplikowanych czy bardziej złożonych propozycji. Nie jest to jednak wada gdy mówimy o przedszkolakach – wśród nich każda wypróbowywana przeze mnie zabawa wzbudzała podobny entuzjazm.

      Najbardziej przypadła mi do gustu niespełna stustronicowa pozycja pod tytułem „Jesteśmy aktorami. Scenariusze teatrzyków dziecięcych”, w której można znaleźć propozycje krótkich przedstawień na niemal każdą okazję. Patrząc za okno, warto by chyba odegrać scenariusz pod tytułem „Żegnamy zimę i witamy wiosnę” ;)

       Wszystkie propozycje zawarte w książeczkach są dość proste i oczywiste dla dorosłego czytelnika. Ale znając dzieci i ich sposób pojmowania świata, wiadomo, że właśnie taki sposób podania informacji (np. o burzy, figurach geometrycznych czy opiece nad zwierzętami) dociera do nich najlepiej. Najtrudniejsze treści znajdują się zapewne w „Zabawach matematycznych”, ale nawet tutaj zadbano o jasność przekazu i atrakcyjną dla dzieci formę. Przy każdym tytule aktywności we wszystkich książkach z serii podany jest cel, jaki jest zamierzony przy danej zabawie, co ułatwia wybór i dostosowanie się do aktualnych zadań dzieci. Często pojawiają się również dodatkowe sugestie, jak dzięki proponowanym scenariuszom zachęcić dzieci do dalszego działania (np. odnowienia budki dla ptaków na zimę).

      Dobrze, że na polskim rynku wydawniczym pojawiają się takie pozycje – niezbyt obszerne, niezbyt drogie, a naprawdę inspirujące do pracy z dziećmi - dlatego, że będąc dorosłym tak łatwo zapomnieć, jak wyglądał świat, gdy patrzyliśmy na niego oczami dziecka. Książki Doroty Niewoli przypominają, że nie potrzeba drogich zabawek czy nad wyraz wyszukanych zajęć by zapewnić dzieciom niezwykłe chwile – wystarczy kawałek podłogi i dorosły z pomysłem, a wtedy nawet skomplikowana matematyka okazuje się prosta i zabawna.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 marca 2013 19:30
  • niedziela, 24 lutego 2013
    • "Pierwszy śnieg" Jo Nesbo

      Muszę przyznać, że chociaż lubię styl Jo Nesbo, pod koniec czytania „Trylogii z Oslo” byłam już nieco znużona. Dlatego zrobiłam sobie przerwę od norweskiego pisarza i komisarza Hole – co wyszło nam wszystkim na dobre. Kiedy więc ostatnio natrafiłam w bibliotece na „Pierwszy śnieg” i poczułam, że minęło już dość czasu, by znów wyruszyć tym szlakiem, nie rozczarowałam się. Powiem więcej, „Pierwszy śnieg” podobał mi się najbardziej z przeczytanych dotychczas przeze mnie książek autora.

      Tym razem Harry Hole ma za przeciwnika nie byle kogo – pierwszego norweskiego seryjnego zabójcę! Wyjątkowo brutalnego, bezwzględnego i – jak okaże się w trakcie śledztwa – działającego od wielu lat, zawsze z nastaniem pierwszego śniegu. Zabójca jest inteligentny i norweska policja nie raz i nie dwa zostanie wywiedziona przez niego w pole. A tymczasem kolejne ofiary są znajdowane w coraz bardziej makabrycznym stanie. Gdy do kłopotów komisarza Hole dodać – oprócz jego zwyczajowej walki z alkoholizmem – nielojalnego współpracownika i najwyraźniej osobisty stosunek mordercy do jego osoby – robi nam się niezła mieszanka wybuchowa.

