labirynt

każdy ma jakiegoś bzika ;)

  • środa, 02 stycznia 2013
    • Treecards, treelosophy i rozwiązane problemy :)

      Czy też macie tak, że krótko po świętach jest w Waszym otoczeniu kolejna „prezentowa” okazja? Moja siostra ma dzisiaj urodziny (wszystkiego najlepszego Sis!) i zawsze jeszcze przed Gwiazdką szukam dla niej również urodzinowego prezentu. Jest to dość kłopotliwe, ponieważ  okazuje się wtedy, że moja kreatywność nie jest aż tak rozbudzona jak lubię o niej myśleć. Jeśli macie podobne dylematy  - mam dla Was pewien pomysł.

      Otóż kilka tygodni temu dostałam do recenzji fiszki obrazkowe treecards – nową propozycję od wydawnictwa Cztery Głowy. Fiszki niosą za sobą całą treelosophy – musimy zadbać o ziemię naszego językowego drzewa (motywację), samo drzewo – korzenie (metodę nauki), mocny pień (gramatykę) oraz tysiące liści (słownictwo), oraz o podlewanie drzewa czyli używanie języka. Niesamowicie plastyczne wyobrażenie, prawda?

      I takie też są same fiszki – pełne zabawnych rysunków mających pomóc nam w zapamiętaniu słów i zwrotów. Mój angielski jest całkiem niezły, ale nie przeszkadzało mi to w świetnej zabawie podczas oglądania fiszek. Postanowiłam też rzeczywiście je wypróbować i przeprowadzić test czy działają. Postępowałam zgodnie z załączoną instrukcją i korzystałam ze zmyślnego pudełka z przegródkami, pomiędzy którymi przekładałam karty z zapamiętanymi już słówkami. Samo pudełko nie jest niczym nowym, ale wszystko jest tak ładnie wykonane, że po prostu nie mogłam się oprzeć przed ciągłym oglądaniem go z każdej strony. I wiecie co? To działa! Rysunki niesamowicie zapadają w pamięć, a im bardziej śmieszny, absurdalny wręcz obrazek i dodane do niego zdanie, tym łatwiej przychodzi zapamiętanie nowych rzeczy. Graficzna forma ma jeszcze jeden plus poza cieszeniem oka i ułatwianiem zapamiętywania, sprawia, że nauka naprawdę staje się przyjemnością i ja – ze swoją marną silną wolą i słomianym zapałem – czekałam z niecierpliwością na kolejne dni, żeby zapoznać się z pomysłowością twórców fiszek.

      Nie samą zabawą jednak człowiek żyje i korzystając z treecards trzeba też od czasu do czasu (mniej więcej co pięć słówek) wykonać ćwiczenie z przerabianego materiału. I bardzo dobrze! Widać, że cała treelosophy została dokładnie przemyślana zanim zaproponowaną ją odbiorcom. Świadczy o tym także fakt, że do fiszek dołączony jest kod umożliwiający ściągnięcie słówek w wersji mp 3 i sprawdzenia wymowy.

      Moje fiszki dotyczyły tematu „World and travel” – bardzo szeroko pojęta tematyka podróżnicza i geograficzna. Były tutaj oczywiście i słówka dotyczące przemieszczania się, i krajów, ale także np. zoologii czy pogody. Słówka z poszczególnych działów otrzymały następujące po sobie numery i jesteśmy informowani kiedy kończymy dany temat, powinniśmy wykonać ćwiczenie i zaczynamy z nowym. W tym miejscu pojawia się moje jedyne zastrzeżenie co do kart – na fiszkach brak informacji z jakiego działu pochodzą. Oczywiście numerki pozwalają utrzymać wszystko w porządku, ale jednak dla takiej służbistki jak ja czegoś tu zabrakło.

      „Fiszki TreeCards - Wydawnictwo Cztery Głowy”

      Gorąco polecam treecards – na prezent dla najbliższych, jak i dla siebie. Poza „World and travel” w serii ukazały się jeszcze „Everyday life”, „Human being”, „Work and education”, wszystkie na poziomie A1. Mam ogromną nadzieję, że z czasem pojawią się nie tylko fiszki z bardziej zaawansowanym słownictwem, ale i takie, które pomogą mi wreszcie nauczyć się hiszpańskiego :)

       

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      środa, 02 stycznia 2013 21:34
  • piątek, 21 grudnia 2012
    • Drogi Mikołaju!

      Drogi Mikołaju!

