labirynt

niby wszystko dobrze, ale...

  • czwartek, 28 lutego 2013
    • Książki, których nie potrafię zrecenzować

      Przeczytałam w ostatnich tygodniach kilka nienajgorszych książek, których recenzje odkładałam „na później”. Zasiadałam do nich, napisałam kilka zdań, skasowałam, napisałam, i dalej nie byłam przekonana. A potem – wiecie jak to jest – mija tyle czasu, że takie właśnie średnie książki zacierają się w pamięci, blakną dotyczące ich myśli, wrażenia i emocje, trudno napisać o nich dłuższy tekst. Szkoda mi jednak nie zaznaczyć ich na blogu – stąd ta notka.

      „Ofensywa szulerów” – Jakub Ćwiek

      No tak, ta książka nie mieści się nawet w kategorii „przeczytana w ostatnich tygodniach”, bo zaczęłam i skończyłam ją w pewien lipcowy dzień zeszłego roku, przykuta do szpitalnego łóżka. Umiliła mi ten niezbyt miły czas i nawet muszę powiedzieć, że zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Ale kiedy zbierałam się już do recenzowania to okazało się, że uleciały mi imiona bohaterów, miałam je sprawdzić, potem zapomniałam i tym sposobem wracam do szulerów dopiero dzisiaj… Była to niezwykła historia trójki zwyczajnych ludzi, których wojenna zawierucha uczyniła całkiem niezwykłymi. Czy pomogła w tym tylko iluzja, a może prawdziwa magia? Podobne do gremlinów stworki pomagające polskiemu Dywizjonowi 303, maszyna do teleportacji i golumy chodzące sobie jakby nigdy nic po mieście… Tak, podobała mi się ta opowieść. Ale ma jeden minus. A właściwie nie opowieść ma minus, tylko jej autor – Jakub Ćwiek, który uwielbia zaczynać nowe cykle, a z kończeniem ich jest u niego znacznie gorzej. „Ofensywa szulerów” ukazała się w 2009 roku a my nadal nie mamy okazji poznać dalszych losów bohaterów, rozwiązać zadzierzgniętej intrygi. Tak samo było z „Kłamcą” –czekałam na czwarty tom na tyle długo, że gdy już się ukazał straciłam nim zainteresowanie – musiałabym przypomnieć sobie poprzednie części , a na to zwyczajnie brak mi czasu.

      Ocena:4/6

      „Szare śniegi Syberii” – Ruta Sepetys

      Historia Litwińskiej rodziny wywiezionej na Syberię za czasów rządów Stalina powinna być poruszająca. Z reguły takie historie przecież są. A ja się zawsze daję złapać. Ale tej książce zabrakło autentyzmu, dostajemy tylko poprawność, kilka sytuacji, które są obliczone na nasze wzruszenie, i przesłodzony happy end. Ogromna przepaść dzieli tą stylizowaną na prawdziwą opowieść od autentycznych wspomnień zesłańców. Przeczytać jak najbardziej można, czy polecam – niekoniecznie.

      Ocena:3/6

      „Zapach drzewa sandałowego” – Laila El Omari

      Raz na jakiś czas mam ochotę przeczytać romansidło, najlepiej historyczne, może być z nutą egzotyki. A potem wstyd się w ogóle przyznać do takiej lektury. „Zapach drzewa sandałowego” jest jednak napisany na tyle sprawnie, że warto o nim wspomnieć – tak, tak, dostaniemy dużą dawkę przewidywalnych miłosnych uniesień, ale zarówno fabuła, jak i dialogi, nie rażą swoją sztucznością. Mamy więc „starą” pannę, wyjątkowo rozgarniętą i bystrą oczywiście, rodziców, którzy za wszelką cenę chcą ja wydać za mąż za nieodpowiadającego jej kandydata, przystojnego lekarza zaręczonego już z inną, a do tego rozpustną piękną siostrę, siostrę o dobrym sercu, francuskiego zbiega (a nawet dwóch), hinduską księżniczkę i masę hinduskich niewolnic. Kolonialne Indie posiadają tutaj niepodważalny urok, a czasy dam w krynolinach, eleganckich dżentelmenów i uwodzicielskich awanturników zostały odmalowane przekonująco i interesująco. A ponieważ zdarzało mi się czytać książki w podobnym duchu – np. „Płomienna narzeczona” Iny Lorentz – które były koszmarami literackimi wydanymi chyba przez jakąś straszną pomyłkę, to muszę o „Zapachu drzewa sandałowego” powiedzieć szczerze, że to całkiem przyjemna lektura.