      Od tej książki odrywałam się tylko w przypadku najwyższej konieczności. To jest właśnie taki kryminał, jak można sobie wymarzyć na zimowe wieczory. Pomysłowość mordercy była chorobliwie fascynująca, a komisarz Hole stresująco bezradny – co nieomal doprowadziło mnie do obgryzania paznokci. Niby Harry nie traci nic ze swojego błyskotliwego podejścia do spraw, niby nadal potrafi znaleźć ślad, tam gdzie inni nie widzą nic, a jednak ciągle jest o dwa kroki za zabójcą, daje się wodzić za nos i pod koniec książki staje nad krawędzią. Dosłownie i w przenośni.

      Polecam serdecznie – pamiętajcie tylko, żeby nie winić mnie, jeśli po lekturze zaczniecie czuć się nieswojo na widok śniegowych bałwanów…

      

      Ocena: 5/6

      P.S.: W odróżnieniu od tytułu książki, ten śnieg, który pada za oknem mógłby wreszcie być ostatnim - w tym roku zupełnie nie mam cierpliwości do zimy. Niech się już skończy!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 lutego 2013 07:40
  • sobota, 12 stycznia 2013
    • "Dziedzictwo" Katherine Webb

      Na święta koleżanka pożyczyła mi „Dziedzictwo” – książkę doskonale wpisującą się w nurt powieści o starych domach i rodzinnych tajemnicach, o zagubionych kobietach, które dzielą pokolenia a łączą więzy krwi. Bardzo dobry typ książki na wiele okazji, tyle, że jednym autorom (a najczęściej autorkom) wychodzi on lepiej, a innym gorzej. „Dziedzictwo” na szczęście zalicza się do tej pierwszej kategorii.

      Mamy zatem starą posiadłość angielską – dom, który współczesne bohaterki tej książki (dwie siostry) mają odziedziczyć w spadku po swojej niesympatycznej babce, o ile zgodzą się w nim zamieszkać. Nie dom jest tu jednak najważniejszy, po prawdzie został potraktowany dość po macoszemu, jego opis nie wlał do mojej głowy przekonującej wizji. Najważniejsze wydarzenia dzieją się bowiem poza nim, przy okolicznym stawie, na niedalekich łąkach gdzie obozują Cyganie. A także w przeszłości, w dalekiej Ameryce, wiele kilometrów czasoprzestrzeni od niego, od miejsca gdzie stoi sobie z lekka zaniedbany, symbolizując nieszczęście i samotność, jakiego doświadczają w nim kolejne zamieszkujące go kobiety.

      Siostry również nie garną się do odebrania spadku, zwłaszcza starsza, pogrążona w depresji Beth, która lepiej od młodszej Eriki pamięta wydarzenia ostatniego lata, które spędziły z babką. Tragicznego lata, kiedy to bez wieści przepadł ich kuzyn, Henry, kilkuletni chłopiec o jasnych włosach. Do dziś nie wyjaśniono co się z nim stało, jednak zachowanie dziewczynek sugerowało, że wiedziały więcej, niż chciały powiedzieć. Z czasem jednak pamięć Eriki się zatarła, za to Beth zamknęła się szczelnie w pancerzu milczenia i choroby, nie dopuszczając do siebie nikogo na tyle blisko, by poznał jej sekret. Teraz jednak obie, postawione przed koniecznością uporządkowania rzeczy babki, znajdą się w Starton Manor, i będą musiały stawić czoła wspomnieniom, rodzinnym tajemnicom i dawnym znajomym.

      Najciekawszą częścią książki są jednak dla mnie rozdziały poświęcone historii ich prababki – Caroline, która mieszkając wcześniej w Nowym Jorku, udała się na Dziki Zachód, kierowana miłością do ledwie co poznanego męża. Historia dobrej i wrażliwej dziewczyny przemieniającej się powoli w zgorzkniałą i znerwicowaną kobietę była bardzo poruszająca. I nie mąż tutaj zawinił, czuły i kochający, ale dzika natura, rozległa preria, ciężkie warunki do jakich Caroline, dziewczyna z miasta otoczona przez służbę, nie była nawykła. Mimo dobrej woli, mimo starań, mimo wzajemnej miłości, Caroline stacza się coraz bardziej ku samodestrukcji, by nagle znaleźć się, zupełnie odmieniona, w Anglii, jako mężatka podstarzałego hrabiego. W jej papierach nie ma ani słowa o amerykańskim mężu, ani o dziecku, które trzyma na kolanach na pewnej bardzo, bardzo starej fotografii…