      Podobnie jak reszta książkoholików mam stosy nieprzeczytanych książek i brak miejsca na półkach na nowe. I podobnie jak oni – chcę więcej! A w księgarniach wysyp wspaniałych pozycji! Gdybyś więc nie miał jeszcze pomysłu na prezent dla mnie to ja bardzo chętnie znalazłabym pod choinką, którąś z tych książek:

      „Życie i śmierć Anny Boleyn” – Eric Ives – bardzo chciałabym przeczytać tą fascynującą historię jeszcze raz, opowiedzianą w nowy sposób… Chyba nigdy nie będę miała dość!

      „Tudorowie” – G.J. Meyer – z tego samego powodu chciałabym również tą książkę :)

      „Upadek gigantów” – Ken Follett – dwa tygodnie temu wystarczyło parę zdań przeczytanych w charity shopie z „Pillars of the Earth” tegoż autora, żebym stała się jego fanką. Teraz do dwóch książek anglojęzycznych, chętnie dołożyłabym „Upadek…” i „Zimę świata” po polsku.

      „Wspomnienie lodu” – Steven Erikson – koniecznie chcę zebrać całą serię „Opowieści z malazańskiej księgi poległych” w nowym, o wiele lepszym wydaniu…

      „Żona tygrysa” – Tea Obreht – tą książkę polecała padma, a jak każdy dobrze wie, książki polecane przez padmę są z reguły strzałem w dziesiątkę

      „Alicja w Krainie Czarów” – Lewis Carroll, wydawnictwo Wilga – bo dla takich ilustracji warto wrócić do czasów dzieciństwa

      „Tych cieni oczy znieść nie mogą” – Alan Bradley – ta książka powinna się właściwie znaleźć na pierwszym miejscu. Właściwie to powinnam już teraz biec do księgarni i ją kupować. Na nową część przygód Flawii czekałam od dawna, a kiedy się ukazała, przegapiłam to wydarzenie i swoje niedopatrzenie odkryłam dopiero teraz, robiąc to zestawienie. Niewiarygodne!

      „Bohaterowie” – Joe Abercrombie – bo lubię mieć całe serie :)

      „Kapelusz cały w czereśniach” – Oriana Fallaci – grube sagi rodzinne fantastycznie pasują do długich, zimowych wieczorów

      „Małe kobietki” – Louisa May Alcott, wydawnictwo MG – klasyka w cudnej okładce ucieszy i oko, i duszę

       

      To moje top 10, ale bądźmy szczerzy – każdy książkowy upominek jest zawsze bliski mojemu sercu.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      piątek, 21 grudnia 2012 17:10
  • środa, 07 listopada 2012
    • Książki o kotach - subiektywny przegląd, cz.2

      Dzisiaj druga część mojego przewodnika po książkach o kotach.

      „Koty. Kompendium wiedzy” – Renate Jones – na pierwszy rzut oka wydawała się książką idealną. Pięknie wydana, z krótkimi opisami ras, ładnym zdjęciami i obszernym rozdziałem poradnikowym. Czytało się to i oglądało bardzo przyjemnie i dopóki kotek nie zjawił się w naszym domu uważałam, że ta książka to był strzał w dziesiątkę. Kiedy jednak kotek już się pojawił, a ja zaglądałam do kompendium w poszukiwaniu konkretnej odpowiedzi – rozczarowanie. Opis problemu rzeczywiście był dokładny i łatwy do dopasowania. Cóż z tego, skoro rozwiązania brak. Kotek drapie kanapę? To bardzo niedobrze. Co zrobić? Nie krzyczeć i nie bić. Ale co zrobić? Przepraszamy, ale tutaj już się zaczyna następny rozdział, odpowiedzi proszę poszukać gdzie indziej. I tak ze wszystkim. Mimo to, tej książki zupełnie nie przekreślam. Jest miła dla oka i dla osób zupełnie zielonych w opiece nad kotami może dostarczyć pewnego wsparcia. Można ją ściągnąć z półki i pokazywać gościom jakie jeszcze koty nam się podobają i kto to właściwie są, te ragdolle…

       

      „Co twój kot próbuje ci powiedzieć? Poznaj tajemnice kociej psychologii” – Ardenn Moore – zdecydowanie ratuje honor publikacji o kotach. Mimo, że pozbawiona zdjęć i napisana w formie odpowiedzi na listy z pytaniami, dostarczyła mi najwięcej przyjemności i rzetelnej wiedzy. Listy są podzielone tematycznie na rozdziały, a zawarte w nich pytania są czasem zwyczajne, a czasem zupełnie nieoczekiwane. Odpowiedzi są konkretne i klarowne, prawdziwa odmiana po poprzednich książkach! Niestety, lektura ta ma też wady – nie jest to poradnik w ścisłym tego słowa znaczeniu, nie znajdziemy więc w nim odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania, a wybrana przez autorkę forma nie każdemu może przypaść do gustu.