      Ocena: 3.5/6

      „Tych cieni oczy znieść nie mogą” – Alan Bradley

      Z przykrością umieszczam w tej zbiorczej notce również najnowszą część przygód Flawii. Mimo mojej niesłabnącej sympatii dla panny de Luce, wydaje mi się, że książki o niej wytracają impet. Oddając jednak sprawiedliwość - gwiazdka w Buckshaw ponownie przykuła mnie do fotela, dopóki nie skończyłam czytać, obowiązkowe morderstwo jest efektowne jak zawsze, a pułapkę na Świętego Mikołaja uważam za świetny pomysł. Jakąś jednak część przyjemności, którą odczuwałam czytając dwie pierwsze części cyklu utraciłam przy części trzeciej i póki co jej nie odzyskałam.

      

      Ocena: 4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Książki, których nie potrafię zrecenzować”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2013 18:19
  • piątek, 18 stycznia 2013
    • "Ziemia kłamstw" - Anna Ragde

      Nie wiem jaka atmosfera panuje w krajach skandynawskich, pewna jednak jestem, że powieści obyczajowe z tego regionu przedstawiają zawsze obraz tak niezachęcający, iż z trudem można uwierzyć, że ktoś w ogóle chce tam mieszkać. Nie inaczej jest z „Ziemią kłamstw” norweskiej pisarki Anny Ragde. To historia bolesnych relacji w rodzinie, która wydaje się właściwie nie istnieć – trzej bracia nie utrzymują ze sobą kontaktów, jedyna młoda osoba w rodzinie – córka jednego z braci widziała go tylko raz, ojciec żyje życiem wyklętego, a matka… matka jest temu wszystkiemu winna. Tak się jednak składa, że na tydzień przed Bożym Narodzeniem trafia w ciężkim stanie do szpitala, a wszystkie osoby, które chociaż teoretycznie powinny czuć się z nią związane, spotykają się na szpitalnych korytarzach. Spotkanie te są bolesne, niczym, nie przymierzając, ropiejący wrzód. A na rodzinnej farmie, na którą koniec końców wszyscy trafiają, panują niewyobrażalny wręcz brud i jeszcze trudniejsze do pojęcia obyczaje. Najnormalniejszym miejscem wydaje się dobrze funkcjonujący chlew, chluba Tora, najstarszego syna i ojca Torunn. Magrid, miejscowy przedsiębiorca pogrzebowy z ledwością jest się w stanie zmusić, żeby na farmę przyjechać. Najtrudniejsze jest to jednak dla Erlenda, najmłodszego syna, żyjącego od 20 lat w Kopenhadze ze swoim partnerem i wiodącego dostatnie życie dekoratora sklepowych wystaw. Wszyscy razem będą musieli stawić czoła tajemnicy, której strzegła ich matka, a która wywróci do góry nogami ich dotychczasowe poglądy i wizje samych siebie.

      Ciężka książka, przesycona brudem trudnego życia i ciemnych, rodzinnych tajemnic, a jednak wciągnęła mnie do tego stopnia, że nie mogłam jej odłożyć dopóki nie poznałam zakończenia. Kiedy jednak odkryłam, że autorka opisała dalsze losy rodziny w „Rakach pustelnikach”, nie popędziłam pędem do biblioteki by je poznać. I chyba nie popędzę, bo nie takich książek potrzeba obecnie w moim życiu, nawet jeśli - tak jak "Ziemia kłamstw" - są obsypane nagrodami i otoczone uznaniem (za empik.com: Anne B. Ragde otrzymała za "Ziemię kłamstw" nagrodę literacką Riksmålsforbundets, książka została także uznana przez czasopismo "VG" za najlepsza norweską powieść dekady 1999-2009, a w 2004 roku została uhonorowana Norwegian Language Prize oraz Booksellers' Prize).