      I chociaż cała powieść była interesująca i wciągająca, to jednak właśnie dla kolei losu Caroline warto ją przeczytać. Autorka nakreśliła niesamowitą historię, nieprawdopodobną, a jednak wydającą się być możliwą. Współczesne losy sióstr, prawnuczek Caroline, przekonały mnie zdecydowanie mniej i zdecydowanie mniej urzekły. Tajemnica sprzed lat bije na głowę tajemnicę dzisiejszą, dramaturgia wydarzeń wcześniejszych niemal nie pozwala przejąć się obecnymi. Ale co zrobić. Takie mamy czasy, że sekrety i stare domy trudniej jest utrzymać.

      Ocena: 4.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Dziedzictwo" Katherine Webb”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 12 stycznia 2013 18:27
  • poniedziałek, 15 października 2012
    • "Moja siostra, moja miłość" - Joyce Carol Oates

      „-Przecież cały ból, który odczuwamy, jest w naszych głowach, mamusiu. Ból rejestruje się wyłącznie w mózgu i jeśli go czujemy, to znaczy, że jest prawdziwy.

      Mamusia roześmiała się z irytacją.

      - Jezus potrafi ująć nam bólu, jeśli taka Jego wola. (…) Ból Bliss nie jest prawdziwy, a jeśli jest prawdziwy, to Jezus go od niej zabierze. I Bliss Rampike zdobędzie mistrzostwo Turnieju Szaleństw na lodzie i tatuś będzie z nami na lodowisku, będzie oglądał, jak ją koronują, i tego wieczoru będziemy świętowali całą rodziną, a potem tatuś pojedzie z nami do domu.” ("Moja siostra, moja miłość" J.C. Oates)

      Dużo dobrego słyszałam o książkach Joyce Carol Oates, ale kiedy jakiś czas temu spróbowałam przeczytać „Córkę grabarza” potknęłam się o ciężką depresyjność pierwszych stron i dałam sobie spokój. Aż do ostatniej wizyty w bibliotece, kiedy to w moje ręce wpadła wreszcie „Moja siostra, moja miłość” – i dałam się skusić.

      Już po kilku pierwszych stronach wiedziałam, że książka nie będzie łatwa i przyjemna. I że szalenie mi się spodoba.

      Nastoletni Skyler opowiada w niej historię krótkiego życia, oszałamiającej kariery i brutalnej śmierci swojej małej siostrzyczki – cudownego dziecka, wspaniałej łyżwiarki – Bliss Rampike. Bogaci rodzice, ekskluzywna dzielnica, doskonałe szkoły – za tą fasadą amerykańskich przedmieść często kryją się prawdziwe, choć nieoczywiste, dramaty. W świecie gdzie wyznacznikiem sukcesu są kręgi towarzyskie, w których się obracasz, rodzice Skylera i Bliss pogubili się po drodze, stracili z oczu swoje dzieci, a widzieli jedynie tabloidowe nagłówki i telewizyjne reflektory. W świecie, w którym mała dziewczynka żyje w przekonaniu (nie bez racji, niestety), że jest ważna i kochana jedynie tak długo, jak długo odnosi zwycięstwa, tylko jej kilka lat starszy brat widzi jej samotność i strach. Mały mężczyzna mamusi, który nagle zszedł na dalszy plan i musi przełknąć swoją zazdrość i upokorzenie, by stać się oparciem dla coraz bardziej zagubionej siostry. A ileż oparcia jest w stanie dać dziewięciolatek? I co ma zrobić kiedy już wie, że nie dał rady? Bo mała Bliss zostaje zamordowana, we własnym domu - tajemnicza zbrodnia, która nigdy nie zostaje do końca rozwiązana, rodzinna tragedia, która ma być może drugie dno, opuszczony chłopiec, który nie potrafi poradzić sobie z tym co się stało i dlatego próbuje odtworzyć wydarzenia relacjonując, dla nas, czytelników, całą historię, a może robi to dla siebie, żeby zrozumieć, żeby sobie przypomnieć o czym kazano mu nie pamiętać…

