labirynt

rozczarowanie

  • piątek, 01 lutego 2013
    • „Filary ziemi” Ken Follett

      Oj, dawno się tak nie rozczarowałam książką. Oczywiście, zdarzają się słabsze książki, zdarzają się nawet dużo częściej niż te olśniewające. Ale z jakiegoś powodu byłam przekonana, że „Filary ziemi” mnie porwą i zachwycą, już zaczynając pierwszy rozdział cieszyłam się grubością drugiej części. Upadek był więc z wysokiego konia (oczekiwań) na niezwykle twardą ziemię (rzeczywistości).

      Książka nie tylko mnie nie zachwyciła, ale wręcz uważam ją za mocno przeciętną. Autorowi zabrakło polotu i lekkości pióra, jego historia, chociaż zdumiewająca rozmachem, jest grubo ciosana i mało wciągająca. A do tego nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że Ken Follett nie bardzo wie o czym pisze, że coś tam zasłyszał, coś tam sprawdził, ale generalnie średniowieczne realia są mu obce i po prostu wybrał takie ramy czasowe bo pasowały mu do ogólnej koncepcji. Oczywiście, zakładam swoją omylność i swoją ignorancję w tym względzie, ale nie zostałam przekonana, że czytam o zdarzeniach, które rzeczywiście mogły mieć miejsce i mogły tak przebiegać w średniowiecznej Anglii. A skoro już wpleciono w fabułę kilka historycznych postaci, tego właśnie oczekiwałam.

      Nie będę się zagłębiać w treść tej ponad ośmiuset stronicowej cegły. Na empik.com, w opisie książki, czytamy: „Walka o władzę, intrygi, seks, miłość, zdrada, mroczne tajemnice i zbrodnie, akty nienawiści i desperacji - to wszystko zawiera fabuła tej porywającej opowieści, osnuta jest wokół trwającej blisko czterdzieści lat budowy wielkiej katedry Kingsbridge”. Generalnie jest to opis prawdziwy, wszystkie te elementy, wymienione jak w szkolnej wyliczance, znalazły się w książce, a jednak jeśli oczekujecie barwnej, dynamicznej historii, srogo się zawiedziecie. Wygląda to tak, jakby autor wrzucił do powieści wszystko to, co uznał za konieczne, by osiągnąć sukces, a zapomniał zadbać, by miało to jakikolwiek wdzięk czy chociaż żeby rzeczywiście czemuś służyło. Na domiar złego, to czego nie lubię w książkach najbardziej – drętwych, niewiarygodnych bohaterów – są tutaj całe pęczki. Nie przekonała mnie do siebie ani jedna postać, żadna nie zdobyła nawet kawałka mojego serca czy myśli. Najbardziej denerwowały mnie fragmenty jak ten czy ów bohater miał sprawę do wielmoży, zjawiał się więc w jego siedzibie, przed jego oczyma i przedstawiał problem, tak jakby rzeczywiście jakiś król czy hrabia siedział po prostu w otwartej izbie i rozmawiał z każdym nieznajomym, który akurat przechodził drogą obok zamku. Nie wierzę też w historię córki upadłego hrabiego, która z pogardzanej nędzarki staje się najbogatszą handlarką wełny w okolicy. Nie wierzę w stale zmieniające się zdanie bohaterów o innych bohaterach. Nie wierzę w romanse zawiązywane na świeżym grobie ukochanej małżonki. „Filary ziemi” są całe upstrzone pomysłami autora na realizację jego fabularnego zamysłu, które irytują mnie nawet teraz – skoro już o nich myślę przy okazji tej recenzji – dwa tygodnie po skończeniu powieści.

      Oczywiście, oczywiście, można się powoływać na licentia poetica, ale nie chodzi o to, że jestem jakimś historycznym fanatykiem, nie znam i nie czepiam się szczegółów jeśli książka jest napisana zgrabnie, a historia wciągająca. A ta taka nie jest. Gorzko się pomyliłam umieszczając kolejne powieści Folletta na swojej świątecznej liście życzeń i pozostaje mi dziękować niebiosom, że Mikołaj okazał się roztropniejszy niż ja i owych podarków mi oszczędził.