      

      Ocena: 4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2013 22:00
  • czwartek, 16 sierpnia 2012
    • "Everville" Clive Barker

      Everville było marzeniem. Marzeniem małej dziewczynki i jej ojca, pionierów przemierzających dziki zachód dawno temu. Dziś? Prowincjonalne miasteczko jakich wiele. Marzenie, które stało się rozczarowaniem. Brama do innego świata. Przedsionek piekła.

      „Everville” to najbardziej surrealistyczna książka jaką kiedykolwiek czytałam. Siedemset stron walki raczej pospolicie wyglądającego dobra z bliżej niezdefiniowanym złem. Potwory, Quiditty - morze snów, brutalne morderstwa, niepewne swojego pochodzenia demony, nie napawający optymizmem ludzie… Duchy, które można zabić. Kobieta, która wyśniła kochanka na spółkę z morskimi bożkami. Dziwne. Bardzo dziwne. Raczej mi się nie podobało. Dlaczego więc nie mogłam przestać czytać?

      Nie potrafię powiedzieć za dużo o fabule, żeby nie zdradzić jakiegoś ważnego elementu. Albo po prostu nie potrafię powiedzieć o czym jest ta książka. Działo się wiele, liczne postaci miały każde swoją misję, a jednak całość wydawała się pozbawiona jakiegoś szerszego planu, klamry spinającej wszystko i wszystkich… Tak dużo niepotrzebnego cierpienia, śmierci. Kiedy teraz piszę te słowa, nasuwa mi się tylko jedno zdanie, które zostało we mnie po przeczytaniu tej książki: Zło nie potrzebuje sensu, żeby działać.

      To nie była słaba książka, książka, którą można zbyć machnięciem: „a, szkoda czasu”. Ale nie była to też, o dziwo, książka dla mnie. Patrzcie Państwo – za mało realizmu dla miłośniczki fantasy… Cóż, bywa i tak. Jednak mimo, że od początku czułam, że się z „Everville” nie zaprzyjaźnimy, mimo, że „męczyłam” książkę przez jakieś dwa tygodnie, to nie mogłam jej odłożyć, nie mogłam „odpuścić”. Była to mroczna historia, która mnie nie przekonała, a jednocześnie historia, która raz pochwyciwszy nie chciała uwolnić. Musiałam poznać zakończenie.

      Ocena: 3.5/6

      P.S.: Z Internetu wiem, że „Everville” to drugi tom trylogii „Księgi Sztuki”, z których do tej pory ukazały się jedynie dwie pierwsze książki. Można je czytać niezależnie od siebie (wynika to też z opisów na okładkach), być może jednak mój odbiór „Everville” byłby bardzie pozytywny gdybym wcześniej zapoznała się z „Wielkim sekretnym widowiskiem”. Niestety, na okładce egzemplarza, który wypożyczyłam z biblioteki próżno szukać informacji o tym, że mamy do czynienia z kontynuacją.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 sierpnia 2012 11:27
  • piątek, 03 sierpnia 2012
    • "Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein. Czyli kulinarnie.

      Uwielbiam piec. Ciasta, ciasteczka, babeczki, bułeczki. No i chleby. Wspaniała sprawa, taki własnoręcznie wyrobiony, własnokuchennie upieczony chleb. W domu pachnie, skórka parzy w palce i chrupie między zębami, a do tego ma się świadomość, co w tym chlebie jest. Żadnego podstępnego słodu jęczmiennego. Żadnego karmelu oszukańczego zmieniającego pieczywo białe w ciemne. A rodzajów chleba to jest tyle, że ho ho i jeszcze trochę. Przepisy można bez problemu znaleźć w Internecie, ale ja lubię namacalną i staroświecką formę książki kucharskiej dlatego zakupiłam sobie "Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein.