      Pewnie nie znajdzie się wiele osób, które pochwalałyby amerykańskie wybory „małych miss” – dziwne konkursy dla małych dziewczynek ubranych i wymalowanych jak dorosłe kobiety (chociaż – czy jakaś dorosła kobieta ubiera się tak i maluje?), którym zawzięcie kibicują fanatyczne matki podpowiadając z miejsca dla publiczności te okropne układy, w których kilkulatki prężą się w obcisłych kostiumach i kusząco kręcą biodrami, rozsyłają całusy i mrugają zalotnie – pewnie nie. A jeśli tak, ta książka powinna ostatecznie otworzyć im oczy na to, co robi się tym dzieciom. Bo Bliss żyła bardzo podobnym życiem – faszerowana lekami przeciwbólowymi, zmieniana nie do poznania w gabinetach kosmetycznych i fryzjerskich, ubierana w seksowne stroje i uczona odpowiednich układów tanecznych, a także tego jak powinna się uśmiechać i co mówić… Wszystko obliczone na jak największy efekt przez jej neurotyczną, despotyczną, fanatycznie religijną matkę, do której naprawdę ciężko wzbudzić w sobie sympatię.

      Fascynująca i przerażająca książka, do tego fantastycznie napisana. Wiarygodna narracja, wciągający sposób opisywania zdarzeń i porywająca historia… Mogę tylko polecać, polecać i jeszcze raz polecać.

      Ocena: 6/6

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 15 października 2012 08:11
  • poniedziałek, 13 sierpnia 2012
    • Warto przeczytać - "Matylda Savitch"

      Miałam ostatnio ochotę na coś naprawdę lekkiego, wakacyjnego, letniego. Ale sięgnęłam po „Matyldę Savitch” Victora Lodato, bo zachęcająco patrzyła na mnie z półki i nie przerażała objętością (po 700 stronicowym i trudnym „Everville” potrzebowałam czegoś bardziej „standardowego”). Rzut oka na słowa „Wspaniała książka, straszna książka. Opowieść przepełniająca jednocześnie radością i rozpaczą”, którym książkę reklamowano w Time Out New York i już wiedziałam, że lekko i wakacyjnie nie będzie, ale pierwsze słowa „Chcę być okropna, chcę robić złe rzeczy, bo niby czemu nie?” przykuły mnie do książki i nie puściły do samego końca.

      Podobno jest to historia o dojrzewaniu, ale ja nie to w niej zobaczyłam. Dla mnie dużo bardziej była to opowieść o samotności, opuszczeniu, wyobcowaniu. Próbie dopasowania się przy jednoczesnym poczuciu, że własna niezależność jest cenna i wyjątkowa. Przede wszystkim jednak – o stracie, o niezagojonej ranie i próbie wyjaśnienia tego, czego wyjaśnić się nie da.

      Matylda ma 13 lat, jedną przyjaciółkę, wysokie mniemanie o sobie i obsesję. Jej starsza siostra, Helena, zginęła rok wcześniej pod kołami pociągu, i dziewczynka nie potrafi sobie z tym poradzić. Pozbawiona wsparcia rodziców, którzy sami nie mogą unieść ciężaru tragedii, owładnięta myślami o siostrze, która stała się w domu tematem tabu, przeszukująca rzeczy zmarłej i odkrywająca jej niezbyt przyjemne sekrety, stawia sobie za cel swoistą krucjatę – wywołać jakąkolwiek reakcję rodziców, zmusić ich do stawienia czoła sytuacji, przywrócić ich do w miarę normalnego funkcjonowania… A przy okazji odkryć ostateczną prawdę – co stało się na torach w dniu śmierci Heleny.

      Zdecydowanie nie była to książka lekka, ale nie żałuję wyboru. Dobra literatura, fascynująca historia. Trudny, bolesny temat. A ponieważ cała powieść jest napisana z punktu widzenia Matyldy dodatkowym smaczkiem jest nierzadko szokujące spojrzenie na świat współczesnej trzynastolatki. Naprawdę warto przeczytać, polecam.