      

      Ocena: 2/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „„Filary ziemi” Ken Follett”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lutego 2013 13:52
  • poniedziałek, 23 lipca 2012
    • Kryminał na lato to nie zawsze dobry wybór. O książkach Camilli Lackberg.

      Ten lipiec będzie mi się kojarzył głównie z arbuzami. Nie wiem, co takiego jest w tych owocach, ale nigdy nie mam ich dość. A, że pogoda mało letnia i słońca ciągle brakuje, to pocieszenie trzeba znaleźć gdzie indziej – choćby na talerzu w postaci czerwonych cząstek z cieknącym aż do łokci sokiem.

      Do tego przydałaby się dobra lektura. I cóż mam powiedzieć w tej kwestii? Przeczytałam ostatnio kilka książek, wszystkie czytało się dobrze i szybko, ale każda pozostawiła po sobie pewien niedosyt. Zacznę od kryminałów. Kryminały pasują do lata równie dobrze jak arbuzy. Nawet jeśli opisują zimną, zimną Szwecję, jak w przypadku „Księżniczki z lodu” Camilli Läckberg.

      To naprawdę nie był dobry wybór książki z nurtu, tak modnych teraz, skandynawskich kryminałów. Historia ukryta za słabym stylistycznie tekstem była nawet ciekawa, intrygująca. Oto w małej, turystycznej miejscowości – Fjällbace – dochodzi do morderstwa upozorowanego na samobójstwo. Ofiarą jest młoda, piękna kobieta, z szanowanej rodziny, dystyngowana, spokojna…  Kiedy policja prowadzi śledztwo, na jaw wychodzą coraz to nowe, szokujące fakty z życia jej oraz jej bliskich, skrywane od lat tajemnice, sprawy, o których pewni ludzie woleliby więcej nie słyszeć…  Brzmi to na tyle ciekawie, że może zainteresować wielbicieli gatunku, nawet jeśli rozpoznają czający się w tym krótkim opisie schemat… Książkę pogrążają jednak płascy bohaterowie i koszmarkowaty styl autorki.

      Bohaterowie robią i mówią wprost nieprawdopodobne rzeczy. Ma się wrażenie, że autorka tak bardzo chciała pokazać ich jako prawdziwych ludzi, targanych zwykłymi problemami typu nieświeży oddech i niezbyt atrakcyjna bielizna, że popadła w absurd i śmieszność. Jakiś czas temu narzekałam na przesadnie egzaltowane postaci stworzone prze Monsa Kallentofta w „Ofierze w środku zimy” – tutaj mamy drugą skrajność. Główna bohaterka – Erika, pisarka, która zostaje przypadkiem zamieszana w śledztwo i nie daje się już z niego „wymieszać” – jest tak irytująca, że z ledwością dawałam radę przeczytać fragmenty jej dotyczące. Nie dość, że wtyka nos w sprawy policji wykorzystując znajomość (z czasem bardzo bliską znajomość…) z policjantem prowadzącym śledztwo, zataja ważne informacje, sama decyduje o tym w jaki sposób główny podejrzany przekaże swoje informacje organom ścigającym (przy rodzinnej kolacji, a jakże), to jeszcze wydaje się, że nikt nie widzi w tym nic niewłaściwego. Tak po prostu jest i wszyscy zdają się być zadowoleni z takiego obrotu spraw. Ale czegóż oczekiwać po stróżach prawa, dla których ważniejsze od ścigania mordercy jest plotkowanie na temat spraw sercowych współpracowników?

      Co zaś do stylu… niech za cały komentarz wystarczy cytat: „(…) musieliśmy przeoczyć jakiś trop, który przeoczyliśmy”. Amen.