      Książka jest przepięknie wydana - na błyszczącym papierze, z doskonałymi zdjęciami (szkoda, że nie do wszystkich przepisów). Przepisy są pogrupowane według rodzajów chleba - tego pieczonego na zakwasie, na drożdżach bądź na proszku do pieczenia. Jest nawet rozdział dotyczący pieczenia w automacie do chleba z kilkoma ciekawymi przepisami. Możemy wybierać spośród bardziej tradycyjnych chlebów lub tych na słodko, sporo dobrze nam znanych, rodzimych, ale także niemało pochodzących z innych rejonów świata. Wybór jest naprawdę duży i zachęcający - nic, tylko zakasać rękawy i brać się do pracy!

      (tak, chwalę się swoim chlebem na tych zdjęciach - ale któż może mnie winić... był pyszny!)

      Mimo tego, że książka bardzo podoba mi się wizualnie i znalazłam w niej wiele interesujących przepisów, a także cennych wskazówek dotyczących wypieku chleba, nie jestem w 100% zadowolona. W przepisach brak pewnej spójności i klarowności - jedne są opisane bardzo dokładnie, w innych na próżno szukać tak istotnych informacji jak to czy używamy drożdży świeżych czy suchych. Oczywiście, mając pewne doświadczenie, można się tego domyśleć, ale skoro w jednych przepisach jest wyraźnie zaznaczone - drożdże suche lub rozczyn z drożdży świeżych, dlaczego nie ma tego w innych? Albo temperatura. Zdarzyło mi się piec chleb, który miałam włożyć do "bardzo gorącego piekarnika" a następnie po 10 minutach "zmniejszyć temperaturę". Czy bardzo gorący piekarnik to 200°C czy 220°? Zmniejszyć do 180° czy 150°? W opisach czynności sporo jest takich miejsc, które należałoby doprecyzować, aby przepis był w pełni użyteczny a nie stanowił jedynie inspirację do własnych prób opartych na wcześniejszych wypiekach.

      Dużym utrudnieniem i według mnie największą wadą książki jest brak informacji (i znów - dotyczy to większości przepisów, nie wszystkich) ile chleba otrzymamy z danych proporcji składników. W dwuosobowym gospodarstwie trzy foremki chleba to trochę za dużo szczęścia :) Oczywiście, jeśli widzę, że potrzeba 1 kg mąki żytniej i 2 kg mąki razowej, nie spodziewam się jednego bochenka - ale ile? Dwa? Trzy? Cztery? Jak mam zmniejszyć ilość składników jeśli nie wiem jakie było początkowe założenie?

      Podsumowując - ta książka to raczej słaba pomoc dla początkujących i niecierpliwych. Trzeba mieć chociaż podstawową wiedzę o pieczeniu chleba, żeby móc czerpać radość z zamieszczonych w niej przepisów. Na plus jest oczywiście przyjemna szata graficzna i to, że jak już się rozgryzie, o co w przepisie mogło chodzić, efekty są z reguły przesmaczne. Dlatego Ci, którzy lubią piec, niech sięgną po tę pozycję. Ci, którzy chcieliby prostej recepty na sukces w kuchni, niech sobie odpuszczą.

      Ocena: 4-/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „"Upiecz swój chleb" Barbary Jakimowicz-Klein. Czyli kulinarnie.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 03 sierpnia 2012 13:31
  • niedziela, 23 stycznia 2011
    • Przenikające się światy w "Małe, duże"

      Wiele zachwytów naczytałam się o książce J. Crowley'a "Małe, duże" i nastawiałam się na fantastyczną ucztę realizmu magicznego, do której - przyznaję - robiłam kilka podejść przez ostatnie pół roku. Być może nie dorosłam do tej książki, ale rozczarowałam się bardzo, męczyłam okrutnie i zmarnowałam sporo czasu podczas gdy inne książki czekają...