      Ocena: 5.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 sierpnia 2012 11:51
  • piątek, 23 marca 2012
    • "Igrzyska śmierci" tuż przed premierą...

      Tak to już ze mną jest, że do przeczytania pewnych książek są w stanie mnie zmobilizować dopiero zbliżające się premiery ich ekranizacji... Zawsze wolę znać książkę przed filmem i tylko serial HBO zachęcił mnie by ostatecznie ściągnąć z półki "Grę o tron" (może o niej innym razem), która przeleżała tam ładnych parę lat. Nie inaczej było z "Igrzyskami śmierci" Suzanne Collins, mimo entuzjastycznych recenzji dopiero dzisiejsza premiera ostatecznie skłoniła mnie by poznać tę historię zanim zasiądę w sali kinowej.

      I było warto. Kiedy zaczynałam czytać książkę w środę wieczorem nie byłam pewna czy zdążę. Ocknęłam się gdy noc trwała już w najlepsze, a ja dawno miałam za sobą połowę kartek.

      Pewnie większość z Was zna już fabułę książki - akcja toczy się w przyszłości, kiedy to mieszkańcy państwa Panem zmuszani są do wystawienia co roku po dwójce dzieci z każdego jego regionu, aby wzięły udział w Głodowych Igrzyskach. Zwycięzca może być tylko jeden, reszta musi zginąć. Najlepiej w jak najbardziej dramatyczny i spektakularny sposób, aby reszta społeczeństwa miała rozrywkę śledząc rozgrywki na ekranach telewizorów. Okrutne? Przerażające? Nieludzkie? Owszem. Ale też nic nowego pod słońcem - znamy to już co najmniej od czasów gladiatorów. Z tą różnicą, że w przypadku "Igrzysk śmierci" chodzi o coś więcej niż tylko uciecha tłumu, chodzi o przypomnienie kto rządzi w Panem, jak mało znaczy dla nich ludzkie życie i do czego prowadzą rebelie...

      Całą historię poznajemy z ust i myśli głównej bohaterki - Katniss, która zgłasza się na ochotnika by ocalić od wątpliwego zaszczytu uczestniczenia w igrzyskach swoją młodszą siostrę, Prim. Kat jest odważna, sprytna, zwinna i całkiem nieźle strzela z łuku... Czy to jednak wystarczy by pokonać pozostałych 23 uczestników? Zwłaszcza jeśli jednym z przeciwników zostaje chłopak - Peeta, który kilka lat wcześniej uratował ją i jej rodzinę od śmierci głodowej, a innym okazuje się dwunastolatka niezwykle przypominająca Prim... Nie można też zapominać o kilku innych osobach, którzy w przeciwieństwie do Katniss pochodzą z bogatszych dystryktów, są lepiej odżywieni i przygotowani, zdobywają też większość z dostępnych na starcie igrzysk zapasów żywności i broni. Zdecydowanie jednak łatwiej mierzyć się z ranami, pragnieniem i wyczerpaniem niż z wystawionymi na próbę (i publiczny wgląd) emocjami i moralnymi dylematami. Co zwycięży - pierwotny instynkt przetrwania czy lojalność i miłość? I na co komu lojalność i miłość skoro zwycięzca może być tylko jeden, już organizatorzy tego dopilnują? Czy Katniss ma w ogóle jakieś szanse?