      Ocena: 3.5/6

      Ale, ale. Byłam niejako skazana na Camillę i jej bohaterów podczas trzech długich godzin w poczekalni u lekarza, sięgnęłam więc po następny tom serii, „Kaznodzieja”.  Tutaj, niestety, nawet fabuła mnie rozczarowała. Cała reszta pozostała bez zmian, tyle tylko, że Szwecję odwiedziło akurat bardzo upalne lato (ciekawe czy to to samo upalne lato, które opisywał Nesbo w „Pentagramie” czy tylko w naszym kraju takie rzeczy jak upalne lato nie zdarzają się co roku) i że Eriki było zdecydowanie mniej, co ułatwiło czytanie. Jeśli jednak już pojawiała się w tekście, aż zgrzytałam zębami. Wyobraźcie sobie, że Erikę co i rusz odwiedzają goście pragnący zakosztować kilku dni nad morzem i… hotelowej obsługi. Tak jak niewiarygodnym wydaje mi się, że najpierw zjawia się jedna, a następnie druga rodzina i obie mają tak skrajnie roszczeniową postawę wobec będącej w 8 miesiącu ciąży kobiety, że domagają się zawożenia ich łodzią na odległe plaże czy przynoszenia drinków pod sam nos, tak samo niewiarygodnym jest dla mnie, że owa kobieta to robi, ciskając przekleństwa jedynie w swojej głowie. Nigdy nie byłam w ciąży, więc może nie wiem o czym mówię, ale skoro lejący się z nieba żar ledwie umożliwiał Erice poruszanie się, jak mogła nie zaprotestować gdy goście traktowali ją jak służącą w jej własnym domu? Niepojęte.

      Było też coś, co w obu tych książkach (i jak mogłam zorientować się z opisu następnej pojawia się w całej serii) mi się podobało. Mianowicie zbrodnie mające miejsce obecnie odwołują się w jakiś sposób do historii, które zdarzyły się wiele lat wcześniej. Fabuła zyskuje dzięki temu na tajemniczości, a zagadka staje się trudniejsza do rozwiązania. A przecież na tym polega cała zabawa w czytaniu kryminałów – całą książkę głowić się nad odpowiedzią, ale do końca poznać ją dopiero wraz z ostatnią stroną… I chociaż aż takiej głębi po tej serii nie można się spodziewać, być może sięgnę po jeszcze jeden tom, by sprawdzić czy główni bohaterowie mają chociaż cień szansy by ewoluować z płaskich, papierowych ludzików, w których przemyślenia i motywacje nikt nie jest w stanie uwierzyć.

      

      Ocena: 3/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kryminał na lato to nie zawsze dobry wybór. O książkach Camilli Lackberg.”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 lipca 2012 19:17
  • wtorek, 21 lutego 2012
    • Jak bardzo można się męczyć w Barcelonie... "Antykwariusz" J. Sanchez

      Och jej. Nie czytałam książek Dana Browna. Szerokim łukiem ominęłam wszelkie szyfry Szekspira, tajemnice Medyceuszy i pierścienie Borgiów. Mimo mojego ogromnego sentymentu do Hiszpanii, nie dałam się namówić wydawcom na poznawanie zagadek katedry w Barcelonie, władcy Barcelony czy nawet tych związanych z tajemnicami Gaudiego. Czemuż ach czemuż złamałam się, gdy w bibliotece natknęłam się na "Antykwariusza"?

      Ciężko dochodzić przyczyn, grunt, że to zrobiłam i zafundowałam sobie dwa tygodnie (sic!) męki nad kiepską fabułą okraszoną całą masą kuriozalnych postaci. Nawet Barcelona nie uratowała dla mnie tej książki, gdyż nie było jej tutaj wcale zbyt wiele.

      Teraz uwaga, bo będą spoilery. Jeśli kogoś jeszcze nie zniechęcił do czytania powyższy wstęp, niech lepiej opuści część dalszą, bo może przypadkiem zepsuć sobie "radość" czytania.

      Historia dotyczy odkrycia dokonanego przez antykwariusza - zapisków na temat tajemniczego przedmiotu o niezwykłej mocy, ukrytego gdzieś w Barcelonie w czasach średniowiecznych... Antykwariusz zostaje brutalnie zamordowany, a zadanie rozwiązania zagadki bierze na siebie jego przybrany syn oraz była żona przybranego syna, którzy zamieszkują w domu ofiary morderstwa i rozpoczynają prywatne śledztwo za nic mając sobie policję. Szybko okazuje się, że przedmiot ukrył mistrz budowlany zaangażowany przez większość swojego życia w budowę katedry w Barcelonie. Tak, tej katedry, chociaż jej nazwa nigdy w książce nie pada (czemu?! no po co ten zabieg się pytam?!) - jest tylko nazywana katedrą i katedrą. Niestety mistrz budowlany pomagał przy budowie ponad 20 innych obiektów, które przetrwały w tym pięknym mieście do naszych czasów, przez większość książki bohaterowie próbują więc dociec gdzie też nasz sprytny architekt mógł ukryć skarb. Pozwolę Wam zgadnąć ;) Tak! W katedrze! Co za niespodzianka, aż mi się ręce spociły z wrażenia...