      A zapowiadało się bardzo dobrze. Początek jest fascynujący - oto Smoky Barnable przemierza pieszo kraj by dotrzeć na swój ślub z piękną i tajemniczą Daily Alice Drinkwater. Gdy spotyka jej rodzinę okazuje się, że nic nie jest proste, wszyscy mówią zagadkami, a dom, w którym mają zamieszkać nowożeńcy pełen jest poplątanych korytarzy i zapomnianych pokoi. Smoky, opisujący się do tej pory jako anonimowy i niewidzialny, zyskuje dzięki nowej rodzinie tożsamość i charakter, a owa rodzina dzięki niemu - gwarancję wypełnienia Opowieści.

      Opowieści przez duże O ponieważ dotyczy ona aż pięciu pokoleń Drinkwater'ów, a zaplanowana i snuta jest przez efemeryczne istoty z równoległego świata, duszki, elfy i wróżki... Niech Was jednak nie zwiodą te sympatyczne nazwy! Stworzenia owe są bowiem okrutne i wyrachowane, za nic mają ludzki los i szczęście, dbają tylko o ty by ich Opowieść się wypełniła...

      Przy okazji dostajemy przypowieść o przemijalności i stracie, o szukaniu własnej drogi i próbach walki z przeznaczeniem oraz o tym jak bezsensowna jest ta walka. O popadaniu w paranoję podejrzeń - czy to co wydaje mi się walką z narzuconą wolą nie jest właśnie wypełnianiem tej woli, wszystko przecież zostało już zapisane a Opowieść musi dobiec końca w określony sposób.

      Pisząc teraz te słowa dochodzę do wniosku, że brzmi to wszystko bardzo dobrze. Co więc "nie zagrało", że nie pozostało mi po tej książce dobre wrażenie? Naprawdę nie potrafię powiedzieć. Może metafory są zbyt pokrętne i za wiele razy jedna ukryta jest pod drugą? Może 740 stron to zbyt wiele i wystarczyłoby mniej by powiedzieć to samo? A może po prostu ta książka nie trafiła do mnie we właściwym czasie, nie padła na podatny grunt z mojej własnej winy? Na pewno jest to lektura warta rozważenia gdy chcemy książki, która nie da się połknąć na raz, gdy chcemy lekkiej nuty magii a nie ciężkiego kalibru fantasy.

      Ocena: 4-/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 23 stycznia 2011 09:10
  • środa, 24 listopada 2010
    • "Zapomniany ogród" i redaktorskie "kwiatki"

      Ostatnich kilka wieczorów spędziłam otulona w koc po sam nos i czytając wreszcie dość szeroko omawianą swojego czasu na blogach książkę Kate Morton. I doprawdy nie wiem czy to jakaś jesienno/zimowa złośliwość mnie dopadła, ale "Zapomniany ogród" jest moim kolejnym literackim rozczarowaniem. Niezbyt dużym, ot takim jedynie na zrobienie kwaśnej miny, ale jednak...

      Pomysł na fabułę może nie jest oryginalny (jest jakieś podobieństwo pomiędzy "Zapomnianym ogrodem" a "Tajemniczym ogrodem" - nie chcąc spoilerować dzielę się tylko odczuciem), ale ciekawy - smutna kobieta wyrusza w podróż na drugi koniec świata by rozwikłać tajemnicę swojej równie smutnej babki. Babki, która jako mała dziewczynka znalazła się sama na wybrzeżu Australii, bardzo daleko od domu i zupełnie nie pamiętając swojej wcześniejszej historii... Bardzo pogmatwanej historii, muszę przyznać. Rozdziały współczesne poprzeplatane są tymi z czasów wiktoriańśkich, i to właśnie te drugie sprawiły mi najwięcej przyjemności w czytaniu. Tak naprawdę ogólnie czyta się książkę dobrze, może nie była tak wciągająca jak na to liczyłam, ale przeczytałam ją dość szybko i sprawnie... Skąd więc moje zastrzeżenia?