      Doskonale rozumiem czemu ta książka stała się bestsellerem. Jest świetnie napisana, opowiada niesamowitą historię, bohaterowie nie są cukierkowi i jednowymiarowi. Tak naprawdę Katniss potrafi porządnie zirytować. Ale wie też jak się przeżywa przygodę. Dzięki autorce czułam się jakbym i ja była na arenie, płakałam razem z bohaterką, nie mogłam pogodzić się z niesprawiedliwością systemu, w którym przyszło jej żyć, autentycznie "gryzłam się" losem pozostałych uczestników, wzruszyło mnie oddanie Peety... "Igrzyska śmierci" są dla mnie trochę lżejszą, młodzieżową wersją "Wielkiego marszu" Kinga. Lżejszą, bo nie tak do końca przeszytą ponurą atmosferą, odczłowieczeniem, i mimo wszystko dającą nadzieję. Kto czytał Kinga ten wie, że tam na nadzieję nie pozostało zbyt wiele miejsca. I chociaż King to mistrz, a za wcześnie jeszcze by to samo mówić o Collins, to i tak cieszę się, że wszystkie Stephanie Meyer tego świata i ich "Zmierzchy" mają konkurencję.

      Ocena: 6/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 23 marca 2012 15:56
  • wtorek, 24 stycznia 2012
    • Flawia de Luce razy trzy

      No i dopadło również mnie – zauroczenie przygodami Flawii de Luce opisanymi w trzech wciągających książkach!


      „Zatrute ciasteczko”
      Część, w której poznajemy Flawię, jej dwie starsze siostry, z którymi rodzinne pożycie nie układa się naszej bohaterce najlepiej, chłodnego ojca i kilka innych barwnych postaci znacząco wpływających na akcję tego kryminału dla młodzieży. Tak, tak, kryminału – Flawia bowiem już na początku powieści znajduje w ogródku trupa i zafascynowana odkryciem nie daje się odsunąć policji od śledztwa, by ostatecznie rozwiązać frapującą zagadkę zgonu wśród ogórków, brakującego kawałka ciasta, zaginionego przed laty znaczka i wielu innych na pozór niewytłumaczalnych zdarzeń…
      Mamy więc o to do czynienia z rezolutną jedenastolatką, odrobinę zarozumiałą muszę przyznać, co nieco arogancką, i z całą pewnością wściubiającą nos nie swoje sprawy… Nie trudny charakter urzekł mnie więc we Flawii, o nie, ale jej pasja do rozwiązywania zagadek i jeszcze większa do chemii. Koleżanka po fachu, mogłabym rzec, chociaż ja nigdy nie przejawiałam aż tak niezdrowego zainteresowania truciznami… Nie miałam też swojego laboratorium w opuszczonym skrzydle domu (nie mówiąc już o opuszczonym skrzydle), z dwoma siostrami żyję w wielkiej zgodzie i przyjaźni, a o jeżdżeniu rowerem raczej wolałabym zapomnieć (niż stale rozbijać się damką po bezdrożach), ale jakiś sentyment się pojawił, nie opuścił do końca trzeciego tomu i nadal trzyma.

      Ocena: 4.5/6


      „Badyl na katowski wór”
      Druga część dotycząca Flawii i jej rodzinnego Buckshaw, podobała mi się nawet bardziej niż pierwsza. Jednym tchem przeczytałam o perypetiach naszej bohaterki z wędrownym teatrzykiem kukiełkowym, o furiacie porażonym prądem, o niejasnej śmierci małego chłopca przed kilku lat…  Flawia jak zwykle jest w centrum wydarzeń, zręcznie wypytuje mieszkańców miasteczka, zdobywa potrzebne jej informacje, przeprowadza fascynujące próby chemiczne by dowieść swoich teorii… Słowem robi wszystko to, czym zdobyła sobie moją przychylność w „Zatrutym ciasteczku”. I jeszcze więcej. Ku mojemu rozczarowaniu charakter Flawii nie poprawił się jednak nawet odrobinę ;)
      „Badyl na katowski wór” ujął mnie bardzo plastycznymi opisami kukiełkowych przedstawień, odrobinę staroświecką i mroczną atmosferą, niebanalnymi rozwiązaniami opisanych wydarzeń. Historia całkowicie mnie pochłonęła!