       

      Rozczarowana rodzimym rynkiem wydawniczym postanowiłam z kolei skorzystać z dobrodziejstw posiadania kindle i rozejrzeć się za literaturą angielskojęzyczną. Sparzywszy się jednak już kilka razy na polskich książkach, nie byłam zbyt skora do wydawania kilkunastu dolarów zupełnie „w ciemno”.  Ostatecznie wybór padł więc na ebook’owe wydanie magazynu – „Ragdoll Breed Profile (Your Cat Magazine Breed Profiles)”. I znów publikacja bez zdjęć, za to z rzetelnymi informacjami. Co prawda o wszystkim o czym jest ten magazyn można tak naprawdę przeczytać w sieci, na różnych stronach hodowców i wielbicieli rasy, jednak tutaj mamy wszelkie istotne fakty i wiadomości zebrane w jednym miejscu, co jest naprawdę wygodne. Na pewno polecam najbardziej ze wszystkich przytoczonych dzisiaj przeze mnie pozycji i pytam – może Wy polecicie mi jakąś naprawdę dobrą książkę o kotach? Najlepiej z ilustracjami!

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Książki o kotach - subiektywny przegląd, cz.2”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      środa, 07 listopada 2012 13:34
  • niedziela, 04 listopada 2012
    • Książki o kotach - subiektywny przegląd, cz. 1

      Nie, nie będzie to wpis o „Kochanie, zabiłam nasze koty” Masłowskiej – chociaż czytałam i odebrałam raczej pozytywnie. Może kiedy indziej. Będzie o licznych na naszym rynku wydawnictwach poświęconych kotom i o tym, jak niewiele można się z nich dowiedzieć.

      Parę miesięcy temu – dokładnie w sierpniu, dokładnie po wizycie na wystawie kotów – powzięłam decyzję, że czas się dokocić. Czas spełnić wieloletnie marzenie i sprawić sobie ślicznego, puszystego ragdoll’a. O takiego:

      Od momentu powzięcia decyzji do momentu znalezienia hodowli upłynęło kilka dni, niestety na kociaka musiałam poczekać do października. Żeby złagodzić sobie tą drogę przez mękę (bo ja bym oczywiście chciała już, od razu…) zaczęłam pochłaniać (i kupować) najrozmaitsze książki o kotach, rasach, opiece, zdrowiu, zachowaniu… Miałam przecież już w domu siedmioletnią rezydentkę – jedynaczkę i księżniczkę, kotkę wielce zazdrosną i zaborczą, chciałam więc dowiedzieć się jak najwięcej o możliwych komplikacjach mojego pomysłu. A gdy przyszło co do czego, to okazało się, że mogę te wszystkie (no, prawie) poradniki zebrać i wyrzucić w śmietnik.

      Zacznijmy od książki, którą subiektywnie oceniam jako najsłabszą.

      „Koty. Jak być szczęśliwym właścicielem kota ” – Isabella Lauer – jeśli ktoś ma ochotę zapoznać się ze zbiorem obiegowych opinii, kilkoma luźno rzuconymi uwagami, banalnymi wiadomościami i nie wie jeszcze, że kocięta lubią się bawić – to książka dla niego. Dla mnie okazała się pieniędzmi totalnie wyrzuconymi w błoto – nie dowiedziałam się z niej niczego ciekawego, a wręcz niektóre podane w niej informacje uważam za szkodliwe dla naszych czworonożnych przyjaciół.

      „Koty i kotki. Być kotem… Poradnik” Zuzanny Stromenger to z kolei dzieło zupełnie innego kalibru. A dokładniej – superciężkiego. Przyznam otwarcie, że nie dałam rady przebrnąć przez ponad 400 stron (bez obrazków ;)) okropnej demagogii i fanatycznego zacięcia. Kocham koty. Leży mi na sercu ich dobro. Wiem, że często ludzie myślą o nich źle i dzieje im się wiele krzywd, nad czym ubolewam. Jednakże wieszanie psów (nomen – omen…) na autorze mojego ukochanego „Dziadka do orzechów” za to, że w jednej ze swoich wcześniejszych książek uczynił kota postacią negatywną, rzekomo ugruntowując tym samym ich niepochlebną opinię i schlebiając przesądom, było ponad moje siły. Oberwało się również pewnemu bajkopisarzowi, a nawet twórcom Smerfów – za Klakiera. I nie brzmiało to bynajmniej jak żart, ale jak prawdziwe święte oburzenie. Równie zaciekle autorka wyrzekała na ludzi ośmielających się nazywać podwórkowe koty „bezdomnymi” czy „dachowcami”, albo nie-daj-Boże – „dzikimi”! Toż jedyną słuszną nazwą pozostaje „koty wolnożyjące” i basta. Znów nie polecam, choć sama książkę zakupiłam „z polecenia” licznych forumowiczów na Forum Miau. Jeśli większość z nich podziela poglądy pani Stromenger, nie dziwię się, że ludzi kochających koty w pewnych kręgach uważa się za dziwaków.