      Pojawiły się już po przeczytaniu, kiedy zastanawiałam się nad recenzją... Doszłam do wniosku, że autorka chyba nie do końca wyjaśniła całą zagadkę - i to nie tyle czytelnikowi, co głównej bohaterce książki. Ale największym minusem - co oczywiście nie jest winą autorki - są błędy występujące w całej powieści. A to pomylone imię, a to jakaś dziwna stylistycznie figura, a to użycie słowa "magnez" w porównaniu, w którym przywykliśmy do słowa "magnes"... Jeden taki błąd byłby irytujący, cała ich masa nasuwa myśl o braku szacunku dla czytelnika.

      Ale jak mówiłam - jest zimno, ciemno i mokro. Mogę być przewrażliwiona. A może Wy polecicie mi coś, co zwali mnie z nóg?

      Ocena: 3.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „"Zapomniany ogród" i redaktorskie "kwiatki"”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      środa, 24 listopada 2010 15:54
  • piątek, 23 kwietnia 2010
    • Wojna czarownic, czyli równając w dół

      Naprawdę szkoda serii pani Carranza, która zapowiadała się świetnie w pierwszym tomie, drugi także stanowił niezłą rozrywkę, a trzeci...No cóż. Czytało się to to szybko, ale po poprzednich dwóch częściach tą byłam bardzo rozczarowana, wyglądało na to, że autorka chce skończyć historię jak najszybciej, a przy okazji zniechęcić czytelników do głównej postaci.

      Postacią ową jest Anaid, zakompleksione dziewczę, brzydkie kaczątko - które okazuje sie być wybranką z przepowiedni Czarownic i ma zażegnać spór pomiędzy złymi Odish i dobrymi Omar. W czasie trwania historii Anaid dojrzewa i rozkwita - niestety nie w pięknego łabędzia ale w rozkapryszoną, egoistyczną i zadufaną w sobie nastolatkę. Zachowania bohaterki w trzecim tomie są tak nieracjonalne i nierealistyczne (tak pamiętam, że mówimy o fantasy), że zachodziłam w głowę jak można było zmarnować tak dobrze zapowiadającą się książkę. Fabuła się rozłazi, postaci są niekonsekwentne i płaskie, a samo zakończenie takie "na siłę"... Tyle o "Przekleństwie Odi".

      Mimo słabej końcówki nie chciałabym "skazywać na potępienie" całej trylogii, ciągle jest to dość dobry cykl dla młodzieży. Pierwszy tom naprawdę mi się spodobał - zarówno w warstwie językowej, jak i fabularnej. Drugi również był ciekawie rozwiązany - historia w postaci wspomnień matki wybranki przeniosła mnie do mroźnej Skandynawi, wprost na sanie psiego zaprzęgu. Przepowiednie, przekleństwa, kobiece kultury czarownic, hiszpański folklor i odwieczna walka dobra ze złem... Zapowiadało się naprawdę dobrze. I mimo, że autorce zabrakło pomysłu na końcówkę, to i tak całą serię oceniam na 4.

      Ocena: 4/6

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Wojna czarownic, czyli równając w dół”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 23 kwietnia 2010 22:05
  • poniedziałek, 01 lutego 2010
    • "Emma i ja", Elizabeth Flock

      „Emma i ja” to historia o przemocy, strachu i bezsilności opowiedziana z perspektywy dziecka. Ośmioletnia Carrie nie ma łatwego życia odkąd jej ukochany tato został zamordowany – gnębiona przez ojczyma nie może liczyć na matkę, w szkole nieustannie jej dokuczają, a do tego cały czas martwi się o swoją sześcioletnią siostrę, Emmę. Carrie nie jest odważna, gdy jednak chodzi o bezpieczeństwo Em  gotowa jest na wiele. Na bardzo wiele.  Wyprowadzka z rodzinnego miasta jest tylko kolejnym nieprzyjemnym wydarzeniem w ciągu nieprzyjemnych wydarzeń, a rosnące bestialstwo ojczyma wydaje się pozostawać niezauważonym lub lekceważonym także przez nowe otoczenie dziewczynek.