      Ocena: 5/6


      „Ucho od śledzia w śmietanie”
      W Buckshaw minęło lato i nastała jesień, ale seria tajemniczych morderstw nadal trwa. Tym razem trupem pada miejscowy  chuligan i kłusownik, a pada w sposób wielce efektowny bo zwisając z fontanny. Gdyby tego było mało w miasteczku pojawia się cyganka, której namiot płonie (oj, maczała w tym palce Flawia, maczała) a ona sama zostaje napadnięta i poważnie pobita (tym razem Flawia jest zupełnie niewinna). W ślad za cyganką do Buckshaw przyjeżdża jej wnuczka, Porcelana, i wydaje się przez chwilę, że Flawia znalazła wreszcie bratnią duszę, niestety – dusza ta wierna swej cygańskiej naturze ma tendencje wybitnie wędrowne i raz po raz pojawia się i odchodzi.
      „Ucho od śledzia w śmietanie” opowiada równie ciekawą historię jak dwie poprzednie części, ale po jej skończeniu miałam wrażenie, że nie wszystkie kwestie zostały należycie wyjaśnione, jak na przykład poruszany kilkakrotnie wątek przegonienia cyganów przez ojca Flawii po śmierci jej mamy (nie dowiadujemy się czy tak rzeczywiście było, a jeśli tak to dlaczego), zabytkowych złotych lisów z salonu rodziny de Luce, ubrania przez Porcelanę sukni zmarłej Harriet… O ile nie był to celowy zabieg i wszystkie wyjaśnienia otrzymamy w następnej książce, to uważam, że takie niedociągnięcia są poważnym minusem „Ucha…”, które nie wystąpiły w poprzednich częściach, a co za tym idzie muszę uznać tą powieść za ciut słabszą od swoich poprzedniczek. Szkoda. Nie zniechęca mnie to jednak i z niecierpliwością czekam na więcej!
      

      Ocena: 4-/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 stycznia 2012 12:37
  • piątek, 01 lipca 2011
    • "Zaginione miasto Z" czyli jak zgubiłam się w Amazońskiej dżungli

      Ostatnio w mojej ulubionej bibliotece pojawia się sporo książek, po które sama sięgnęłabym na skepową półkę, ale nie zawsze mogę sobie na to pozwolić. Dlatego tylko cieszyć się ze zbieżności mojej "wish listy" i bibliotecznego katalogu. Szkoda tylko, że tak mało znajduję ostatnio czasu na czytanie, pozwalam różnym sprawom i ludziom wyczerpać mnie emocjonalnie, więc gdy znajduję już parę wolnych godzin najczęściej padam na łóżko i śpię, śpię, śpię. A do tej pory to czytanie było moim najlepszym sposobem na oderwanie się od zbyt przytłaczającej rzeczywistości! Czy obiecuję poprawę? Nie, obecnie nic nie jestem w stanie obiecać, ale spróbuję chociaż nadrobić zalegości recenzenckie.

      Najłatwiej odnieść się do książki ledwie co skończonej, jeszcze świeżo we mnie żyjącej, dodatkowo w jakiś pokręcony, metaforyczny sposób będącej dla mnie przestrogą. "Zaginione miasto Z - amazońska wyprawa tropem zabójczej obsesji" Davida Grann'a to historia prawdziwa, próbująca dociec jak doświadczony podróżnik i oskrywca pułkownik Percy Fawcett mógł dać zwieść się niejasnym mirażom indiańskiego miasta, Eldorado, miasta Z.

      Fawcett był jednym z ostatnich wielkich podróżników żyjących w naszych romantycznych wyobrażeniach przygód i odważnych czynów, jednym z nielicznych, którzy wierzyli w potencjał odkrywczy Amazonii, kiedy inni postawili już krzyżek na tym obszarze. Był niezwykle odporny na choroby, zdeterminowany, krytycznie nastawiony do słabości innych, można powiedzieć, że despotyczny, ale z całą pewnością wiedział jak poradzić sobie na nieprzyjaznym terenie. Historia przedstawiona w książce nie jest jednak obrazem sielskich wycieczek z maczetą przez dżunglę ale opowieścią o nadludzkich trudach i niebezpieczeństwie, o chmarach owadów uprzykrzających życie na każdy możliwy sposób (ze składaniem larw pod ludzką skórą włącznie) i przenoszących choroby, o wykańczającej pogodzie, wrogo nastawionych Indianach. I mimo tych wszsystkich przeciwności Fawcett zawsze sobie radził. Zawsze.