       Dalsza część wpisu następnym razem ponieważ blox nie chce już dzisiaj przyjąć ode mnie więcej tekstu ;)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 listopada 2012 15:00
  • poniedziałek, 01 października 2012
    • Empik chyba wie kiedy mam urodziny ;)

      Cudownie się złożyło, że promocja w Empiku "3 za 2 na fantastykę" zbiegła się w tym roku z moimi urodzinami (trwa jeszcze do jutra - jeśli ktoś nie skorzystał, a chciałby, to musi się spieszyć!). Wśród prezentów znalazł się również bon do tego przybytku czytelniczej rozpusty, pognałam więc w weekend do najbliższego salonu i dokonałam trudnego, ale i przyjemnego wyboru. Padło na trzy książki wydawnictwa MAG, któremu się już odgrażałam, że więcej od nich nic nie kupuję, ale co zrobić jeśli ciągle trafiają w moje czytelnicze gusta? Czwarta książka ze zdjęcia ("Ogrody księżyca") to już wcześniejszy zakup i znalazła się tutaj głównie po to, żeby pokazać jak ładne jest nowe wydanie moich ukochanych "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych".

      Z tej radości i chęci przedstawienia Wam moich najnowszych, drogocennych nabytków, nie zauważyłam, że książki leżą do góry nogami :) Ale nic to, bo już śpieszę donieść, że oto od góry mamy:

      "Zemsta najlepiej smakuje na zimno" - Joe Abercrombie - czyli wojna w świecie fantasy, opis na okładce obiecuje krwawą jatkę ;) ""Wiosna w Styrii. A to oznacza wojnę. Od dziewiętnastu lat płynie krew. Okrutny wielki książę Orso zaciekle zmaga się ze skłóconą Ligą Ośmiu i wykrwawia kraj. Podczas gdy maszerują armie, spadają głowy i płoną miasta, bankierzy, kapłani oraz starsze, mroczniejsze potęgi toczą śmiertelną zakulisową rozgrywkę, usiłując wskazać, kto zostanie królem. "

      "Drood" - Dan Simmons - spodziewam się po tej książce kawałka porządnej literatury. Jest XIX-wieczny Londyn, jest Dickens i są ciemne, ciemne sprawki... Czy rzeczywiście dostanę powieść opartą na faktach, tajemniczych faktach z życia popularnego pisarza, czy może ktoś mnie tutaj robi w konia? W każdym razie bardzo cieszę się, że tak szybko po ukazaniu się tej książki mam ją już u siebie.

      "Bramy domu umarłych" - Steven Erikson - drugi tom odświeżonego wydania Malazańskiej. Zamierzam mieć je wszystkie i wcale nie przeszkadza mi obecność na półce zarówno starego wydania, jak i kilku tomów wydania angielskiego ;) To jest miłość! Dowodem na to niech będzie kolejne zdjęcie z kolejnym urodzinowym prezentem - wspaniałym charms'em przedstawiającym miniaturową książkę z tej właśnie serii - tym razem "Dust of dreams":

      Moje empikowe zdobycze to naprawdę bardzo grube książki - mam nadzieję, że szybko znajdę czas, żeby zalec z nimi na kanapie, bo "do torebki" to one się raczej nie nadają. Każda liczy około 800 stron i waży adekwatnie do tej liczby. Radość jest jednak ogromna, a tym większa, że dostałam jeszcze dwie, tym razem bardzo słodkie książki od mojego męża:

      Prawda, że się postarał? Tak, tak, zrobił to własnoręcznie, a ja wprost pękam z dumy.