      Przybrany syn antykwariusza Enrique (specjalnie podkreślam, że przybrany, gdyż autor też nie omieszkał przypominać o tym fakcie co chwilę, włącznie z dialogami), mimo całego bólu po stracie przybranego ojca oraz nieocenionego wsparcia byłej żony, nie ma problemów z wdaniem się w romans z nowopoznaną córką przyjaciela ojca. Przybranego. Kobietą dojrzałą, nie przejmującą się konwenansami, silną i niezależną. Która po zaledwie trzech spotkaniach żąda ze łzami w oczach, żeby Enrique kazał się wyprowadzić byłej żonie zamieniając się w małe, zastraszone zwierzątko... Mówiłam coś o kuriozalnych bohaterach? To naprawdę tylko drobny przykład.

      Ach. Aż mi zęby zgrzytają nawet teraz gdy to wspominam ;) I te dialogi. Równie sztucznych, pompatycznych, nieprawdopodobnych dialogów nie czytałam już dawno. Może nigdy. A rozwiązanie całej zagadki? Jest jeszcze gorsze niż cała reszta. Skarb zostaje odnaleziony, morderca zabity i usprawiedliwiony - wszystko co się stało to wina skarbu, morderca nie działał z własnej woli, to skarb mu kazał. Tak, my precious, tak. Bardzo, bardzo słabe naśladownictwo Tolkiena. Tak słabe, że odbieram je wręcz jako bluźnierstwo...

      Chciałabym następnym razem mieć dość sił by przerwać czytanie, gdy widzę, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Ale ja się chyba nigdy nie nauczę. Bo z tego co widzę to czytana przeze mnie obecnie biografia Marii Antoniny jest kolejnym nietrafionym, bibliotecznym wyborem, który męczę nie wiedzieć czemu. To już jednak temat na inny, równie mało wesoły wpis...

      Ocena: 1/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 21 lutego 2012 19:43
  • wtorek, 15 marca 2011
    • "Ofiara w środku zimy" - oby ostatni powiew mrozu

      Będąc całkiem świeżo po lekturze "Wybawiciela" Jo Nesbo, sięgnęłam po "Ofiarę w środku zimy" Monsa Kallentoft. Na okładce szumny napis "Nie zawracajcie sobie głowy Stiegiem Larssonem, Kallentoft jest lepszy" od razu trochę negatywnie mnie nastroił do książki, bo chociaż Millenium nie czytałam, to porównań takich nie lubię i uważam, że jeśli książka potrzebuje takich naciąganych reklam to nie świadczy o niej za dobrze.

      Nie pomyliłam się zbytnio, niestety. W przeciwieństwie do Nesbo, Kallentoft nie urzekł mnie swoją wizją supermroźnej Skandynawii i swoją wersją detektywa (tym razem pani detektyw) z problemami.

      Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic przeciwko schematom, bo wiadomo, że kryminalna literatura skandynawska w dużej mierze na schematach się opiera, ale ta książka była po prostu niewiarygodnie przegadana. Procesy myślowe bohaterów, dotyczące codziennych zdarzeń, kolegów z pracy, obcych ludzi, śledztwa wreszcie, były tak niewyobrażalnie skomplikowane i wydumane, że aż niemożliwe do uwierzenia. A bierność głównej bohaterki wobec tego co niósł jej los, w postaci na przykład dość beztroskich zachowań jej córki dość denerwująca.

      Dodatkowo jeszcze pozbawione wdzięku wstawki z rozważań nieżyjącej już ofiary brutalnego, wyglądającego na rytualne, morderstwa... Nie, nie, nie. Zupełnie to do mnie nie trafiło.