      Aż do ostatniego razu, kiedy to wiedziony wizjami tajemniczego miasta Z, wytworu nieznanej Europejczykom cywilizacji, w którą pułkownik głęboko wierzył, zabrał swojego syna Jacka i jego przyjaciela Raleigha na ekstremalnie niebezpieczną wyprawę poszukiwawczą. I ślad po nich zaginął. Historia jednak nie kończy się w tym miejscu, ale trwa dalej, bo nagłośniona medialnie wyprawa Fawcetta oraz jego zaginięcie podziałały na wyobraźnie wielu, wielu ludzi, którzy zaczęli nieomal masowo wyruszać na poszukiwania - najpierw by ocalić, potem już tylko by dowiedzieć się, co przydarzyło się podróżnikom. I często dzielili ich los. Działo się to na taką skalę, że rząd Brazylii w końcu zakazał wypraw bez specjalnego pozwolenia, a ludzi opętanych obsesją odkrycia losów ekspedycji zaczęto nazywać "świrami do Fawcetta". A szaleństwo trwa do dziś.

      Książka jest bardzo dobrze napisana, pełna cytatów pochodzących z listów i gazet, co daje poczucie, że naprawdę poznaliśmy myśli, charakter, osobowość najważniejszych postaci. Mi pozwoliła nieco zweryfikować dziecięce wyobrażenie o Amazonii pochodzące z ukochanych książek o Tomku Wilmowskim, zrozumiałam jakże fałszywym rajem musiała się ona wydać odkrywcom z początku XX wieku - tak zielona, tak bogata, tak często głodząca swoich gości na śmierć. Niezwykła przygoda. Polecam.

      Ocena: 4.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „"Zaginione miasto Z" czyli jak zgubiłam się w Amazońskiej dżungli”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lipca 2011 08:50
  • poniedziałek, 14 lutego 2011
  • czwartek, 03 lutego 2011
    • Jo Nesbo "Wybawiciel"

      Nie czytałam wcześniej żadnej książki Jo Nesbo, ale słyszałam o nich dużo (dobrego!) więc gdy w bibliotece trafił mi się "Wybawiciel" nie zastanawiałam się długo. I dobrze, bo dostałam porządną porcję skandynawskiego kryminału. I chociaż "kto zabił" wiadomo od samego początku, to "kto zlecił" pozostało dla mnie zagadką do końca.

      Zimowe, mroźne Oslo nie wydało mi się szczególnie trafionym miejscem na spędzanie zimowych ferii (ach, gdybym je jeszcze miała...) za to na arenę kryminalnej zagadki pasowało znakomicie. Na oczach tłumów, zbierając datki ginie żołnierz Armii Zbawienia i tragedia ta pociąga za sobą lawinę pytań - kto zabił? Dlaczego? Czy były to osobiste porachunki, narkotykowe machlojki czy strzał symbolicznie oddany w organizację religijną? Sprawa komplikuje się jescze bardziej gdy okazuje się, że zabójca - wydawałoby się profesjonalista - prawdopodobnie pomylił swój prawdziwy cel z przypadkową ofiarą. I gdy jego poczynania zaczynają świadczyć o utracie zimnej krwi. A jakby było mało tego wszystkiego, to ślady zaczynają prowadzić do Zagrzebia, do grupki ocalałych z wojny domowej w byłej Jugosławii... Ot, niełatwy orzech do zgryzienia i kryminalny przysmak dla wielbicieli gatunku.

      Tak jak pisałam nie znam innej twórczości pana Nesbo, wnioskuję jednak, że komisarz Harry Hole nie pojawia się w jego książkach po raz pierwszy - dużo jest wspominania przeszłości i nawiązywania do starych spraw. Nie psuło mi to jednak przyjemności z lektury, a wręcz zachęciło do poznania pozostałych tytułów.

      Ocena: 4.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 03 lutego 2011 20:26

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com