      No to uciekam. Zostało mi jeszcze trochę smoka do spałaszowania, a przy poduszce czekają na mnie kusząco mrrrroczne lektury :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Empik chyba wie kiedy mam urodziny ;)”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 01 października 2012 21:18
  • sobota, 07 lipca 2012
    • Nowy początek? W każdym razie parę słów o Kindle Touch

      Kto by pomyślał, że praca pochłonie mnie tak bez reszty, że czasu i sił nie zostanie na wiele więcej niż podglądanie Waszych blogów, śledzenie nowości wydawniczych i skrzętne wynotowywanie ciekawych tytułów. Niejednokrotnie zniechęcona myślałam już o definitywnym zamknięciu bloga, ale jednak było mi żal dobrowolnie skazywać się na banicję z książkowo-blogowego świata. No i te pojedyncze duszyczki, które ciągle tu zaglądały podtrzymały mnie na duchu :)

      Mam nadzieję, że teraz się trochę ogarnę, bo stos ciekawych lektur ciągle rośnie koło mojego łóżka. Nie chcę jednak nic obiecywać, bo nie potrafię ocenić przydatności do spożycia mojego zapału i motywacji. A na dzisiaj - temat okołoksiążkowy - czyli parę słów o Kindle Touch, którego właścicielką jestem od grudnia.

      Na początku, kiedy czytniki ebooków zaczęły pojawiać się na rynku, byłam do nich nastawiona wręcz negatywnie. Bo cóż jest w stanie zastąpić tą przyjemność z trzymania w ręku książki, przewracania stron, w przypadku nowych powieści - zapachu kartek i druku, w przypadku starszych - odkrytych na nowo dedykacji? Nic. I nadal tak uważam. Ale Kindle zyskiwał coraz większą popularność i ja też zapragnęłam sprawdzić o co tyle szumu, a kiedy pojawiła się wersja z ekranem dotykowym bez wahania napisałam list do św. Mikołaja :)

      Mija już pół roku odkąd używam Kindle Touch i muszę przyznać, że jest to urządzenie nad wyraz wygodne. O ile w domu nadal najczęściej wybieram tradycyjnie drukowane książki, nierzadko z pięknymi okładkami, często w bibliotecznej obwolucie, o tyle w podróży Kindle jest niezastąpiony. Lżejszy od większości książek, o zgrabnych wymiarach, z przyjaznym dla oczu ekranem w technologii e-ink, i przede wszystkim - z ogromnym wyborem utworów podzielonych tematycznie (kategorię i przydziały określam sama, mam więc i książki "babskie" i "pop" i "na poważnie"). Teraz jadąc w podróż służbową za granicę, odpocząć na urlopie czy choćby w pociągu do sąsiedniego miasta zawsze mam pod ręką swoją własną bibliotekę. Ta wygoda jest nie do przecenienia! Kindle jest ze mną wszędzie - w drodze do pracy, w kolejce do lekarza, przy kawie w kawiarni. Szkoda tylko, że ceny ebooków są tak wysokie, dorównujące właściwie wydaniom papierowym. Jeśli chodzi o nowości, zawsze mimo wszystko wolę kupić tradycyjną książkę niż ebooka, korzystam za to chętnie z licznych promocji pojawiających się w internetowych księgarniach.

      Co do samej technologii Touch - mam dwa zastrzeżenia. Strony "przewracają się" odrobinę zbyt łatwo przy przypadkowym dotknięciu. Ekrany w przeglądarce internetowej ładują się ciut zbyt wolno. I to by było na tyle. Całą resztą jestem zachwycona. Wbudowanym opisowym słownikiem, dzięki któremu czytanie książek po angielsku jest łatwiejsze, zwłaszcza! Poza tym wszystko można tutaj ustawić pod siebie - rozmiar czcionki, odstępy między liniami... Jest nawet wbudowany automatyczny "czytacz", który przeczyta nam wrzucone pliki, aczkolwiek pomysł ten wymaga jeszcze dopracowania, zwłaszcza jeśli w grę wchodzą książki nieanglojęzyczne. Literowanie polskich słów jest na tyle koślawe, że ciężko zrozumieć choćby pojedyncze wyrazy, nie to jednak jest główną funkcją czytnika i nie czuję się tym faktem rozczarowana ;)

      Bardzo polecam wszystkim zabieganym, którzy - tak jak ja - nie wyobrażają sobie zostać przyłapanym przez chwilę wolnego czasu bez książki pod ręką.

      P.S.: A tak w ogóle to w międzyczasie wyszłam za mąż i wszędzie ostatnio widzę różowe jednorożce i koty robiące z tęczą sami wiecie co ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 07 lipca 2012 09:57
  • poniedziałek, 09 stycznia 2012
  • poniedziałek, 02 stycznia 2012
    • Podsumowania

      Chociaż od dawna nie pisałam, nie mogę oprzeć się pokusie podsumowania mijającego roku. Brak recenzji nie oznacza bynajmniej, że nie czytałam, chociaż chciałabym czytać więcej. Jednakże nowe obowiązki, dużo zajęć, trochę kłopotów ze zdrowiem i jeszcze więcej z emocjami odciągnęły mnie skutecznie od bloga. Ale tylko własnego! Inne blogi książkowe śledziłam pilnie i trzymałam rękę na pulsie jeśli chodzi o polecane pozycje.