      Tyle o fabule, i zapewniam, że bez podawania spojlerów nie można napisać wiele więcej. Mimo, że książka traktuje o bardzo poważnych i tragicznych sprawach, nie poruszyła mnie zbytnio – stylizacja na język dziecka moim zdaniem nie do końca wyszła autorce, całość brzmi zbyt sztucznie i wymuszenie. Zakończenie zaskakujące, ale tylko dla tych, którzy jak ja nie będą usilnie próbować odgadnąć zamysłu autorki. Tak, tak, łatwo mi mówić jak już je znam – ale po przemyśleniu tej kwestii twierdzę, że pomysł był dobry, niestety jego realizacja zbyt grubymi nićmi szyta, kupy się to jakoś nie trzyma i już…

      Co na plus to szybka lektura J Literki były taaaakie ogromne, że możnaby pomyśleć iż książka jest czytanką dla klas 1-3. Kilkaset stron pochłonęłam naprawdę szybko i nie męczyłam się przy czytaniu, więc jeśli ktoś poszukuje nieskomplikowanego czytadła – proszę bardzo, może sięgnąć po tę pozycję.

      Ocena: 3.5/6

      P.S.: Być może oceniam tą książkę gorzej niż na to zasługuje, gdyż po rewelacyjnej „Umiłowanej” nie mogę sobie jakoś znaleźć lektury. Z „Emmą…” uporałam się jeszcze w miarę sprawnie i bez kłopotów, ale następnego w kolejce „Alchemika. Sekrety nieśmiertelnego Nicholasa Flamela” odrzuciłam po raptem 100 stronach, a i czytana obecnie „Czerwona róża, biała róża” nie od końca do mnie trafia…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „"Emma i ja", Elizabeth Flock”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 lutego 2010 12:21
  • sobota, 09 stycznia 2010
    • Recenzje zebrane - Pratchett, Coben, Shreve i Panarello

      W ostatnim czasie przeczytałam parę książek i nie od razu podzieliłam się z Wami wrażeniami, a teraz, po prau dniach lub tygodniach ciężko zagłębić się w analizę. Postanowiłam więc przedstawić Wam cztery książki, każdą inną od pozostałych, w zaledwie paru zdaniach - by zaznaczyć ich obecność w mojej czytelniczej przeszłości ;)

      Na pierwszy ogień - Terry Pratchett i "Straż nocna". Co ja mogę powiedzieć? Mistrzostwo :) Uwielbiam cały Świat Dysku, odkryłam go dla siebie dopiero półtora roku temu i od tego czasu czytam wszystko co Terry napisze :) A on szyko pisze, całe szczęście! Dodatkowo, cykl o strażnikach miejskich należy do moich najulubieńszych i również ta pozycja ani trochę mnie nie rozczarowała. Komendant Vimes przeniesiony do przeszłości wraz ze ściaganym mordercą? Cudownie. Szkolący samego siebie? Miodzio. Tęskniący za rodziną ale jak zwykle ryzykujący wszystko w imię honoru i twardej strażniczej lojalności? Poezja :) Uwielbiam, po stokroć uwielbiam i gorąco polecam.

      Ocena: 6/6

      O "Nie mów nikomu" Harlana Cobena również mogę powiedzieć jedynie dobre rzeczy. Wartki kryminał, wciągający tak jak powinien - czyli mocno, ciekawy pomysł na fabułę, i naprawdę zły, diablesko okrutny morderca. Ani się obejrzałam i już mi się książka skończyła ;) Historia pogrążonego w żałobie lekarza, nie potrafiącego pogodzić się z zabójstwem żony, do którego nieoczekiwanie zaczynają przychodzić tajemnicze emaile wlewające do jego serca na przemian nadzieję i strach. Nagle okazuje się, że nic nie jest takie jak wygląda, a poczucie bezpieczeństwa rozwiewa się jak mgła o poranku. Zło nigdzie sobie nie poszło, czaiło się tuż za rogiem, a skoro już się ujawniło to nie oszczędzi nikogo.