      Plus za ciekawą kryminalną zagadkę, o którą przecież w końcu w kryminałach chodzi. Najważniejsze więc zostało zachowane, ale i tak nieszczególnie polecam - przeczytajcie jeśli się nudzicie lub postawiliście sobie za punkt honoru przeczytanie wszystkich ukazujących się w Polsce skandynawskich kryminałów. W innym przypadku - odpuśćcie. I poszukajcie sobie bardziej wiosennej lektury :)

      Ocena: 3/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Ofiara w środku zimy" - oby ostatni powiew mrozu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 15 marca 2011 20:35
  • niedziela, 14 listopada 2010
    • Potrawy z czasów Jane Austen

      Bardzo się ucieszyłam z "Książki kucharskiej Jane Austen", którą pokazywałam już w stosiku. Muszę jednak przyznać, że autorki - Maggie Black i Deirdre Le Faye - dokonały pewnego nadużycia tytułując ją w ten sposób. Potrawy pochodzą z czasów współczesnych Jane, wiele z nich z notatnika bliskiej jej osoby, ale sama Jane raczej ich nie gotowała. W jej książkach też nie znajdziemy potraw proponowanych przez autorki, myślę więc, że jest to trochę podpinanie się pod pewien trend i "modę na Jane".

      Pomimo tego zgrzytu z przyjemnością poczytałam o zwyczajach obowiązujących przy stole w tamtych czasach, zapoznałam się z kulinarnymi cytatami z powieści i listów Jane, obejrzałam klimatyczne ryciny wplecione tu i ówdzie w tekst książki. Proponowanych potraw nie gotowałam i przyznam, że może być to trudne ze względu na wyszukane składniki i ilość pracy potrzebne do ich wykonania. Chociaż znalazłam parę smakowitych deserów, z którymi powinnam sobie poradzić i z ciekawości dam sie chyba skusić...

      Ogólnie jestem odrobinę rozczarowana, liczyłam na trochę więcej Jane w książce o Jane, a dostałam pozycję, która nie zda się na wiele więcej jak przeglądnięcie i postawienie na półce, żeby ładnie się prezentowała.

      Ocena: 3.5/6

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Potrawy z czasów Jane Austen”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 listopada 2010 12:46
  • piątek, 09 października 2009
    • "Odette i inne historie miłosne"

      Książkę tę przeczytałam już jakiś czas temu, zanim jeszcze powstał ten blog, a od paru dni korci mnie, żeby napisać o niej kilka słów.

      Gdy w moje ręce trafiła opowiastka "Oskar i Pani Róża" Erica-Emmanuela Schmitta byłam zachwycona. Kolejne tytuły nie zaciekawiły mnie na tyle by po nie sięgnąć, aż wreszcie pojawiła się "Odette...". Kupiłam, przeczytałam w jedno popołudnie i... pożałowałam wydanych pieniędzy.

      Nie podobało mi się. Być może to dlatego, że jak wspomniałam w poprzedniej notce nie przepadam za opowiadaniami. Ciągle próbuję i prawie zawsze jeszcze bardziej się zrażam.

      Schmitt przedstawia nam osiem opowiadań o miłości, które z założenia mają być wzruszające, poruszające i zapadające w pamięć. Dla mnie były raczej banalne, nie wzruszyły mnie, choć - wierzcie mi na słowo - wzruszam się łatwo, przewidywalne. Dające się przeczytać bez męczenia się nad książką, ale niewiele poza tym. Po tym autorze spodziewałam się więcej finezji, ale zamiast wymyślnego dania dostałam schabowe z ziemniakami. Gdy czytałam "Bosą księżniczkę" czułam nawet coś na kształt zażenowania w imieniu autora, tak bardzo kiczowata i pełna taniego sentymentalizmu wydała mi się ta historia.

      Jedyne opowiadanie z tego zbioru, które czytałam z rzeczywistym zaciekawieniem to "Najpiękniejsza książka świata". Tytułowa książka powstawała spisywana przez więźniarki kobiecego łagru na Sybirze, przemyconym ołówkiem, na bibułkach od papierosów. Była listem nieszczęsnych kobiet do ich córek. Długo nie mogły się zdecydować co zawrzeć w takim liście - aż wreszcie napisały najpiękniejszą książkę świata. Co było tam spisane? Po odpowiedź odsyłam do książki Schmitta, być może do kogoś innego przemówi ona bardziej niż do mnie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Odette i inne historie miłosne"”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 09 października 2009 22:27

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com