      Nie da się jednak w podsumowaniu nie zauważyć, że nie mam czym się chwalić jeśli chodzi o recenzowanie. Moja ulubiona książka mijającego roku na szczęście doczekała się recenzji. Mowa o "Stowarzyszeniu Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek". Tak, tak, nic ambitnego, muszę przyznać. Ale dała mi to, co przez ostatnie miesiące było mi najbardziej potrzebne - porządną dawkę ciepła i szczęśliwe zakończenie. Trochę kojarzy mi się ta książka z powieściami Jane Austen, trochę z ciepłym letnim popołudniem, a trochę z termoforem na zmarzniętych stopach ;)

      Zaraz za "Stowarzyszeniem..." plasuje się w moim prywatnym rankingu cieniutka, a jakże pełna treści i emocji książka "Ból kamieni" Mileny Agus. "Seria z miotłą" jak zwykle nie zawiodła, a ta krótka lektura zdecydowanie zasługuje na recenzję - mam nadzieję, że zmobilizuję się do popełnienia takowej.

      Mimo, że "Ból kamieni" aż pulsuje od skrywanego pod skórą cierpienia, walki z samym sobą, życia pozbawionego zrozumienia, to podobnie do "Stowarzyszenia..." jest powieścią ciepłą i dobrą, chociaż nie przynosi ukojenia i spokoju, nie pozwala też poddać się wygodnej rezygnacji. Polecam!

      Generalnie jednak trudno mi było znaleźć w roku 2011 książkę przykuwającą do fotela, często, mimo pozytywnych recenzji, które decydowały o wyborze moich lektur, nie dałam się porwać historii, czytałam bez zaangażowania, jakby obok samej siebie, a na pewno gdzieś obok fabuły. Końcówka roku była zdecydowanie lepsza - ale moje recenzencyjne zaległości nie dadzą w tej chwili nikomu pełnego obrazu sytuacji. Postaram się poprawić!

      Za największe rozczarowanie roku uznaję "Ofiarę w środku zimy" Monsa Kallentoft. Kryminał z filozoficznymi i egzystencjalnymi aspiracjami, przegadany, niepotrzebnie udziwniony. Ale przynajmniej była to książka, którą jakoś zapamiętałam, bo lektur słabych, nijakich, o których nie pisałam, bo nie wiedziałam co właściwie napisać było w tym roku więcej, zlały mi się w jedno gdzieś w zakamarkach pamięci i nawet nie potrafię już odgrzebać ich tytułów.

      Na Nowy Rok życzę Wam i sobie jak najwięcej porywających, fascynujących tytułów, które oderwą od rzeczywistości lub pokażą ją z innej perspektywy. Dodatkowo, przerażona ilością książek, które przybywają na moje półki i grzęzną tam na długie miesiące, tak starannie wybierane a następnie nieczytane (bo biblioteka, bo coś nowszego, bo coś innego, pożyczonego domaga się uwagi w pierwszej kolejności), postanawiam ograniczyć zdecydowanie zakupy, a skoncentrować się na tym co mam. Zaszalałam ostatnio w empiku i nie opuszczają mnie obecnie wyrzuty sumienia. Dyspensy udzielam sobie jedynie na kolejne części "Czarnych Kamieni" (guilty pleasures, a co ;)) i długo wyczekiwanego "Okaleczonego Boga" Eriksona, zwieńczenie serii "Opowieści z Malazańskiej Księgi Poległych" - fantastycznej, monumentalnej epopei. (Tak przy okazji - Martin ze swoim przyjemnym CZYTADŁEM "Pieśni Lodu i Ognia" do pięt nie dorasta Eriksonowi. Amen.)

      No to się rozpisałam. Wszystkiego najlepszego w 2012 roku Kochani!

      P.S.: Pod choinką znalazłam Kindla, dlatego tak łatwo mi szumnie zapowiadać ograniczenie zakupów papierowych książek ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 02 stycznia 2012 19:16
  • wtorek, 27 września 2011
    • Recenzja zbiorcza

      Trochę mi ostatnio minęła ochota na recenzowanie, ale dla porządku postanowiłam wymienić kilka przeczytanych przeze mnie w ciągu minionych miesięcy książek i napisać o każdej parę zdań. Sama nie wiem skąd się bierze moje recenzenckie lenistwo, ale po pracy ledwie starcza mi sił i czasu na czytanie i chyba brakuje ich już na dzielenie się czytelniczymi przeżyciami. Ale dość usprawiedliwień, zaczynam wyliczankę:

      „Flush”, Virginia Woolf

      To pierwsza książka, która przychodzi mi na myśl gdy mam robić podsumowanie ostatniego bezrecenzyjnego półrocza. Mała objętościowo, wielka duchem książeczka stanowiąca biografię spaniela pewnej brytyjskiej poetki jest bardzo ciepłą lekturą. I – wyobraźcie sobie – pełną zwrotów akcji! Do tego mistrzowskie posługiwanie się słowem przez Virginię Woolf, sielankowe krajobrazy angielskiej wsi, groźne ulice wiktoriańskiego Londynu, słoneczne place Włoch… Ledwie 128 stron a mamy okazję zwiedzić z Flushem kawał świata i przeżyć co nieco przygód.  Serdecznie polecam!

      Ocena: 5/6

      „Bezduszna”, Gail Carriger

      Ot, przyjemne fantasy na wesoło. Niczym szczególnym mnie ta książka nie zachwyciła, ale też i nie zniechęciła. Ciekawa postać tytułowa – nieładna (według staro angielskich standardów) „stara panna” (28 lat – sci!) Alexia, która będąc dziedzicznie pozbawioną duszy jest tym samym najgroźniejszym przeciwnikiem istot nadprzyrodzonych – wilkołaków i wampirów zwłaszcza. A okazuje się, że w dawnym Londynie aż roiło się od tychże wzajemnie rywalizujących nacji. Nasza bohaterka nie zamierza bynajmniej ich zwalczać, wręcz przeciwnie, przyjaźni się z pewnym ekscentrycznym wampirem, a pełen temperamentu wilkołak porusza w jej duszy… yyy… to znaczy gdyby miała duszę… poruszałby w niej pewne struny… W każdym razie dużo się dzieje, gdy okazuje się, że szczególne „właściwości” Alexii bardzo przydałyby się radykalnej grupie chcącej wyeliminować „nieludzkich”. Oczyścić rasę. Ale pewnie już zdążyliście się zorientować, że panna Alexia to nie bezbronne dziewczę, o nie. Przede wszystkim ma bardzo groźną parasolkę…

      Ponieważ Alexia, tak jak i ja, ma słabość do dobrego jedzenia i jeszcze lepszej herbaty, nie mogłam jej nie polubić, nawet mimo jej swoistej arogancji wobec zasad, praw oraz ludzkich i nieludzkich elit. Bezczelna baba po prostu. Ale swojska ;)

      Ocena: 4/6

      „Coco”, Cristina Sanchez-Andrade

      Nie wiem co napisać o tej książce. Nie była zła, a jednak mi się nie podobała.  Główna bohaterka, Coco Chanel, której nikomu przedstawiać nie trzeba, tak dalece nie wzbudziła mojej sympatii, że rzutowało to na odbiór całej historii. Antypatyczna, egoistyczna, narcystyczna, snobistyczna – to tylko kilka z określeń, które przychodzą mi do głowy na określenie Coco, jaka stanęła przede mną za sprawą autorki. Och, któż nie zna chanelowskich strojów, słynnych perfum nr 5 czy charakterystycznego logo. Wszystko to wzbudzało we mnie większy podziw dopóki nie przeczytałam tej książki. Głupie to i dziecinne, wiem, ale co zrobić. Nie chciałabym się w żaden sposób identyfikować z osobą o takiej postawie życiowej. Ale, ale, co do samej książki. Tak jak mówiłam, ciężko mi ją obiektywnie ocenić, ale może to, że wzbudziła we mnie tak silne (chociaż negatywne) emocje względem bohaterki  świadczy na jej korzyść. Ale i tak nie jest to książka, którą bym polecała znajomym, chociaż w takich przypadkach najlepiej wyrobić sobie opinie samemu.

      Cena: 3/6

      „Czerwone gardło”, Jo Nesbo

      Od czasu do czasu lubię sobie przeczytać dobry kryminał i w takich momentach Jo Nesbo sprawdza się znakomicie. Cyniczny detektyw Harry Hole, wpisujący się niejako w archetyp policjanta ze skandynawskich kryminałów, był tym, który towarzyszył mi na gorących plażach Hiszpanii w te wakacje. Dziwne połączenie? Skądże znowu, sprawdziło się znakomicie. Książkę czyta się jednym tchem. Retrospekcje z czasów II wojny światowej dodają smaczku całej opowieści, burzliwa historia miłosna sprzed lat była czymś, czego nie spodziewałam się w książce tego autora (miła niespodzianka), brutalne zbrodnie zdające się być karą wymierzaną przez szaleńca budzą odrazę ale i coraz większą ciekawość… Karę za co i komu? I czemu po tylu latach? Może domyśliłam się prawdy odrobinę za szybko, chociaż pewności nie miałam niemal do samego końca, może w zakończeniu oczekiwałam więcej fajerwerków, ale i tak przy następnej wizycie w bibliotece znów będę przeglądać półkę z kryminałami w poszukiwaniu kolejnych książek…