      Ocena: 5/6

      Kolejna książka to mój allegrowy łup - po pojawieniu się kilku recenzji na temat "Wyznań" Anity Shreve zaczęłam bliżej przyglądać się książkom tej autorki i tak trafiłam na "Pasje tajemne". Historia smutna, tragiczna - o maltretowanej przez męża kobiecie, która próbuje uciec i na nowo ułożyć życie sobie i malutkiej córeczce. Co zrobi gdy wszystkie jej nadzieje legną w gruzach? Jak zareaguje małomiasteczkowa społeczność, u której szukała schronienia? Powiem tylko tyle, że zakończeniu daleko jest do cukierkowego różu okładki. Książka poprawna, trochę chyba za krótka na oddanie tragizmu sytuacji.

      Ocena: 4/6

      Na koniec jedna z najgorszych książek jakie miałam okazje czytać. Już sam tytuł - "Zapach twojego oddechu" - budził we mnie mieszane uczucia. No jakoś nie kojarzy mi się dobrze - czym może pachnieć czyjś oddech? W najlepszym razie gumą miętową lub pastą do zębów, prawda? Zostawiając tytuł - jestem na jedno wielkie nie. Bo o czym jest ta historia? O miłości, zazdrości, trudnych wyborach? Czyli banały, w dodatku podane w sposób dla mnie absolutnie niestrawny. Wybujały temperament autorki, wulgarność jej wypowiedzi, agresja podszyta samouwielbieniem dla swojego talentu i zachłyśnięcie się sukcesem (niezrozumiałym moim zdaniem) to są rzeczy, które można znaleźć w tej książce. Dziękuję bardzo, nie chcę więcej.

      Ocena: 1/6

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 09 stycznia 2010 15:53
  • czwartek, 15 października 2009
    • "Inés, pani mej duszy"

      To moje kolejne spotkanie z Isabel Allende i na razie dam chyba sobie i jej odpocząć :) Nie to, że książka mi się nie podobała, po prostu zatęskniłam za inną estetyką, innymi emocjami, innym rodzajem dylematów.

      "Inés, pani mej duszy" to opowieść o Hiszpance, która wyrusza do Nowego Świata za mężem awanturnikiem  i nim jeszcze dopłynie do tych świeżo odkrytych brzegów, zostaje wdową. Jest to początek jej przygody w obcym, nieprzyjaznym kraju, w którym mężczyźni mają się za panów świata i to panów bardzo okrutnych. Jak to często bywa największe zbrodnie popełniane są w imię wiary i religii, dla ojczyzny i króla. Bo przecież nie ze zwykłej chciwości, prawda?

      Dzięki swej pracowitości i pomysłowości Inés doskonale sobie radzi w nowych warunkach, zakochuje się z wzajemnością w słynnym generale, Pedro Valdivii, i razem z nim wyrusza na podbój Chile. Podróż jest ekstremalnie trudna i pełna niebezpieczeństw, i byłaby taka nawet bez tych niedobrych Indian, którzy nie wiedzieć czemu nie chcą dać się podbić i zniewolić.

      Mamy więc historię autentycznej postaci, konkwistadorki Chile, kobiety dzielnej i zaradnej, pełnej pasji i namiętności. Opowieść snuje sama bohaterka, w postaci kroniki spisywanej dla ukochanej pasierbicy, córki ostatniej miłości w życiu Inés. Książka wywarła na mnie raczej pozytywne wrażenie, czytało się ją szybko, chociaż bez zbytniego zaangażowania. Nie wstrząsnęła mną, nie czułam się specjalnie związana z bohaterami, opisywane okrucieństwa stosowane przez obie z walczących stron nie poruszyły mojej wyobraźni. Ot, poprawnie napisana lektura, nienajgorszy wybór na jesienne wieczory.

      Postanowiłam, że od tej książki, wzorem wielu innych blogerów i blogerek, będę umieszczała moją końcową ocenę w postaci cyferki :) To dla tych, którym albo nie chce się czytać całej recenzji, albo czytają, ale i tak nie potrafią nic wywnioskować z mojego bełkotu :)

      ocena: 4/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      czwartek, 15 października 2009 12:30

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com