      Ocena: 4.5/6

      „Świadectwo prawdy”, Jodi Picoult

      Chyba przejadła mi się Jodi Picoult i schemat powracający w każdej jej powieści. „Świadectwo prawdy” jest wprawdzie wciągającym czytadłem, ale jakby mniej wciągającym niż się spodziewałam. I nie wiem czy wynika to z gorszej formy autorki w tej akurat powieści, czy z mojego oczytania się już w jej wcześniejszych książkach. Tym razem historia toczy się w wiosce Amiszów, gdzie młoda dziewczyna, która zostaje oskarżona o zamordowanie swojego nowonarodzonego dziecka, wypiera się, że w ogóle jakieś dziecko rodziła, mimo niezaprzeczalnych faktów i opinii lekarzy. Jej obroną zajmuje się młoda pani adwokat, kuzynka oskarżonej, wplątana w całą sprawę przez przypadek i niezbyta pewna jaką linię obrony przyjąć. W dodatku na czas procesu zostaje zobligowana przez sąd do zamieszkania z Amiszami, co wiąże się z przyjęciem ich stylu życia. Jak na mój gust, zaadaptowanie się przychodzi jej zbyt łatwo, a cała historia generalnie przedstawiona jest w mało wiarygodny i niezbyt interesujący sposób. Otóż Panie i Panowie, nudziłam się czytając Jodi Picoult. Świat się kończy.

      Ocena: 3/6

      „A room swept white”, Sophie Hannah

      Za to zupełnie nie nudziłam się czytając jeden z ostatnich kryminałów brytyjskiej autorki. Jednakże ponieważ minęło już trochę czasu, a fabuła była tak zagmatwana i pełna przeróżnych zakrętów, to obawiam się, że nie czuję się na siłach by napisać jakieś zachęcające streszczenie. Temat jest jednak odrobinę podobny do książki Picoult. Mamy do czynienia z procesami mającymi na celu zrehabilitowanie kobiet oskarżonych o zabicie swoich dzieci, gdy tymczasem były one ofiarami tzw. „śmierci łóżeczkowej”. Ponieważ padł cień podejrzeń o nieuczciwość i stronniczość na panią doktor będącą świadkiem zeznającym na niekorzyść owych kobiet, otworzyła się droga do apelacji… I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie morderstwo jednej z uniewinnionych kobiet, jednej z bohaterek przygotowywanego reportażu… Czyżby ktoś sam postanowił wymierzyć karę według własnego systemu oceniania? I czy to oznacza, że pozostałe kobiety są w niebezpieczeństwie? A może sąd pomylił się nie za pierwszym, ale za drugim razem, a wypuszczane na wolność kobiety są bezdusznymi morderczyniami? Jednego możecie być pewni – w tej historii wszyscy kłamią i wszyscy mają coś do ukrycia.

      Ocena: 4.5/6

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      wtorek, 27 września 2011 14:07
  • sobota, 22 stycznia 2011
    • Wygrałam u Clevery!

      Parę dni temu spotkała mnie niezwykle miła niespodzianka, a właściwie dwie :) Razem sprawiły, że miałam najmilszy poniedziałek od dłuższego czasu - najpierw dowiedziałam się, że moja młodsza siostrzyczka (gimnazjalistka) rewelacyjnie napisała rejonową olimpiadę z biologii i przeszła do etapu wojewódzkiego z czego jestem ogromnie dumna. A później zajrzałam na blog clevery i okazało się, że wygrałam w organizowanym u niej konkursie książkę "Crescendo". No jak tu się nie cieszyć? :)

      Regularnie biorę udział w blogowych konkursach, ale wygrałam pierwszy raz :) Muszę co prawda nadrobić braki i przeczytać pierwszą część "Szeptem", ale i tak miałam to w planach więc absolutnie nic nie mąci mojego szczęścia... Książka już przyszła, razem z licznymi przesyłkami z allegro, także w ciągu ostatniego tygodnia mój biblioteczny stan znów znacznie się powiększył. Będzie nowy stosik!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wygrałam u Clevery!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      ninetaj
      Czas publikacji:
      sobota, 22 stycznia 2011 08:42

Kanał informacyjny

Napisz do mnie
annamea(at)gmail.com